Lato 2021, nr 2

Zamów

Krakowski test prawdy

Bp Jan Szkodoń podczas mszy pogrzebowej za bp. Tadeusza Pieronka. Kraków, styczeń 2019. Fot. Joanna Adamik

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się, że do czynów opisanych w reportażu doszło. Biskup Szkodoń może jednak uparcie trwać w przekonaniu, że nie uczynił nic złego.

Po raz pierwszy w Polsce pojawiły się oskarżenia o molestowanie seksualne osoby małoletniej dotyczące urzędującego biskupa. Ks. Jan Szkodoń jest biskupem pomocniczym krakowskim od roku 1988, a postawione zarzuty dotyczą okresu, w którym już pełnił tę funkcję.

Pojawienie się tych oskarżeń jest dla mnie zaskoczeniem. Ze względu na moje zaangażowania docierają nieraz do mnie rozmaite kościelne plotki, że o kimś ważnym mówi się to i owo. Najczęściej nie sposób takich „informacji” zweryfikować – chyba że podejmie się długotrwałe śledztwo dziennikarskie.

W warszawskiej nuncjaturze pani Monika miała usłyszeć sugestię, „że do czasu wyroku powinna milczeć”. Takie zalecenie jest jednoznacznie sprzeczne z kościelnymi przepisami

Ale w przypadku bp. Jana Szkodonia o niczym nie słyszałem. Na temat wieloletniego krakowskiego biskupa pomocniczego krążyły raczej opinie takie jak wyrażona przez ojca kobiety, która obecnie go oskarżyła: „Nie dbał o swoje. Cichy, skromny, życzliwy, rozmodlony”. Aż do ostatniego weekendu…

Przekraczanie granic

Czy to możliwe, żeby cichy, rozmodlony biskup przerabiał własne „lekcje czułości” z piętnastolatką? Niestety, to możliwe.

Znane są przypadki kapłanów autentycznie uduchowionych, wręcz nauczycieli duchowości, którzy jednocześnie potrafili perfidnie wykorzystywać seksualnie swoich uczniów. Tak było w przypadku dwóch francuskich dominikanów, braci Philippe (Marie-Dominique i Thomas); oni na dodatek tworzyli pseudomistyczne uzasadnienia dla seksu oralnego z kobietami, dla których byli kierownikami duchowymi. Również w Polsce niedawno wybitny profesor teologii duchowości z KUL musiał po wyroku sądowym oficjalnie przeprosić mężczyznę, którego przed laty wykorzystał. Ks. Walerian S. przepraszał „za naruszenie jego dóbr osobistych w postaci godności oraz nietykalności cielesnej, które nastąpiły w latach 1986–1994, a których dopuściłem się, pełniąc posługę kapłańską” (przedawnienie uniemożliwiało inną karę niż przeprosiny).

Postępowanie pani Moniki wydaje się zgodne ze sposobem działania osób, które doznały głębokiej krzywdy, jaką uświadomiły sobie po latach, więc teraz konsekwentnie dążą do tego, by sprawiedliwości stało się zadość

Znane są też sytuacje, w których kościelny hierarcha pozostawał kompletnie niedojrzały w swoim rozwoju psychoseksualnym i nie potrafił obiektywnie ocenić znaczenia i szkodliwości swoich czynów – subiektywnie za zupełnie „niewinne” przejawy czułości uznawał działania, które przekraczały zarówno granice intymności osoby, wobec której były podejmowane, jak i granice moralności czy niekiedy również prawa. Tak było z abp. Juliuszem Paetzem i jego postawą wobec (dorosłych) podlegających mu kleryków.

Ale przecież może być też odwrotnie. Możliwe, że oskarżenie jest bezzasadne. Dziś tego jednak stwierdzić nie sposób, tym bardziej opierając się jedynie na dostępnych publikacjach, bez dodatkowej wiedzy niezbędnej do poważnej oceny.

Determinacja pokrzywdzonej czy dążenie do zemsty?

