Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ofiara jako „cwaniak”

Dariusz Kowalczyk SJ. Fot. X Zjazd Gnieźnieński / YouTube

„Cwaniacy”, „wymuszać”, „draństwo”, „wyłudzanie” – takie słowa odnosi jezuicki teolog do osób wykorzystanych seksualnie, które po latach traumy usiłują walczyć o należne im odszkodowanie. Tradycja przerzucania odpowiedzialności na ofiarę lub jej otoczenie nadal ma się świetnie, jeśli tylko pozwala naszej grupie uniknąć konsekwencji (zwłaszcza materialnych).

Nie milknie szum wokół bezprecedensowego wyroku sądu w Poznaniu, który przyznał kobiecie więzionej i wielokrotnie gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. odszkodowanie w wysokości miliona złotych oraz dożywotnią rentę w wysokości 800 zł. Do wypłaty tych należności został zobowiązany zakon, do którego należał sprawca, czyli Towarzystwo Chrystusowe. I właśnie ten aspekt sprawy budzi największe emocje.

Oto po raz pierwszy potraktowano instytucję kościelną na równi z innymi pracodawcami. Sędzia Anna Łosik odwołała się do art. 430 Kodeksu cywilnego, który mówi o odpowiedzialności tego, kto powierza komuś wykonanie jakiejś czynności, gdy przy jej wykonywaniu wyrządzona zostaje zawiniona szkoda. W miniony piątek chrystusowcy zapłacili zasądzoną prawomocnym wyrokiem kwotę, jednocześnie zapowiadając walkę o jego kasację przed Sądem Najwyższym.

Ten wyrok jest rewolucyjny nie tylko ze względu na to, że daje ofiarom jednoznaczny sygnał: jesteście dla nas ważne, chcemy, by sprawiedliwości stało się zadość. Oczywiście nikt nie ma złudzeń, że jakiekolwiek pieniądze są w stanie zrekompensować tak traumatyczne przeżycia, ale na razie jest to najlepsza metoda zadośćuczynienia, którą może zadekretować i wyegzekwować aparat władzy państwowej.

Jest jeszcze drugi ważny aspekt tej sprawy i choć nie ma znaczenia akurat dla osób bezpośrednio w nią zaangażowanych, to może przetrzeć szlak wielu innym ludziom związanym z Kościołem. Poznański sąd, traktując instytucję kościelną jako pracodawcę, wydobył na światło dzienne prawdę niby oczywistą, ale od dziesięcioleci ginącą w szarej strefie: w Kościele pracują ludzie. Nie tylko służą, dzielą się swoimi talentami, poświęcają czas, ale także najzwyczajniej w świecie pracują i za swoją pracę oczekują słusznej zapłaty, tak samo jak każdy inny pracownik. A jednak często muszą pracować bez umowy, utrzymywać się z okazjonalnych i niepewnych ofiar od parafian, łatać domowy budżet dodatkowymi zajęciami (o zjawiskach obrazujących, jakim Kościół jest pracodawcą, pisaliśmy w „Więzi” już w 2005 r.).

Takie traktowanie pracowników jest nie tylko nieuczciwe wobec nich, ale stanowi cios dla jednego z najważniejszych, istotowych wymiarów Kościoła – dla wspólnoty. Jeśli chcemy być prawdziwą wspólnotą, to musimy nie tylko cieszyć się z naszych osiągnięć, ale także poczuwać się do odpowiedzialności, gdy przychodzi chwila próby. A nade wszystko trzeba zawsze pamiętać o słowach Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Kościół musi być zwrócony ku najsłabszym, w tym tkwi prawdziwe źródło jego siły.

