Jesień 2021, nr 3

Zamów

Ofensywa polityczna Biedronia może wyjść Kościołowi tylko na dobre

Konwencja Roberta Biedronia na Torwarze. Warszawa, 3 lutego 2019 r. Fot. wiosnabiedronia.pl

Wiele osób, w tym uczniów, rodziców, katechetów, księży, a nawet kilku biskupów, od dawna głosi, że problem z nauczaniem religii w szkole istnieje – i nie tylko warto, ale trzeba o nim rozmawiać.

W programie wchodzącej na scenę partii Roberta Biedronia, jak należało się spodziewać, istotne miejsce zajmuje kwestia obecności Kościoła w życiu publicznym, w tym statusu nauczania religii w szkole. Nie tak dawno, jak pamiętamy, w tym samym kierunku poszła Barbara Nowacka, postulując wycofanie finansowania lekcji religii przez państwo. Już wtedy wywołało to nerwową reakcję Kościoła, który stanowczo opowiedział się za utrzymaniem status quo, powołując się na tradycję („tak było zawsze”), konkordat i konstytucję, i ustami rzecznika episkopatu próbując zamknąć jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Tak jakby wszystko było w całkowitym porządku.

Tymczasem wiele osób, w tym uczniów, rodziców, katechetów, księży, a nawet kilku biskupów, od dawna głosi, że problem z nauczaniem religii w szkole istnieje – i nie tylko warto, ale trzeba o nim rozmawiać. Paradoksalnie sądzę więc, że ofensywa polityczna Biedronia, na pozór wymierzona przeciwko Kościołowi, o ile sprowokuje nas do szczerej rozmowy o szkolnej katechezie, może wyjść Kościołowi tylko na dobre.

Najogólniej uważam, że w takim kraju europejskim jak Polska, który żyje od tysiąca lat w chrześcijańskiej kulturze Zachodu, wiedza religijna powinna być uwzględniona w powszechnym systemie edukacji. I jest zrozumiałe, że prowadzenie takiego przedmiotu w społeczeństwie w 90 procentach katolickim powierza się „specjalistom”, czyli dobrze wykształconym teologicznie i pedagogicznie duchownym bądź świeckim.

Czyżby rację mieli ci pesymiści, którzy twierdzą, że dopiero uszczuplenie finansów Kościoła może go zmusić do większej pokory w postrzeganiu rzeczywistości?

Program takiego przedmiotu, obok zaznajomienia z Biblią, historią Kościoła, dogmatami wiary i zasadami życia chrześcijańskiego, koniecznie powinien obejmować też elementy religioznawstwa, czyli podstawową wiedzę o innych religiach i wyznaniach. Co więcej, lekcje takie powinny być nieobowiązkowe, ale jednocześnie otwarte dla wszystkich chętnych, nawet jeśli nie są oni wyznawcami. Oceniana (jeśli w ogóle) powinna być więc wiedza i postawa ucznia, a nie jego pobożność. Spełnienie tego warunku wymaga oczywiście specjalnego doboru katechetów i ich gruntownego przygotowania. A z tym jest bardzo różnie.

Z drugiej strony, Kościół pragnie przecież przekazywać młodym Polakom nie tylko wiedzę religijną, ale żywą wiarę. Otóż nauczanie religii w szkole, w takim społeczeństwie i takiej kulturze, z jakimi mamy dzisiaj do czynienia, tej kluczowej misji niestety nie wypełnia. Na przeszkodzie staje kilka obiektywnych czynników. Dużo już o tym napisano – przypomnijmy w wielkim skrócie. Szkoła nie stwarza przestrzeni sakralnej, a religia, zwłaszcza w klasach starszych, jest przez młodzież lekceważona jako przedmiot nadobowiązkowy i „niepraktyczny”. Z kolei wielu rodzicom katecheza w szkole daje alibi do umywania rąk od troski o przekazywanie wiary swoim dzieciom, a gdy rodzice sami nie są praktykujący, to dzieci w ogóle tracą kontakt z parafią i kultem. Wreszcie, proporcjonalny udział uczniów gotowych na lekcji do słuchania katechezy jest mniej więcej taki, jak udział praktykujących katolików w całym naszym społeczeństwie, czyli około 25 procent. Jedna czwarta klasy słucha, reszta się nudzi, przeszkadza albo prowokuje. To wszystko sprawia, że prowadzenie lekcji religii, w każdym razie w szkołach średnich, bywa istną drogą krzyżową. A co dopiero, jeśli zadanie to proboszcz powierza młodemu wikaremu, słabemu intelektualnie i pozbawionemu umiejętności prowadzenia dialogu z młodzieżą?…

