Jesień 2020, nr 3

Zamów

Po co ludzie czytają wiersze

Wiktor Woroszylski. Fot. Charles Sawyer

Są ludzie, którzy sięgają po napisane niegdyś wiersze dla ponurej satysfakcji wyniesienia się nad autora.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/1996.

O odpowiedź, zdawałoby się, nietrudno: ci, którzy w samej rzeczy zwy­kli je czytać (pod względem liczebności pozostając w tyle za amatorami innych form piśmiennictwa i tymi, którzy nic nie czytają), odkrywają w wierszach jakieś potrzebne sobie piękno, trafność, harmonię; z nieustanną nadzieją poszukują wyrazu dla własnego niewysłowienia; utożsamiając się z równym lub urywanym oddechem wiersza, z jego pochwałą świata widzialnego, bólem, niepokojem, modlitwą, sami stają się współtwórcami poezji, ona w nich i przez nich trwa i rodzi się wciąż na nowo.

Ale zdarzają się też motywacje zgoła odmiennej natury; wiedziałem o nich, lecz nie absorbowały mojej uwagi; dopiero niedawno, kiedy mimo woli stałem się uczestnikiem pewnego osobliwego incydentu, jąłem zastana­wiać się nad nimi nieco usilniej.

Są mianowicie ludzie, którzy sięgają po napisane niegdyś wiersze dla ponurej satysfakcji wyniesienia się nad autora (niekiedy już od dawna na tamtym świecie): proszę, co napisał czterdzieści pięć lat temu znakomity ponoć poeta! jaki był zaślepiony – a nieprawda, bo upodlony! błądził, kie­rował się iluzjami, przeżył moment słabości – wcale nie, dał się kupić, był zwyczajną świnią! Ja – zachwyca się demaskator – nigdy nie zhańbiłem się napisaniem takiego wiersza (być może, nie napisał żadnego zgoła, no i chwała Bogu), teraz przypilnuję, żeby on nie umknął mi spod pręgierza.

Są gorliwcy, którzy komponują całe antologie kompromitujących poe­matów – im więcej rymopisów przyłapią na gorącym (choć od lat wystyg­łym) uczynku, tym większą mają frajdę; ciekawe, swoją drogą, czy zdolni są jeszcze do uciechy z mniej pikantnej lektury.

Są badacze niestrudzeni, układający artykuły, broszury, księgi, których celem jedynym jest udowodnienie, że wzięty na warsztat poeta (albo i pro­zaik) nie zasłużył na admirację, jaką darzy go obałamucona publiczność; jeśli zaś przy okazji uda się mimochodem wskazać związek upadku politycznego pisarza czy pisarki z upadkiem obyczajowym (alkoholizmem, roz­wiązłością seksualną, dewiacją) – triumf tropiciela jest całkowity.

Wróćmy jednak do owego incydentu w Klubie Księgarza – i zacznijmy od okoliczności, które go poprzedzały. Jakiś czas temu minister kultury i sztuki, Kazimierz Dejmek, zdecydował się energicznie (czyli finansowo) poprzeć wydanie przez PIW dwóch serii lub, jak to określono, kolekcji – prozy i poezji polskiej XX wieku. Wydawnictwo zaproponowało mi opraco­wanie jednego z tomów tej drugiej serii – wyboru poezji Władysława Bro­niewskiego. Od wczesnej młodości przywiązany i do wierszy, i do człowieka, który je napisał, po tylu latach mając jeszcze w uszach brzmie­nie jego głosu, zachowując dla niego wdzięczność, podziw, ale także wyro­zumiały uśmiech dla tego, co w tym niemłodym już, gdy go znałem, poecie było jakby dziecinne, lekkomyślne, nieodporne na pokusy, nade wszystko jednak zachowując współczucie dla cierpień, jakich nie szczędziło mu życie, i szacunek dla dumnego wysiłku, jaki wkładał w walkę z rozpaczą – bez wahania podjąłem się ułożenia tej książki. Dodatkowym motywem była świadomość krzywdzącej deformacji, towarzyszącej pamięci Broniewskie­go nie tylko z powodu krytycznego czyśćca, w jaki niejeden artysta wtrąco­ny zostaje na czas jakiś po śmierci, ale z powodu powstałej koniunktury na nieżyczliwe interpretacje takich jak jego skomplikowanych życiorysów i puścizny pełnej sprzeczności. Cieszyłem się, że będę miał sposobność grun­townej „powtórki z Broniewskiego”: przeczytania na nowo wierszy pamię­tanych i zapomnianych, a także przestudiowania wspomnień i analiz, i na podstawie wszystkich tych materiałów spisania po swojemu dziejów kogoś tak dla mnie ważnego, być może zaś – dostrzeżenia poprzez ich meandry także znaczeń i prawd ogólniejszych, dotyczących kraju, pokolenia, for­macji.

Jeśli uda się mimochodem wskazać związek upadku politycznego pisarza czy pisarki z upadkiem obyczajowym (alkoholizmem, roz­wiązłością seksualną, dewiacją) – triumf tropiciela jest całkowity