Poznański sąd, traktując instytucję kościelną jako pracodawcę, wydobył na światło dzienne prawdę niby oczywistą, ale od dziesięcioleci ginącą w szarej strefie: w Kościele pracują ludzie

Tej troski o „najmniejszych” bardzo zabrakło w postępowaniu zakonu chrystusowców. Nie szczędził on pieniędzy na prawników walczących z oskarżeniami, ale wzbraniał się przed jakąkolwiek finansową rekompensatą dla osoby skrzywdzonej przez jednego spośród nich (obecnie już byłego zakonnika). Ofiara, Kasia, dziś jest dorosłą kobietą, której życie jest nieustannym lękiem. „Wynajęłam pokój w innym mieście. Dostałam pracę na kasie. Po pracy siedzę u siebie. Nie wychodzę z domu. Bo ja się już na nic światu nie przydam. Wszystko mi przypomina o przeszłości. Drżę, gdy widzę księdza na ulicy. Brzydzę się mężczyznami. Gdy któryś się do mnie uśmiechnie, odwracam wzrok. Nigdy nie byłam z nikim w relacji seksualnej. Seks kojarzy mi się z ogromnym bólem. Wolałabym być chora fizycznie, wiedziałabym, z czym mam walczyć. A tak stale się boję. Zdarza się, że na ulicy poczuję taki sam zapach perfum, jak on miał, i paraliżuje mnie. Rozglądam się. Myślę: «On może gdzieś tu być». Zaczynam biec. Nadal każdej nocy słucham, czy ktoś nie przekręca klucza w drzwiach. Od kiedy wyszedł na wolność, czuję, że on jest wszędzie” – tak mówiła w rozmowie z Justyną Kopińską (w reportażu opublikowanym w 2017 r. w „Dużym Formacie”).

Życie jednej spośród tych „najmniejszych” zostało złamane. Szkoda się dokonała, nie da się od tego uciec. Możemy jedynie jako wspólnota starać się zdobyć na gest, który choć w części przywróci ofierze poczucie godności. Tymczasem ciągle ze środka Kościoła dochodzą głosy troszczących się nie o pokrzywdzonych, lecz głównie o dobrostan instytucji kościelnych. Na swoim Twitterze o. Dariusz Kowalczyk SJ pisze: „Staję w obronie zasad. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Przecież nie od dziś różni cwaniacy próbują uczynić winnym cały KK za każde przestępstwo duchownego, by wymuszać pieniądze. Bo wykoncypowali sobie, że Papież jest pracodawcą każdego księdza. Dla mnie to draństwo”. I jeszcze: „Rzeczywiście, nie rozumiem, dlaczego ma płacić całe zgromadzenie, bo jakiś dewiant molestował dziewczynkę na plebanii. A są to pieniądze od ludzi, którzy wspierali materialnie zgromadzenie. Dla mnie to po prostu wyłudzanie pieniędzy”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

„Cwaniacy”, „wymuszać”, „draństwo”, „wyłudzanie” – takie słowa duchowny odnosi m.in. do osób, które po latach traumy usiłują walczyć o należne im odszkodowanie. Zza tych słów wyłania się obraz ofiary jako osoby agresywnej, kalkulującej, chciwej. Jak one się mają do języka papieża Franciszka, który w liście do Ludu Bożego, opublikowanym kilka dni po ujawnieniu skali nadużyć w amerykańskim stanie Pensylwania, stwierdza: „Ze wstydem i skruchą, jako wspólnota kościelna, przyznajemy, że nie potrafiliśmy być tam, gdzie powinniśmy być, że nie działaliśmy w porę, rozpoznając rozmiary i powagę szkody spowodowanej w tak wielu ludzkich istnieniach. Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich [podkr. – EB] […] konieczne jest, abyśmy jako Kościół mogli rozpoznać i z bólem oraz wstydem potępić te potworności popełnione przez osoby konsekrowane, duchownych, a także przez tych wszystkich, których misją było czuwanie nad najbardziej bezbronnymi i chronienie ich. Prosimy o przebaczenie za grzechy nasze i innych osób”.

