Jesień 2020, nr 3

Zamów

Do czego może prowadzić święte oburzenie

Cezary Gawryś. Fot. Więź

Czy szczucie jednych przeciwko drugim, jak to czynią ramię w ramię władze PiS i hierarchia Kościoła katolickiego, służy „dobru wspólnemu”?

Byłem świadkiem poruszającej sceny. Późnym wieczorem wracałem z redakcji do domu i na Krakowskim Przedmieściu wsiadłem tylnym wejściem do autobusu. Stanąłem twarzą do siedzących tam osób, trzymając się poręczy. Mój wzrok przyciągnął szczupły chłopak, może 17-letni, w pikowanej kurteczce z kapturem, z długimi włosami opadającymi na czoło i z intensywnym makijażem. Usta miał wymalowane pomadką w kolorze karminowym. Byłem tak zdumiony, że nie mogłem przestać mu się przyglądać.

Chłopak niewątpliwie był świadom, że robi na innych wrażenie, pewnie o to mu właśnie chodziło, ale oczy miał zwrócone w bok, udawał obojętnego. Inni pasażerowie z kolei udawali, że go nie widzą, pogrążeni w milczeniu. Do mego zdumienia widokiem chłopca dołączyło się współczucie dla niego. I skrępowanie, że tak stoję tuż przed nim i gapię się. Przeszedłem więc do środka autobusu i zająłem wolne miejsce. Po przejechaniu paru przystanków usłyszałem z końca autobusu podniesione głosy.

Tam, gdzie ja znajdowałem się poprzednio, przy tylnym wejściu, stał młody człowiek, ładnie ubrany, o inteligentnej i raczej sympatycznej twarzy, i gwałtownie wykrzykiwał coś do siedzącego naprzeciw niego chłopca z wymalowanymi ustami. Nie słyszałem żadnych wyzwisk ani ordynarnych słów, tylko z pasją wykrzykiwane na cały autobus: „Kim ty właściwie jesteś? Jeśli mężczyzną, to powinieneś się ożenić i mieć dzieci, a jeśli jesteś chory, to idź się leczyć!”. Zaatakowany chłopak wtulił głowę w ramiona i milczał. „Trzeba interweniować” – pomyślałem. Ale nie zdążyłem, bo w tym momencie autobus się zatrzymał, drzwi się otworzyły i rozgniewany młodzian, z twarzą wykrzywioną świętym oburzeniem i pogardą, wysiadł.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie groził chłopcu pobiciem. Zachował się jednak agresywnie. Puściły mu nerwy. Z drugiej strony chłopak z kobiecym makijażem niewątpliwie był zjawiskiem niecodziennym, można powiedzieć: świadomie prowokował swoim wyglądem otoczenie. Ale czy to wystarczający powód, by w autobusie zaczepiać go i okazywać wobec niego agresję?

Akurat przeglądałem swój świeżo napisany felieton o ataku rządzącej partii na prezydenta Warszawy za podpisanie deklaracji antydyskryminacyjnej i o komunikacie Konferencji Episkopatu Polski, przyłączającym się do tego ataku. Biskupi po raz kolejny straszą Polaków „promocją homoseksualizmu” i „potworem gender”. Ta scena z chłopcem z wymalowanymi ustami zaatakowanym w autobusie przez oburzonego młodzieńca to jakby kwintesencja problemu.

Oczywiście, mamy do czynienia ze zmianami obyczajowymi, które nie wszystkim się podobają i o których można dyskutować, i widoczne są w kulturze – jak już nieraz bywało w dziejach Europy – objawy dekadencji, ale czy szczucie jednych przeciwko drugim, jak to czynią ramię w ramię władze PiS i hierarchia Kościoła katolickiego, służy „dobru wspólnemu”? I czy wzbudzana w ludziach agresja, przez państwo i przez Kościół, na razie słowna, nie przerodzi się aby w agresję fizyczną – skierowaną przeciwko najsłabszym, wykluczonym, „odmieńcom”?

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (2)

Nie służy „dobru wspólnemu”, służy „dobrej zmianie”. Wygląda jednak na to, że dla naszych biskupów między „dobrem wspólnym”, a „dobrą zmianą” można postawić znak równości. „Dobra zmiana ” wcześniej czy później się skończy, a wtedy nikt nie będzie kojarzył „dobra wspólnego” z ich biskupów posługą. Szkoda!

Kiedyś dziwiłem się po co demonstracje pod szyldem Parada Równości, zwłaszcza, że miewają charakter obsceniczny. Przestałem się dziwić, gdy ludzi biorących udział obrzucono kamieniami.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.