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Religia w szkole jest szansą, ale też wyzwaniem. Wymaga, po pierwsze, odpowiedniego doboru i przygotowania kadr, po drugie, dopełnienia edukacji szkolnej przez swego rodzaju inicjację religijną młodzieży w ramach wspólnot parafialnych. Funkcję taką mogłoby spełniać przygotowywanie do bierzmowania, gdyby nie to, że jest na ogół prowadzone w stylu zaliczeniowo-dyscyplinującym i zamiast wciągać, odstręcza. Nie bez powodu bierzmowanie nazywane jest w żartach „sakramentem pożegnania z Kościołem”…

Swego czasu biskup opolski Andrzej Czaja, rozumiejąc, na czym polega problem, wyszedł z ciekawą propozycją, by jedną z dwóch lekcji religii tygodniowo odbywać nie w szkole, lecz w parafii. Propozycja przepadła „na episkopacie”, podobno z tego powodu, że jej zrealizowanie uszczupliłoby o połowę dochody księży zatrudnionych w szkole. Wniosek nasuwa się niestety taki, że biskupom i proboszczom bardziej chodzi o kasę niż o dobro wiernych.

I tu chyba docieramy do sedna problemu. Czyżby rację mieli ci pesymiści, którzy twierdzą, że dopiero uszczuplenie finansów Kościoła może go zmusić do większej pokory w postrzeganiu rzeczywistości, do wierności swemu prawdziwemu duchowemu powołaniu i do szukania nowych form pracy duszpasterskiej?

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (14)

Niestety, lekcje religii w szkole nie przełożyły się na religijność społeczeństwa. Religii nie mogą uczyć osoby, które tego robić nie potrafią. Przykre to, gdy ksiądz lub katecheta stają bezradni wobec młodego, buntującego się człowieka. To jest wielka szkoda dla jednej i drugiej strony. Warto się zastanowić, co robić dalej, dlaczego w kraju, w którym religia jest obecna w szkole do kościoła chodzi o wiele mniej osób niż wtedy, gdy katecheza odbywała się w salkach przy kościołach.

Kościół tak łatwo nie zrezygnuje z nauczania religii w Szkole bo to związane jest z prawami do poborów i stażu emerytalnego Katechetów i Zakonnic oraz Osób świeckich którzy uczą tego przedmiotu w Szkołach. Nauczanie w salkach katechetycznych musiało by odbywać się na koszt Parafii….i nie miało by większego wpływu na emerytury bo Proboszczowie unikali by zawierania umów o pracę by nie płacić składek do ZUS i ubezpieczenia zdrowotnego. . Tak czy inaczej jestem za nauczaniem religii – jako przedmiotu nieobowiązkowego – ale muszą to robić osoby dobrze wyedukowane i posiadające predyspozycje nauczyciela i o właściwych cechach etycznych. .

Biedroń tak pomoże Kościołowi, jak kulturkampf Bismarcka. Katolicy, w tym Polacy w II Rzeszy wyszli z niego wzmocnieni, ale nie takie były intencje kanclerza i nie takie są intencje Biedronia. On uważa Kościoła za wroga, chyba że zgodzi się na zredukowanie do organizacji pozarządowej w obszarze działalności charytatywnej. Ale co do realiów religii w szkołach to zgoda.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście p. Biedroń „uważa Kościoła za wroga”? Z treści komentarza wynika, że to raczej p. Ciompa uważa p. Biedronia za wroga.

Prowadzę sporo zajęć terenowych z moimi studentami. Oglądamy m. in. różne obiekty sakralne, przy okazji z nimi rozmawiam, a turystyczna atmosfera sprzyja mniej formalnym relacjom. Z przykrością stwierdzam, że wiedza o religii tych młodych ludzi jest b. wątła. Większość z nich chodziła 12 lat na religię i dalej nie wie kim są grekokatolicy albo czego domagał się Luter. Szkoda, bo dzieje chrześcijaństwa są pasjonujące i niezwykle wzbogacają intelektualnie. Trudno mi powiedzieć jaki wpływ szkolne katechezy mają na religijność młodzieży (w niedzielnych mszach uczestniczy od kilku do 30% studentów, w zależności od grupy), ale do jej wykształcenia przyczyniają się niewiele.