Ani wydawnictwu, ani mnie nie chodziło o wydanie naukowe dzieł Broniewskiego – kompletne, uwzględniające wszystkie dotąd nie publikowa­ne teksty, z całym aparatem filologicznym. Przyjdzie czas i na takie, i zajmie się tym ktoś bardziej ode mnie powołany, może pani Feliksa Lichodziejewska, której dotychczasowe prace stanowiły nieocenioną pomoc i dla mnie, gdy przygotowywałem tom, o którym mowa. To zaś miała być po prostu książka do czytania, złożona z wierszy o autentycznej w moim przekonaniu urodzie, o ładunku szczerego wzruszenia, czasem pasji, czasem goryczy, często przenikliwej wiedzy o człowieku i o bezpośrednio przeżywanej historii. Nie chciałem stosować kryteriów „ideologicznych” – i w „Poezjach 1923-1961” znalazł się, obok strof o odmiennym skrajnie wydźwięku, niejeden utwór odzwierciedlający komunistyczne zaangażowanie poety, jak „Komuna Paryska”, „No pasaran!” (piękne, moim zda­niem – chociaż dzisiaj bliższy jest mi inny ton w liryce Broniewskiego), a nawet najbardziej kontrowersyjny, szlachetnie brzmiący w pierwszej częś­ci i zgrzytający fałszem w drugiej, „Pokłon Rewolucji Październikowej”. Nie widziałem jednak powodu do umieszczania w wyborze gnieciuchów podobnych do tysiąca wierszy pisanych w owych latach przez poetów dużo mniejszej miary, w rodzaju „Naszego Maja” czy „Związków Zawodowych”. Ani – mimo że sam Broniewski zapewniał w Paryżu Jerzego Giedroycia, że to „doskonały poemat” – złożonego z wytartych gazetowych formułek „Słowa o Stalinie”.

Wszystko to próbowałem wyjaśnić w trakcie wieczoru promocyjnego w warszawskim Klubie Księgarza, po tym jak Zbigniew Zapasiewicz z właś­ciwym sobie mistrzostwem odczytał garść wierszy Broniewskiego, kończąc napisanym tuż przed śmiercią poety „Dębem”:

Idę sobie zamaszyście
i opada ze mnie życie jak jesienne liście.
Jakie liście? – dębu, brzozy, topoli,
ale to boli.
I ostał się pień nagi,
nad nim zamieci kłąb.
Odwagi!
To ja – dąb.

i jak prowadzący imprezę Piotr Szewc zwięźle opowiedział o całej Kolekcji Poezji Polskiej, bo właściwie jej inauguracji, a więc trzem jednocześnie wydanym książkom miał być poświęcony ten wieczór, tylko że Tadeusz Różewicz nie przyjechał z Wrocławia, a Paweł Hertz, który opracował wybór Iłłakowiczówny, zachorował na grypę, mimo więc, że Szewc wspo­mniał o pozostałych tomach, a wiersze Iłłakowiczówny, w wykonaniu Olgi Sawickiej, też rozległy się na tej sali, zrobił się z tego w końcu głównie wie­czór Broniewskiego.

Bardzo przykry, niestety, wieczór.

Trochę z mojej winy, bo licząc na poczucie humoru słuchaczy – i na ich sympatię do poety, mimo albo i dzięki świadomości, że nie był marmuro­wym pomnikiem – ubarwiłem na końcu swoją wypowiedź prawdziwą anegdotą o tym, jak w 1955 roku w Moskwie, podczas akademii w stulecie śmierci Adama Mickiewicza, miał wygłosić zatwierdzony w Warszawie referat, ale golnął sobie przedtem i język mu się plątał, więc w pewnej chwili zdecydowanym ruchem odsunął zapisane kartki i nabrawszy powie­trza w płuca wykrzyknął: „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Otóż ta anegdota wzburzyła pierwszego z mówców, który podniesionym głosem jął prawić morały zmarłemu: jak on śmiał, pijany, wznosić ten okrzyk, tak wołali przecież rozstrzeliwani oficerowie polscy, a on, po Katy­niu, jakim prawem, i tak dalej z rosnącym zacietrzewieniem – a ja ze zdu­mieniem słuchałem subtelnego eseisty i tłumacza antycznych tekstów: czy to możliwe, że on nic nie rozumie, ignoruje i stan człowieka niespeł­na rok po największym, jakie mogło go spotkać, nieszczęściu i po związa­nym z tym załamaniu psychicznym, i to, że Broniewski po raz pierwszy od czasu, gdy więziono go za murami Łubianki, znów się znalazł w tym mieś­cie i tu, w sytuacji bez wyjścia, w nagłym błysku natchnienia (tak, pijac­kiego, ale zarazem poetyckiego i ułańskiego), cisnął w salę i w Moskwę przekorne jak całe jego życie kluczowe zdanie hymnu narodowego… Grzeszny, bardzo grzeszny Broniewski – i jego patriotyczny, świętoszkowaty mentor poniewczasie…

Drugiego mówcy nie znałem i nie zmartwiło mnie w tym stopniu niezro­zumienie lub świadome przekręcanie moich słów i budowane na tym grun­cie jakieś tępe czepialstwo; trudno, w każdej populacji są i tępi, i skłonni do nierzetelnych sporów. Jednakże ten właśnie pan z wąsikiem skłonił mnie do owych zastanowień, o których wspomniałem na początku, więc właściwie należy mu się za to uznanie. Zarzucił mi on mianowicie manipu­lację, „ocenzurowanie” Broniewskiego, bo nie zamieściłem w swoim wybo­rze „Słowa o Stalinie”. No cóż, nie starczyło mi, niestety, refleksu, żeby zamiast wszelkich tłumaczeń serio zwrócić się do nieznajomego w te mniej więcej słowa: – Łaskawy panie, jeśli znajduje pan przyjemność (mniejsza o jej charakter) w ponawianej lekturze „Słowa o Stalinie”, to chyba chroni pan w biblioteczce podręcznej jedno z licznych wydań, w których utwór ten zamieszczono. Jeżeli nie – proszę sobie gdzieś wypożyczyć i wykonać kse­rokopię, z tym obecnie nie ma kłopotu. Co do mnie, to, żałuję, ale nic dla pana nie mogę zrobić. I proszę się nie gniewać: interesują mnie czytelnicy, którzy z innych niż pan powodów od czasu do czasu sięgają po tom poezji.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/1996.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.