Jesień 2020, nr 3

Zamów

Przez 30 lat władze Berlina oddawały pedofilom dzieci bezdomne i z trudnych rodzin

Graffiti w Berlinie. For. Javallma / Pixabay

Koszmarny „eksperyment” miał rzekomo pomóc w resocjalizacji obu stronom: osoby o skłonnościach pedofilskich miały możliwość wykorzystywania wyłącznie wskazanych dzieci, a jednocześnie z ulic Berlina Zachodniego znikały dzieci bezdomne i zaniedbane.

Czytanie tego raportu mrozi krew w żyłach. Jeśli kiedykolwiek można mówić o systemowym wykorzystywaniu seksualnym małoletnich, to miało ono miejsce do niedawna w Berlinie, a przestępcze praktyki akceptowane były przez miejscowe władze, w tym Urząd ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt). Horror zakończył się dopiero w 2003 roku i… mało kogo obszedł.

Ale po kolei. W połowie czerwca Uniwersytet w Hildesheim przedstawił wyniki końcowego raportu o pedagogicznej pracy Helmuta Kentlera z dziećmi i młodzieżą w stolicy Niemiec. Dokument został przygotowany na zlecenie Departamentu ds. Młodzieży, Edukacji i Rodziny kraju związkowego Berlin. Informacja nie jest bez znaczenia, ponieważ właśnie ten organ musi się zmierzyć z zarzutem o współodpowiedzialność za czyny pedofilskie.

O koszmarnym „eksperymencie Kentlera” niemiecka prasa pisała już kilka lat temu. Pod wpływem presji opinii publicznej w 2016 roku władze Berlina zleciły sporządzenie pierwszego raportu.

Koszmar

Wyniki obecnego, drugiego raportu, są przerażające. Przez 30 lat berliński Senat (czyli rząd tego kraju związkowego) przekazywał dzieci bezdomne, pochodzące z rodzin patologicznych oraz te z problemami wychowawczymi pod opiekę pedofilom, nierzadko wcześniej skazanym za czyny przestępcze. „Eksperyment” – nazywany tak przez urzędników – nadzorowany był przez seksuologa i ówczesnego guru pedagogiki specjalnej w Zachodnich Niemczech Helmuta Kentlera.

Był on przekonany, że oddając pod opiekę pedofilom dzieci z rodzin patologicznych, można pomóc w resocjalizacji obu stronom. Osoby o skłonnościach pedofilskich miały możliwość wykorzystywania wyłącznie wskazanych dzieci, a jednocześnie z ulic Berlina Zachodniego znikały dzieci bezdomne i zaniedbane.

Kentler domagał się – jak w latach 80. mawiały środowiska lewicowe – prawa do „międzypokoleniowej seksualności”. Nikt nie zdobył się na sprawdzenie jego pedagogicznych „eksperymentów” przeprowadzanych pod parasolem polityki

Według przedstawionego raportu, mimo licznych sygnałów ze strony ofiar i ekspertów, przestępcze praktyki trwały co najmniej do 2003 roku. Pięć lat później Kentler zmarł. Nigdy nie został pociągnięty do odpowiedzialności.

Początki jego przestępczej działalności raport datuje na lata 1966-1974, kiedy był szefem oddziału pedagogiki specjalnej i kształcenia dorosłych w berlińskim Centrum Pedagogicznym. Placówka powołana do życia w 1965 roku przez Willy’ego Brandta, ówczesnego burmistrza Berlina Zachodniego, cieszyła się wśród naukowców wielką estymą i uważana była za pedagogiczną awangardę. W tych czasach Kentler mówił o „eksperymencie” (wyraz ten regularnie pojawiał się też w aktach, powtarzała go też w wywiadach ówczesna senator ds. młodzieży, edukacji i rodziny). Termin ten służył głównie do ukrywania prawdziwych, szokujących wydarzeń.

Lata 1966-1974 to czas ścisłej współpracy i tworzenia siatki pedofilskiej (raport używa tego terminu wielokrotnie), do której należeli szefowie dwóch oddziałów Centrum Pedagogicznego, czyli Helmut Kentler i Martin Bonhoeffer oraz Gerold Becker, dyrektor elitarnej prywatnej szkoły Odenwaldschule w Hesji. To właśnie Beckera miał kryć niespokrewniony z nim mentor Hellmut Becker, szef nowo założonego Towarzystwa Maxa Plancka (późniejszego Instytutu), które ściśle współpracowało z Centrum Pedagogicznym.

Dom pana H.

Jak wykazał raport, berlińskie władze od samego początku nie tylko wiedziały o projekcie, ale też wspierały ideę stworzenia struktur „wspólnego mieszkania lub opieki zastępczej u pedofilów”.

Jako jedno z takich mieszkań wymienia się „placówkę” Fritza H., należącą do trzech woźnych berlińskich szkół, których upatrzył sobie Helmut Kentler. Mimo że wszyscy trzej byli wcześniej karani za czyny pedofilskie, w aktach Senatu znajduje się przerażająca w swej naiwności i nieostrożności notatka z 1973 roku: „Ponieważ nie mamy żadnej alternatywy, zakwaterowanie w domu pana H. wydaje nam się najlepszym rozwiązaniem w tej chwili. Są powody, by sądzić, że przestępstwo pana H. było zdarzeniem jednorazowym i że ta kara nie powinna dziś być powodem do odmowy zakwaterowania u pana H.”.