Moje Postscriptum. Bartłomiej Sienkiewicz, którego bardzo szanuję i cenię, proszony o komentarz do debiutu partii Wiosna Roberta Biedronia powiedział krótko: „Wreszcie mamy lewicę. Polska zasługuje na porządną lewicę”. Zgadzam się całkowicie z takim zdaniem. Nie jestem wyznawcą ideowego programu lewicy, zwłaszcza nie popieram hasła „aborcja do 12 tygodnia ciąży na żądanie”, ale jestem zdecydowanym zwolennikiem istnienia silnej formacji lewicowej na scenie politycznej w katolickiej Polsce – dla dobra Polski, dla zdrowia psychicznego narodu i dla dobra samego Kościoła. Niestety, z wielu przyczyn, po 1989 roku w Polsce ukształtowała się i zabetonowała scena polityczna z dwiema partiami prawicowymi, stanowiącymi w istocie wielkie centrum. Partiami, które weszły w stan permanentnej wojny i sprawiły, że stan wojny i nienawiści rozlał się na całe społeczeństwo (przy milczeniu i bierności Kościoła). Dlatego, jako Polak zatroskany o dobro mojej ojczyzny i jako katolik zatroskany o przetrwanie wiary chrześcijańskiej, dobrze życzę partii Roberta Biedronia. A religia w szkole, zwłaszcza w liceach, to wielki i palący problem, wymagający szczerej rozmowy i dyskusji wewnątrz Kościoła, koniecznie z udziałem osób świeckich, doświadczonych katechetów i pedagogów

Laickość to nie atak na wiarę, tylko jej prawne ugruntowanie. Spora część duchowieństwa bawi się w szerzeniu niewiedzy pod przykrywką frazesów jak „neomarksizm”, „miękki totalitaryzm” czy „cywilizacja śmierci”, ja to rozumiem, że chodzi im o doraźne korzyści majątkowe, tylko bez wiernych i one na późniejszym etapie nie pomogą „utrzymać się”. Lewica oczywiście nie potrafi tego wytłumaczyć, ale na pewno nie chce likwidować religii. To że PiS teraz przekierowuje ogromne środki na kościół, w dłuższej perspektywie spowoduje, że stanie się on leniwy, a to najprostsza droga do samounicestwienia.

P. Biedroń jak wytrawny handlarz podnosi cenę, by potem miał z czego „opuszczać”, gdy już wejdzie do jakiejś koalicji. Jego antykościelna i antyreligijna retoryka w części naszego społeczeństwa pewnie się przyjmie, ale wątpię aby tylko na niej zrobił karierę polityczną. Daleki jestem od mniemania, że nasz Kościół nie potrzebuje głębokiej odmiany, wciąż i niezmiennie aktualne jest wezwanie św. Pawła, aby odnowić swoje myślenie. Postulaty Biedronia, a przynajmniej ich część, mogłyby skłonić nasz Kościół do przemyślenia na nowo niektórych spraw, czas wielki na to. Obawiam się jednak, że powszechną reakcją duchownych na czele z naszymi biskupami, będzie jak zwykle rytualne narzekanie na : liberalizm, ateizm, bezbożnictwo, wrogie siły, cywilizację śmierci i przekonywanie, że:” sąd sądem, ale racja musi być po naszej stronie”. Inna sprawa, że P. Biedroń zachowuje się tak, jakby nasz kraj składał się niemal wyłącznie z ateistów, co przecież jest nieprawdą. Nie mam nic przeciwko temu, aby Biedroń w jakimś zakresie urządzał nasz kraj, jako kraj przyjazny ateistom, tylko dlaczego chce on go urządzać także ludziom wierzącym?

Biedroń postuluje „uporządkowanie stosunków między państwem i Kościołem” oraz „zaprzestanie finansowania Kościoła z podatków”. To nie jest antyreligijna retoryka. To postulaty, które być może nie pasują klerykałom, ale w żaden sposób nie odnoszą się do religii.

