Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dotychczasowy model działania Kościoła załamał się. A to budzi lęk

Msza na 101. rocznicę niepodległości 11 listopada 2019 roku w Warszawie. Fot. episkopat.pl

Co powinno nam spędzać sen z powiek? Czy to, że wierni czasowo przestali chodzić do kościoła i spowiadać się? Czy pełne kościoły ludzi sprawiają, że czujemy się zadowoleni? Czy tylko o to chodzi?

Zgadzam się z o. Adamem Szustakiem, który twierdzi, że obecny kryzys zabierając wielu wierzącym na pewien czas praktyki religijne spowodował załamanie się pewnego modelu działania Kościoła, w wielu wypadkach ograniczonego do kościoła i życia sakramentalnego. Uparcie odróżniam „Kościół” od „kościoła”, to jednak nie to samo.

Bo przecież – jeśli ktoś ciągle powtarza, że Pan Jezus czeka na nas w kościele, w tabernakulum, a my do Niego nie przychodzimy, aby nas pocieszył (bo nie możemy), to do czego sprowadzamy obecność Zmartwychwstałego Pana? Czynimy z Kościoła starotestamentalną świątynię jerozolimską. Kościół wtedy pozostaje tylko kościołem, miejscem kultu, często oddzielonym od życia.

Ks. Tomáš Halík ma rację. Na naszych oczach Kościół przechodzi śmierć i powstaje z martwych. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Sobór Watykański II był ostatnio przejawem tej duchowej śmierci i odrodzenia. Przez wieki bowiem narosło tyle praktyk w Kościele, sprawy drugorzędne urosły do rangi pierwszorzędnych (np. dokładny, zgodny z najdrobniejszymi przepisami sposób celebrowania Eucharystii), że należało wrócić do tego, co istotne. Coś musiało umrzeć, a coś powstać do życia.

I zawsze płaci się za to cenę. Właśnie ta cena budzi lęk. Bo coś zostanie zabrane. Kryzys, który wywołał Sobór, też doprowadził do skrajnych reakcji: tradycjonalizm – ratujmy to, co stare, bez względu na to, czy prowadzi to jeszcze ludzi do Boga i – z drugiej strony – przesadna otwartość na ducha tego świata – masowe odejścia księży, dowolność w interpretacji zmian soborowych. To niestety jest nieuniknione przy każdym kryzysie.

Na naszych oczach Kościół przechodzi śmierć i powstaje z martwych. Nie pierwszy raz i nie ostatni

Dźwięczy mi w uszach ostatnie zdanie z homilii kard. Josepha Ratzingera podczas Wigilii Paschalnej na tydzień przed śmiercią Jana Pawła II: „Zbudźmy się z naszego znużonego, pozbawionego zapału chrześcijaństwa”. Niebywałe, że kardynał postrzegał chrześcijaństwo w ten sposób. Sen, znużenie, brak gorliwości.

Franciszek tak naprawdę wzywa do tego samego. Pisze w swojej programowej adhortacji „Evangelii gaudium”: „Nie chcę Kościoła troszczącego się o to, by stanowić centrum, który w końcu zamyka się w gąszczu obsesji i procedur. Jeśli coś ma wywoływać święte oburzenie, niepokoić i przyprawiać o wyrzuty sumienia, to niech to będzie fakt, że tylu naszych braci żyje pozbawionych siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i wiary” (49).

Uderzyło mnie to zdanie Franciszka. Może trzeba się dzisiaj zapytać: co obecnie wywołuje nasze święte oburzenie, a co powinno je wywoływać? Co powinno nam spędzać sen z powiek? Czy tylko to, że wierni czasowo przestali chodzić do kościoła i spowiadać się? Czy praktyki religijne rzeczywiście u wszystkich przynoszą światło i pociechę z przyjaźni z Jezusem? Czy pełne kościoły ludzi sprawiają, że czujemy się zadowoleni? Czy tylko o to chodzi?

Przyglądam się czasem co poniektórym duszpasterzom, z pewnością gorliwym, którzy za wszelką cenę próbują jednak ratować co się da i stają na głowie: spowiedź jak w MacDonaldzie, święcenie pokarmów na odległość (z samochodu). Pytanie jednak, co tutaj chce się tak naprawdę ratować? Czy rzeczywiście chodzi o spowiedź i łaskę, a może o lęk przed utratą czegoś, co sami zbudowaliśmy, ale już się nie sprawdza? Nagłe zniknięcie wiernych z kościołów rzeczywiście rodzi obawę, czy oni jeszcze wrócą. Ale czy właśnie sam ten lęk nie odsłania pewnej słabości wiary tych, którzy może nie wrócą? Czy po pandemii mamy po prostu wrócić na stare koleiny? A może trzeba będzie wytyczyć nowe?