Nie znając faktów ani opowieści stron, można analizować jedynie formalne przesłanki wiarygodności zarzutów. Oskarżenie zostało przez panią Monikę (imię zmienione przez reportera) zgłoszone w maju 2019 r. w warszawskiej nuncjaturze apostolskiej, a pod koniec sierpnia – w krakowskiej prokuraturze. W grudniu postępowanie prokuratorskie zostało umorzone ze względu na przedawnienie, a na początku 2020 r. odbyło się wysłuchanie osoby zgłaszającej w ramach dochodzenia kościelnego.

Świadczy to o silnej determinacji kobiety. Do złożenia zgłoszenia miał ją zachęcać terapeuta, który zapowiadał, że jeśli ona tego nie zrobi – obowiązek ciąży na nim jako osobie, która dowiedziała się o przestępstwie. Kobieta była więc świadoma sensu swoich działań. Wiedziała również, że kuria krakowska nie byłaby organem odpowiednim w tym przypadku, gdyż jej moderatorem jest właśnie bp Szkodoń.

Czy to możliwe, żeby cichy, rozmodlony biskup przerabiał własne „lekcje czułości” z piętnastolatką? Niestety, to możliwe

Dzisiejszy reportaż „Gazety Wyborczej” pojawia się około 9 miesięcy po złożeniu informacji w nuncjaturze. Ta sekwencja czasowa pokazuje więc, że nie mamy do czynienia po stronie pani Moniki z pospiesznym poszukiwaniem sensacji. Wydaje się to zgodne ze sposobem działania osób, które doznały głębokiej krzywdy, jaką uświadomiły sobie po latach, więc – w celach zarówno terapeutycznych, jak i dla dobra innych osób – konsekwentnie dążą do tego, by sprawiedliwości stało się zadość: przede wszystkim, żeby zło zostało nazwane złem.

Bp Szkodoń w swoich wypowiedziach w reportażu Marcina Wójcika przedstawia inną interpretację działań Moniki. Jego zdaniem, kobiecie chodzi o zemstę na nim za to, że nie pochwalał jej decyzji o rozwodzie. Teoretycznie jest to możliwe, wydaje mi się jednak mało prawdopodobne. Owszem, nienawiść i pragnienie zemsty potrafią być motorem ludzkiej aktywności, w tym przypadku trzeba by jednak chyba dodatkowej ideologicznej zapiekłości wobec Kościoła, żeby tak konsekwentnie dążyć do swego – jakoby zakłamanego – celu. A wypowiedzi bohaterki reportażu nie przejawiają ani śladu takiej ideologicznej motywacji.  

Wszystko w rękach Watykanu

„Kiedyś Kościół w Polsce był postrzegany jako przestrzeń autentycznej wolności. Dziś może być przestrzenią prawdy, która niesie wolność” – mówił niedawno metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Kierowana przez niego archidiecezja staje obecnie przed trudnym testem prawdy.

Sam biskup Jędraszewski nie zdał podobnego testu w Poznaniu i później – ani razu w swoich licznych wypowiedziach publicznych nie odniósł się do kwestii zarzutów wobec abp. Juliusza Paetza i do swojej ówczesnej niechlubnej roli jako biskupa pomocniczego tłumiącego dążenia do prawdy i sprawiedliwości. Dziś w sprawie bp. Szkodonia metropolita krakowski również może usunąć się w cień, składając – zgodnie z kościelnymi procedurami – całą odpowiedzialność za prowadzenie dochodzenia w ręce Watykanu.

Jeśli Kościół ma rzeczywiście być, według abp. Jędraszewskiego, „przestrzenią prawdy, która niesie wolność”, pora na poważne potraktowanie wymagań prawdy

„Archidiecezja krakowska nie zna treści oskarżeń stawianych biskupowi Janowi Szkodoniowi. Wykonujemy wszystkie polecenia otrzymane z Watykanu. Ufamy w pełni procedurom wszczętym przez Kongregację Nauki Wiary i oczekujemy szybkiego poznania prawdy w duchu nauczania papieża Franciszka” – informuje ks. Łukasz Michalczewski, szef biura prasowego archidiecezji krakowskiej. 