O religii w szkole warto dyskutować, ale niekoniecznie – w reakcji na hasła Biedronia. Partia tego ostatniego wydaje mi się płytką repliką zachodniej New Left. Nie ma co się ludzić, że zaakceptowałaby ona „dobrą” katechezę. Jej celem jest bowiem eliminacja religii z życia publicznego. Zasadniczą wadą szkolnej katechezy jest sprowadzanie jej do przytoczeń z Biblii lub do głoszenia zasad moralnych i obyczajowych, które nie muszą być od razy przekonujące dla uczniów. Tymczasem można powiązać religię z historią kultury, a także – z naukami ścisłymi. Czy fizyka, która w XIX-tym wieku wydawała się obalać religię, nie jest dzisiaj wręcz źródłem dowodów na istnienie Boga? Czy odkrycie genotypu nie uzasadnia stanowiska Kościoła wobec aborcji? O ile bardziej przekonujące byłoby powołanie się w tym punkcie na genetykę niż na same orzeczenia papieży czy biskupów. O innych religiach warto mówić. Ale nie według schematu: jedni uważają tak, drudzy inaczej. Przydałoby się przekonać, że religie wyrażają zasadniczo tę samą prawdę o rzeczywistości nadprzyrodzonej, która najpełniej została ujęta jednak przez Kościół katolicki. Słowem, nie kapitulować, nie negocjować na każdych warunkach z przeciwnikiem z góry odrzucającym porozumienie, ale – skutecznie wyrażać swoje racje.

W praktyce obecność religii w życiu publicznym sprowadza ją do jednego z atrybutów powołujących się na nią ugrupowań politycznych. Moim zdaniem jest to równoznaczne z jej dewaluacją. Dlatego postulaty p. Biedronia nie wywołują mojego sprzeciwu, ani, tym bardziej wrogości.

Panie redaktorze, Biedroń jest taką lewicą, jak Schroeder, Blair, Holland, Macron, czyli łże lewicą, lub jak łaskawie go określił p.Jacek Zychowicz, New Left. Hasła egalitarne tak jak zauważył p.Rafał Krysztofczyk są tylko na wybory, a potem jest kapitulacja wobec „rynków finansowych”. Ostatni raz lewica rządziła w Europie w pierwszej połowie pierwszej kadencji Mitteranda we Francji, czyli w latach 1981-1984. „Antyklerykalizm” (antykościelność) może być także liberalny i prawicowy. To tyle w obronie pojęcia lewicy.

A co do Biedronia, to ta nowość nie jest żadną nową jakością w polskiej polityce. Gdy był posłem, prowadziłem na spotkaniu organizacji pozarządowych panel na temat partycypacji obywatelskiej z jego udziałem. Zadeklarował się jako żarliwy zwolennik liberalizacji referendów lokalnych i dwukadencyjności prezydentów/burmistrzów/wójtów. Podkreślam – żarliwy, urągający etycznie przeciwnikom partycypacji obywatelskiej, tak jak dziś urąga katolikom. Gdy został prezydentem Słupska ta żarliwość zniknęła bez śladu,, zmienił poglądy o 180 stopni. I nie to mu zarzucam, a to, że permanentnie odmawia uzasadnienia zmiany swoich poglądów związanych ze zmianą stanowiska. Na spotkaniu z nim w trakcie V Kongresu Ruchów Miejskich w Gorzowie obrócił wszystko we właściwe dla niego gdy ma kłopot z odpowiedzią merytoryczną śmichy-chichy. W kuluarach obiecał nam, że na cokwartalnym spotkania zawiązanym pod jego egidą porozumieniu „progresywnych” włodarzy gmin postawi sprawę. Nie postawił. Nasze późniejsze pisma zignorował. On nie uważa, że ma obowiązek się tłumaczyć przed swoimi zwolennikami z dokonywanych wyborów i ich zmian, i dlatego nie różni się od starych polityków. Tylko kostium jest nowy.

Żadna „przestrzeń sakralna” nie jest potrzebna katechezie. Zgonieni do kościoła kandydaci do bierzmowania mają przecież przestrzeń sakralną. I co? I nic!
Katechezie potrzebne są relacje, doświadczenie wspólnoty. Niezależne od miejsca. W szkole na pewno o to trudno. Nie znaczy to jednak, że w parafii będzie łatwiej.

Mój przyjaciel, proboszcz niewielkiej parafii, ocenia sytuację bardzo krytycznie. Jego zdaniem katecheza szkolna jest „unarodowiona” i nie przygotowuje dzieci do zycia sakramentalnego. na przykład do pierwszej komunii mogą przygotowac naprawdę dziecko tylko jego rodzice. Tymczasem, mówi mój przyjaciel proboszcz, „zabraliśmy dzieci rodzicom”, a to co zrobiliśmy z obrzędem pierwszej komunii, to droga donikąd. Dryl zamiast połączenia wiary z życiem. Owoce katechizacji w szkole widać gołym okiem: młodzież oddala się od praktyk religijnych i od wiary.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.