Życie jednej spośród tych „najmniejszych” zostało złamane. Możemy jedynie jako wspólnota starać się zdobyć na gest, który choć w części przywróci ofierze poczucie godności

Jednak o potępieniu potworności trudno tu mówić, gdy o zbrodni, która została dokonana na 13-letniej dziewczynce, o. Kowalczyk mówi: „Umawianie się z dziewczynką było jego [chrystusowca] prywatną inicjatywą, a nie zleconą pracą”. „Umawianie się” jako opis zaplanowanych z dużym wyprzedzeniem wielorazowych, brutalnych gwałtów? Serio? Jezuickiego teologa, dziekana wydziału teologicznego rzymskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego nie obowiązuje też zasada znajomości faktów przy wydawaniu sądów, skoro pozwala sobie na uwagę: „Też się zastanawiam, gdzie byli jej rodzice, którzy chyba wiedzieli, że córki nie ma w nocy w domu” (wyjaśnijmy, że ks. Roman B. zapisał Kasię do gimnazjum w innym mieście i zabrał ją z domu do „internatu”, który okazał się pustym mieszkaniem jego matki). Jak widać, tradycja przerzucania odpowiedzialności na ofiarę lub jej otoczenie nadal ma się świetnie, jeśli tylko pozwala naszej grupie uniknąć konsekwencji (zwłaszcza materialnych).

Szanowny Ojcze Dariuszu, owszem, nie ma w Kościele tępej odpowiedzialności zbiorowej. Ale jest wspólnota oparta na wierze, przekonaniu o godności każdej osoby ludzkiej oraz uznaniu społecznej natury grzechu. Istotą bycia wspólnotą jest współodpowiedzialność i troska o każdą z naszych sióstr i każdego z naszych braci, zwłaszcza tych najsłabszych. Ta troska może wyrażać się modlitwą, ale powinna również mieć wymiar materialny (co zazwyczaj bywa dużo trudniejszą formą wsparcia). Czy granice naszej wspólnoty są wyznaczane przez nasze portfele? Jeśli tak, to zaiste, dzień sądu musi być bliski.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (15)

Cieszę się, że są chrześcijanie, którzy nie pozwalają by chciwcy i faryzeusze byli obliczem chrześcijaństwa w sieci.

Dziękuję Wam.

Historia Kasi to historia na wskroś ewangeliczna – o tej najmniejszej, najsłabszej, najmłodszej i najczystszej w obliczu potęgi, która potrafi niszczyć małych swoimi grzechami.

A ja chciałem się zapytać Autorki, jak się mają jej poglądy do jednej ze zdobyczy cywilizacyjnych, z której dumny jest liberalizm, tj. z prawa do obrony, że nawet morderca złapany na gorącym uczynku ma prawo się bronić, więcej, my mamy szanować to jego prawo wbrew swoim emocjom. Czy pedofilia uchyla to prawo? Czy Chrystusowców obciąża to, że się bronili? Bo z artykułu tak wynika. A przecież fałszywe oskarżenia się zdarzają, kilka zostało zdemaskowanych. Więcej, jak powiedział mi znajomy dziennikarz (niewierzący!) służbowo śledzący ten temat, w USA, lekko ponad połowa pozwów o odszkodowania jest oddalana. Dobrze, część być może dlatego, że po wielu latach trudno uprawdopodobnić krzywdę, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że istotna część oddalonych pozwów jest motywowana chęcią zysku bez żadnego powodu. Żeby utrudnić komukolwiek zwolnienie się z odpowiedzi na moje pytania dodam, że wyrok sądu co do winy (nie wiem, czy co do kwoty) uważam za sprawiedliwy „kupując” jego argument z art.430 kc, co zostało powyżej przywołane. Uważam, że stanowisko o.Kowalczyka powinno być krytykowane jako niesłuszne, nie oparte na faktach (co Autorka czyni), ale nie jako nieetyczne.

Szanowny Panie Piotrze, w żadnym momencie swojego tekstu nie podważam prawa do obrony osoby oskarżonej. Wierzę w domniemanie niewinności i mam świadomość, że oskarżenie o molestowanie również może być fałszywe. Jednak w tym wypadku mówimy o sytuacji, gdy wina została już udowodniona, a zakon w dalszym ciągu działał najpierw na rzecz zmniejszenia wyroku księdza Romana B., a następnie zamiast wsparcia dla ofiary wybrał walkę z nią w kwestii należnego odszkodowania. Chrystusowcy konsekwentnie stawali po stronie sprawcy.