Znając podobne przypadki, nie można wykluczyć, że w obecnej sytuacji pojawią się inne osoby, które złożą zeznania o niewłaściwych zachowaniach bp. Szkodonia. Gdyby zaś okazało się, że oskarżenia są prawdziwe, a były zgłaszane komuś wcześniej w Krakowie, to trzeba będzie szukać odpowiedzi również na inne fundamentalne pytania. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje na ten temat? Kto z duchownych miał uzasadnione powody, by sądzić, że mogło zostać popełnione przestępstwo? Czy kolejni metropolici krakowscy (kard. Franciszek Macharski, kard. Stanisław Dziwisz, abp Marek Jędraszewski) wiedzieli o podejrzeniach dotyczących swojego biskupa pomocniczego? A jeśli wiedzieli, jakie działania podjęli w tej sprawie?

Sprawa bp. Szkodonia wymaga przede wszystkim dokładnego sprawdzenia pod kątem zgodności zarzutów z prawdą. Zgodnie z prawem, może to obecnie zrobić tylko Kongregacja Nauki Wiary. Pozostaje wierzyć, że prowadzone przez nią dochodzenie zostanie przeprowadzone wnikliwie i szybko. Sprawa bulwersuje bowiem wiele osób i wymaga wyjaśnienia, które będzie przejrzyste i wiarygodne, ale zarazem jednoznaczne. Ta sprawa nie może się skończyć niewiadomą albo przypuszczeniami. Albo „zły dotyk biskupa z Krakowa” miał miejsce, albo nie. Tertium non datur.

„To nie miało charakteru seksualnego”?

Na dziś najbardziej prawdopodobne wydaje mi się, że do czynów opisanych w reportażu doszło, ale biskup może subiektywnie uparcie trwać w przekonaniu, że nie uczynił nic złego. Wyrazem takiej niedojrzałości wydają mi się wypowiedzi bp. Szkodonia do reportażu, m.in.: „Gładź mnie po głowie i mów do mnie Jasiu, jak robiła to moja mama” czy „pogłaskałem ją po ręce lub ramieniu, może pocałowałem w policzek, ale to nie miało charakteru seksualnego”. Byłby to zatem kolejny przypadek zaburzonego postrzegania rzeczywistości przez człowieka, którego powołaniem i profesją było uwrażliwianie innych na uleganie drobnym nawet przejawom zła.

Wyjaśnienie sprawy bp. Szkodonia powinno objąć także kwestię milczenia, które miało otaczać tę sprawę w Kościele. Czy ktoś takie milczenie nakazywał lub sugerował?

W takim przekonaniu umacniają mnie opinie biegłego psychologa i prokuratury. Postępowanie umorzono, jak pisałem, ze względu na przedawnienie. W uzasadnieniu decyzji prokurator Małgorzata Pogódź napisała jednak: „Podkreślić należy, iż zgromadzony dotychczas materiał dowodowy wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu objętego dochodzeniem, w kształcie i przebiegu opisywanym przez pokrzywdzoną”.

Biegła psycholog napisała natomiast w opinii: „Ani sama opiniowana, ani jej rodzina nie zauważyli, że jej relacja z księdzem ulega seksualizacji. Z drugiej zaś strony ksiądz sakralizował to, co się działo między nimi. Podkreślał, że opiniowana jest dla niego prezentem od Boga, który chciałby go nauczyć czułości. Powyższe powodowało, że w badanej narastał dyskomfort i próbowała unikać spotkań z księdzem, często jednak bezskutecznie. Relacja z osobą duchowną, w której funkcjonowała przez dłuższy czas, była relacją głębokiej zależności i nadmiernego uwikłania. […] Nie stwierdzono u opiniowanej podczas badania psychologicznego skłonności do konfabulacji w rozumieniu klinicznym, w których podstawą są jakościowe zaburzenia pamięci, wspomnienia rzekome”.