„Placówka” Fritza H. istniała więc od 1973 do 2003 roku. Przez 30 lat mieszkało w niej dziesięcioro dzieci. W 1984 roku doszła dwójka ciężko upośledzonych, którą H. również wykorzystywał seksualnie. W jednym z przypadków regularnie pojawiały się sygnały ekspertów (najczęściej psychologów), że sytuacja powinna zostać gruntownie zbadana, bo istnieje zagrożenie zdrowia i życia dziecka. Kentler cieszył się jednak w berlińskim Senacie wysoką estymą i jako mentor Fritza H. wielokrotnie uspokajał, że za niego ręczy. Przerażające jest, że to wystarczało urzędnikom, by nie zlecać żadnych dodatkowych kontroli.

Jak podaje raport z Hildesheim, nawet niespodziewana śmierć jednego z podopiecznych, ciężko upośledzonego chłopca, w 2001 roku nie wywołała w Senacie alarmu. W aktach odnotowano, że reanimacja chłopca się nie udała. „Pogrzeb odbędzie się po przeprowadzeniu sekcji zwłok, ponieważ lekarz dyżurny stwierdził niewyjaśnioną przyczynę zgonu”. Jednak ani konieczność przeprowadzenia obdukcji, ani niewyjaśniona przyczyna zgonu nie były dla berlińskich władz wystarczające. Wyników sekcji zwłok do dziś nie odnaleziono.

A przecież podobnych sygnałów wcześniej nie brakowało. W 1988 roku Helmut Kentler na polecenie ówczesnej senator ds. młodzieży, edukacji i rodziny Cornelii Schmalz-Jacobsen (FDP) miał zbadać przydatność homoseksualistów jako rodziców zastępczych. Sam, będąc homoseksualistą, walczył o depenalizację czynów homoseksualnych między dorosłymi (w RFN zalegalizowane zostały w 1973 roku), ale domagał się także – jak w latach 80. mawiały środowiska lewicowe – prawa do „międzypokoleniowej seksualności”. W swojej ekspertyzie Kentler proponował stosunki seksualne z podopiecznymi. Dziwne, że nikt wtedy nie zareagował. Nikt nie zdobył się na sprawdzenie jego pedagogicznych „eksperymentów” przeprowadzanych pod parasolem polityki.

Słowa bez pokrycia

Raport z Hildesheim wyraźnie mówi więc o „siatce pedofilskiej”, która przestępstwa nie tylko tolerowała, ale wręcz aranżowała. Chodzi o ponad 50 specjalistów z różnych dyscyplin i oddziałów. Dokument stwierdza, że odpowiedzialność za te zbrodnie spoczywa „wyraźnie i bezsprzecznie na Senacie jako pracodawcy”.

Dzisiejsza senator ds. edukacji, młodzieży i rodziny Sandra Scheeres (SPD) zapowiedziała dalsze badania, szczególnie dotyczące działalności Kentlera na terenie całych Niemiec. Zasygnalizowała gotowość wypłaty żyjącym jeszcze ofiarom odpowiednich odszkodowań. Te jednak twierdzą, że to słowa bez pokrycia, ponieważ Senat już zdążył odrzucić ich prośbę o pokrycie kosztów sądowych, argumentując, że sprawa jest przedawniona i bez szans na rozpoczęcie procesu sądowego.

Pytania (wciąż) bez odpowiedzi

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Niepokojący jest brak zainteresowania ze strony niemieckich mediów. Po publikacji raportu prasa odnotowała, że taki dokument pojawił się, ale obyło się bez burzliwej debaty, bez wydań specjalnych, bez wyraźnej woli radykalnego wyjaśnienia „eksperymentu Kentlera”. A jest co wyjaśniać w mieście, w którym samo mówienie o jakimkolwiek „eksperymencie” budzi najgorsze skojarzenia.

Ile było ofiar? Kto we władzach Berlina wiedział o „eksperymencie”? Jaką rolę odegrała berlińska SPD? Jakie programy edukacyjne wspierali zachodnioniemieccy socjaldemokraci w latach 70.? Jaką rolę odegrały Jugendamty? Czy mechanizm bezpieczeństwa jest dziś w tych placówkach wystarczający i transparentny? Co pozwala dziś oddawać dzieci pod opiekę tej instytucji?

I wreszcie – jaką rolę odegrali dziennikarze? Przecież Helmut Kentler swoje horrendalne pomysły publikował. W 1989 wydał książkę „Leihväter. Kinder brauchen Väter” („Ojcowie zastępczy. Dzieci potrzebują ojców”), a skrajnie lewicowa „Die Tageszeitung” jeszcze w 2008 roku w nekrologu po jego śmierci pisała o „zasłużonym bojowniku o permisywną moralność seksualną” i zachwalała, że „mimo wszelkiej krytyki” obstawał przy tym, że „seksualność nie musi być brudna, również ta między pokoleniami”.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (7)

Nareszcie ,,Więź” się zorientowała, że systemowe,,siatki pedofilskie” są poza kościołem katolickim. Brawo.

Does the pedophiles registry exist in Germany? In the USA we have sex offenders registry. When pedophiles moove to new lokation they have to register and the rest of population knows where they are. This is mandated by the courts, once someone has bin arrested for sex crimes including paedophilia.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.