Druga sprawa: jeśli osoba publiczna, będąca autorytetem intelektualnym i duchowym, zabiera głos, to musi mieć świadomość, że weryfikacja faktów i znajomość zagadnienia to podstawa. O. Kowalczyk ewidentnie nie przeczytał nawet reportażu Justyny Kopińskiej, a wypowiadał sądy wartościujące, moim zdaniem to wina zawiniona. Jednak najbardziej uderzający jest język, którego używa o. Kowalczyk – dosadny, zaczepny, złośliwy. Taki język zadaje ból ofiarom przez bagatelizowanie ich doświadczenia (w kontekście dyskusji o odszkodowaniach dla ofiar gwałtów wprowadzanie zbiorczej grupy „cwaniaków” wyłudzających pieniądze od Kościoła nie może być odczytane jako dygresja nie na temat). Jestem przekonana, że osoba publiczna zobowiązana jest do szczególnej ostrożności przy formułowaniu opinii, bo ciąży na niej dużo większa odpowiedzialność.

Na koniec dodam jedynie, że mam świadomość, że medium takie jak Twitter nie sprzyja precyzyjnemu formułowaniu myśli, więc z radością przeczytałabym gdzieś dłuższą wypowiedź o. Kowalczyka, w której przeanalizuje ten przypadek z należną mu uwagą, wrażliwością i empatią.

Stanowisko tego księdza jest nieetyczne bo mówi on o molestowaniu, gdy mamy do czynienia z brutalnym wielokrotnym gwałtem na dziecku. Ten ksiądz próbuje zmniejszyć rzeczywistą winę oprawcy, czyli zwyczajnie kłamie. Kłamstwo jest chyba co najmniej nieetyczne?

To chyba nie tak P. Piotrze. Tu nie chodzi o to, że wynajęto przestępcy adwokata, choć gorliwość z jaką to czyniono, budzi pewien niesmak. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Chrystusowcy czynili wszystko co w ich mocy, aby zmniejszyć karę obwinionemu, gdyby w parze szło zadośćuczynienie pokrzywdzonej, no dobra niech będzie. Łajdactwo zakonu polega na tym, że spłynęło to po nich jak woda po kaczce. Zapewnili mu miękkie lądowanie u siebie, pozwolili na kontynuowanie przestępczej działalności, a teraz wypierają się odpowiedzialności. Pan Kowalczyk (pozwolę sobie na tę formę) nie pierwszy raz dzieli się opiniami, które z powołaniem kapłańskim nic wspólnego nie mają. Nie pierwszy on i zapewne nie ostatni. Czasy przełomu w Kościele (a chyba z takim mamy teraz do czynienia) zawsze obfitowały w fałszywych proroków. Zniżył się do poziomu drania, który niedawno też kpił w ordynarny sposób z pokrzywdzonej kobiety.

czy dobrze rozumuję, że idąc tokiem myślenia o. Kowalczyka chrzest jest zbędny?
bo czemu JA mam brać na siebie odpowiedzialność za grzech pierworodny.

Ależ podłość człowieka Kościoła…
Gdzie współczucie dla ofiary pedofilii, dziewczynki, która przeżyła horror ?
Gdzie potępienie sprawcy ?
Gdzie zwyczajna przyzwoitość ?

Na przestrzeni ostatnich lat przekonaliśmy się ,że Kościół utracił moralność, że jest dokumentnie zepsuty /dla mnie bez wyjątków bo ci sprawiedliwi podobno- milczą. A milczenie w takiej sprawie jest współudziałem w przestępstwie. „Tymczasem ciągle ze środka Kościoła dochodzą głosy troszczących się nie o pokrzywdzonych, lecz głównie o dobrostan instytucji kościelnych. Na swoim Twitterze o. Dariusz Kowalczyk SJ pisze: „Staję w obronie zasad. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. „Otórz nie. To Kościół przygotowuje swoje kadry,szkoli i dokładnie wybiera kogo chce. Ludzie ci korzystają przez całe swe życie z przywileji należnych tylko Kościołowi, są utrzymywanie z ofiar wiernych i dotacji państwa na Kościół, więc Kościół odpowiada za swoje osoby duchowne.Obrona łajdactwa niektórych księży jest taki samym grzechem jak samo łajdactwo.I jest już podłością samej organizacji zwanej Kościołem. Skoro Kościół nie zapobiega a wręcz chroni sprawców to ponosi odpowiedzialność za tych ludzi.Bezdyskusyjnie.