Obowiązek milczenia?

Kłopot w tym, że reportaż „Gazety Wyborczej” nasuwa, niestety, istotną wątpliwość co do rzetelności dochodzenia prowadzonego przez Kongregację Nauki Wiary. Marcin Wójcik pisze, że podczas wysłuchania w warszawskiej nuncjaturze pani Monika miała usłyszeć od członków komisji sugestię, „że do czasu wyroku powinna milczeć”. Takie zalecenie jest jednoznacznie sprzeczne z kościelnymi przepisami, które przewidują m.in.: „Osobie składającej zawiadomienie nie można narzucać żadnego obowiązku milczenia w stosunku do treści tegoż zawiadomienia” (motu proprio „Vos estis lux mundi”, art.4 §3). 

Mało tego, moim zdaniem zalecanie osobie pokrzywdzonej milczenia może samo stać się powodem zaskarżenia. Przecież według cytowanego motu proprio, zaskarżeniu podlegają wszelkie „działania lub zaniechania, mające na celu zakłócanie lub uniknięcie dochodzeń cywilnych lub kanonicznych, administracyjnych lub karnych, przeciwko duchownemu lub zakonnikowi w związku z przestępstwami” wykorzystania seksualnego („Vos estis lux mundi”, art.1 §1b).

Ta sprawa nie może się skończyć niewiadomą albo przypuszczeniami. Albo „zły dotyk biskupa z Krakowa” miał miejsce, albo nie

Wyjaśnienie sprawy bp. Szkodonia powinno więc objąć także kwestię milczenia, które miało otaczać tę sprawę w Kościele. Czy ktoś takie milczenie nakazywał lub sugerował? Czy bez zapowiedzi publikacji w „Gazecie Wyborczej” doszłoby do przyspieszenia, z jakim mamy do czynienia w ostatnich tygodniach?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Dobrze poinformowane źródła z archidiecezji krakowskiej twierdzą, że bp Szkodoń w 2020 r. przestał podejmować działania o charakterze duszpasterskim. Być może więc zapadła decyzja o wycofaniu go z posługi. Musiało się to stać w drugiej połowie stycznia. Jeszcze 19 stycznia 2020 r. Szkodoń współprzewodniczył centralnemu nabożeństwu ekumenicznemu w ramach Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, które zostało odprawione w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie.

Jest więc co wyjaśniać. Jeśli Kościół ma rzeczywiście być, według abp. Jędraszewskiego, „przestrzenią prawdy, która niesie wolność”, pora na poważne potraktowanie wymagań prawdy. Dokładnie przed rokiem odbył się watykański szczyt przewodniczących krajowych konferencji episkopatów, na którym metropolita krakowski reprezentował Konferencję Episkopatu Polski. Popłynął z tego spotkania gorący apel o – jak streszczaliśmy to na łamach „Więzi” – Kościół rozliczalny i przejrzysty. Oby słowo o rozliczalności i przejrzystości Kościoła stało się ciałem także w Polsce.

Zob. również Kalendarium sprawy bp. Szkodonia – i co z niego wynika

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (6)

Mam mieszane odczucia po przeczytaniu artykułu. Zgoda co do tego, że słowa ks.biskupa „pogłaskałem ją po ręce lub ramieniu, może pocałowałem w policzek, ale to nie miało charakteru seksualnego” świadczą o zaburzonym postrzeganiu rzeczywistości. Uprawdopodobniają one cała historię, ale tylko te słowa.

Pozostałe fakty niekoniecznie, jeśli wiemy, że obrabiała je Wyborcza. Gdzieś w komentarzach przeczytałem, pod czym się podpisuję, że dziennikarz uchylił się przed pytaniem, dlaczego biskup sprzeciwiał się rozwodowi Moniki, skoro mógłby ja wtedy znowu mieć dla siebie. To nie pasuje do generalnej narracji reportażu, więc zostało przemilczane.