I tu również podzielam zdanie o. Szustaka. Nie jesteśmy postawieni przed alternatywą: albo życie sakramentalne albo coś nowego, może jakaś prywatna religijność. To nie o to chodzi. Sakramenty są i nadal będą istotną częścią działania Boga w tym świecie. Stoimy raczej przed alternatywą: zwrócenie uwagi na „wewnętrzność” wiary albo skupienie się na jej „zewnętrzności”, która jednak sama w sobie nie przeżyje próby czasu. Oczywiście to, co piszę jest pewną generalizacją. Przecież jest w Kościele wiele osób, które prawdziwie i głęboko wierzą, które praktykują szczerą religijność. Jednak Kościół masowy w pewnym sensie musi być bardziej skupiony na „zewnętrzności”, tylko że taki Kościół w dłuższej perspektywie nie przetrwa w tym coraz bardziej skomplikowanym świecie.

Jeszcze na studiach, 20 lat temu, ożywioną dyskusję na ćwiczeniach wywołała wśród nas, studentów, książka Bernharda Weltego „Filozofia religii”, a szczególnie rozdział poświęcony „bezistociu religii”. Co ono jest? To zjawisko, gdy religia odchodzi od swej istoty lub ją traci, ale zachowuje zewnętrzne formy religii. Welte twierdzi, że może istnieć taka forma ukrytego ateizmu (mocna teza), w której człowiek już dawno odstąpił od religii, ale chce jednak zachować zewnętrzne postaci religii. Paradoks. A ma to służyć temu, aby nie zobaczyć wewnętrznej pustki – tego, że religia nie ma żadnego wpływu na jego życie, nie wysuwa już żadnego roszczenia pod jego adresem. Człowiek ma poczucie, że zrobił coś dla Boga, ale w praktyce i tak Mu nie wierzy i prowadzi życie po swojemu. Religijność, innymi słowy, może stać się zasłoną dymną. Człowiek żyje tylko według swej woli, ale religijność może stać się przykrywką dla tej samowoli.

Stoimy przed alternatywą: zwrócenie uwagi na „wewnętrzność” wiary albo skupienie się na jej „zewnętrzności”, która jednak sama w sobie nie przeżyje próby czasu

Sam ciągle powtarzam sobie zdanie proroka Izajasza, które przywołuje również Jezus „Lud ten czci mnie wargami, lecz sercem daleko jest ode mnie” (Mk 7, 6). To mocna diagnoza. Jako ludzie zwykle chwytamy się tego, co widać i czuć. Łatwiej wyremontować dom, kupić nowe meble niż zmienić coś istotnego w relacjach domowych. Strona zewnętrzna oczywiście może temu pomóc, aby pogłębiło się coś wewnętrznie. Ale przecież możliwe jest inwestowanie całej energii w dom z murów, przy niedostrzeganiu lub zaniedbywaniu dbałości o dom, który tworzą relacje. Raczej przesadzamy często w tę pierwszą stronę. Mniej groźne jest „przeinwestowanie” w poświęcanie czasu dla siebie, obecność, rozmowę, spotkanie, a przykładanie mniejszej uwagi do tego, w jakich warunkach żyjemy. Oczywiście, nie mam tu na myśli ubóstwa i skrajnej biedy.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jako ksiądz mogę odprawiać sakramenty, ale powielać je rutynowo. Mogę odmawiać brewiarz, ale tak, że nic mnie z niego nie rusza. Odmówiłem, bo taki obowiązek. Mogę dużo poświęcać czasu na modlitwę, ale nie spotykać Pana, nie otrzymywać od Niego pociechy i nie doświadczać przyjaźni. Mogę sprowadzić duszpasterstwo do sumy pewnych przepisów i zasad, które należy wypełnić, nie dostrzegając w ogóle działania Ducha w przestrzeni spotkania między mną a wiernym.

Myślę, że kryzys domaga się, by z tym coś zrobić.

Tekst ukazał się na Facebooku Autora.

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.