Po drugie, o Monice wiemy tylko tyle, ile sama o sobie mówi (bo opinie jej najbliższych weźmy w nawias). Jeśli stawia zarzuty swojemu mężowi, reportażysta powinien udać się do niego. Ale po co ryzykować podważenie wiarygodności Moniki? To poważna skaza na wiarygodności materiału prasowego. Może inni, nie tylko jej mąż mogliby powiedzieć, że Monika sama miała ze sobą kłopoty, co może rzutować na jej prawdomówność lub brak kontaktu z rzeczywistością? Zostało to zaniedbane i gdyby nie te własne słowa biskupa, cały materiał uznałbym za kolejną napaść Agory na Kościół.

W tym kontekście ubolewam, że prasa katolicka nie bada takich przypadków w trosce o Kościół. Monika nie miała do kogo innego pójść niż do Wyborczej. I to jest nieszczęście Kościoła, że nie ma wolnych mediów.

Natomiast to nie fair cytować opinię prokurator, która umorzyła sprawę. To nie jest fakt, tylko ocena, do której nie miała prawa. Bo jak nie-oskarżony może się przed taką ocena bronić, skoro nie może iść do sądu? To wyrok bez procesu.

Należy brać pod uwagę, że ze wszystkich osób i instytucji zaangażowanych w sprawę to prokuratura dysponuje najszerszym wachlarzem środków, prowadziła postępowanie dowodowe i z tego względu jej opinię należy uznać za bardzo istotną. Pominięcie stanowiska prokuratury byłoby nie tylko nierzetelnością – byłoby także niezrozumiałe. A że w sprawie nie zostanie wydany wyrok, więc nie można się bronić? To już cecha samego przedawnienia. Wprowadzając do systemu prawnego instytucję przedawnienia, wprowadziliśmy do niego jednocześnie pewną niekompletność, która sprawia że zawsze będą występować tego rodzaju sytuacje. Ceną za stabilność stosunków prawnych, za to że nie wyciąga się spraw sprzed kilkudziesięciu lat, jest to że pewne sprawy nigdy nie otrzymają satysfakcjonującego zakończenia i nie wszystkie krzywdy zostaną wyrównane. Ale przynajmniej w moim odczuciu krzywda osoby która nie jest w stanie oczyścić się z zarzutu w drodze procesu karnego nie jest aż tak dotkliwa (przyjmujemy wszak domniemanie niewinności) jak krzywda ofiary, która poprzez przedawnienie zostaje pozbawiona możliwości dochodzenia odpowiedzialności od sprawcy.

Mąż pani Moniki nie jest bohaterem tej sprawy, a skoro nigdy mu o tym nie powiedziała (jak twierdzi) to nie ma o czym z nim rozmawiać. Jeśli zaś chodzi o ustalenie, czy pani Monika jest osobą wiarygodną, należałoby raczej zapytać o nią osoby bardziej wiarygodne niż porzucony eksmąż-agresor. Taki osobnik raczej wykorzysta okazję żeby zepsuć tej pani opinię i podważyć jej wiarygodność w akcie zemsty za rozwód.

Obawiam sie ze idziemy w takim rozumowaniu w zla strone.
Zeby winic biskupa trzeba udowodnic jemu wine w sposob niedyskusyjny.
Kazde inne rozwiazanie swiadczy o niewinnosci biskupa.

Rozumowanie Zbigniewa Nosowskiego zaklada, ze to biskup udowodni swoja wine.
I tu jest problem.

Nie znam prawdy. Ale Pana artykuł zakłada, że jedna strona kłamie, a po drugiej stronie zakłada Pan 100% prawdy płynącej z artykułu. Za wcześnie by się wypowiadać oceniająco.

Dziękuję za wyważony tekst. W Telewizji „Trwam” zupełnie inny głos redaktora naczelnego „Naszego Dziennika”, pana Karczewskiego, nawołujący do obrony atakowanych kapłanów. No i krytyka jutrzejszej konferencji o nadużyciach w kościele, bo to uleganie wpływom przeciwników kościoła. Smutne to.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.