Szanowna Pani Redaktor,
zupełnie niedawno Zbigniew Nosowski bronił o. Adama Żaka przed oszczerstwami „Wirtualnej Polski”, na łamach której jakiś pismak chciał uczynić z o. Żaka zwolennikiem „dobrej pedofilii”. Dziękuję redaktorowi naczelnemu „Więzi” za polemiczny artykuł „Bździennikarstwo”, w którym ukazał manipulację WP.
Moje wielkie zdziwienie budzi konieczność sprostowania manipulacji jakiej dziś dopuszcza się wobec osoby o. Dariusza Kowalczyka redaktorka tejże „Więzi”, Ewa Buczek, oskarżając go o cynizm i nieczułość wobec ofiar pedofilii.
Tak się składa, że pomagam ofiarom przemocy, także seksualnej w tym, żeby miały godne, samodzielne życie, żeby rozwijały swoje talenty, pasje, miały pracę, szczęście – jednym słowem wszystko, czego człowiek potrzebuje. A nie jest to łatwe, bo nie miały w życiu dobrego startu. Otóż o. Dariusz Kowalczyk niejednokrotnie wspierał i wspiera – także finansowo – te osoby. Czyni to dyskretnie, nie trąbiąc o tym w mediach. Pomaga im bezinteresownie, ze swoich środków, na jakich posiadanie pozwala mu zależność w zakonie. Na więcej nie ma czasu, bo jest pochłonięty obowiązkami naukowymi. Nie jest społecznikiem, działaczem, filantropem, ale człowiekiem o dużej wrażliwości. Pani insynuacje, że o Kowalczyk postrzega ofiary molestowania jako „cwaniaków”, „wyłudzaczy” dopuszczających się „draństwa” są zwyczajnie niegodziwe, podobnie jak niegodziwy oszczerczy był wspomniany artykuł wobec O. Adama Żaka. Fakt, że napisała je redaktorka „Więzi” nie sprawia, że jej tekst jest mniej kłamliwy i obrzydliwy.

A co ma piernik do wiatraka? Artykuł jest oparty na wypowiedziach o. Kowalczyka, a nie o tym jakim jest człowiekiem. A porównanie manipulacji dotyczącej o. Żaka do wypowiedzi o. Kowalczyka, ma się nijak do siebie. W pierwszym przypadku, było to celowe i zamierzone, w drugim to chyba tylko Pani nie widzi jak rażące są słowa o. Kowalczyka.

Broni Go Pani, bo jak pisze, zna go, a nie odnosi się merytorycznie do cytowanych wypowiedzi. Broni po prostu Pani kolegi, pisząc o Jego prywatnych poczynaniach. Natomiast w mediach o. Kowalczyk występuję jako osoba publiczna i powinien być odpowiedzialny za to co pisze i jak. Wiele osób czuje się urażonych Jego wypowiedziami, i co z tym robi o. Kowalczyk? Dalej atakuje, wypiera krytykę, bo wie lepiej, a jeśli ktoś myśli inaczej to głupi i lewak. Nie pochyla się nad człowiekiem żeby Go podnieść tylko po to żeby Mu oznajmić swoją prawdę i dowalić. Chęć posiadania racji jest ważniejsza od kapłańskiej troski o człowieka.
Pani może zna innego człowieka, który pomaga itp. natomiast w mediach społecznościowych jest on odbierany zupełnie inaczej. On daje przekaz, i nie liczy się odbiór. Zachowuje sie tak jakby nie znał mechanizmów funkcjonowania mediów, albo zna, i ma je gdzieś. Ludzie piszą Mu, że czują się urażeni, a on że jest to atak na niego. Widzi Pani, w każdej chwili można przytoczyć wypowiedzi o. Kowalczyka choćby z FB czy Instagrama, na potwierdzenie moich i słów innych osób, a Pani nie może się niczym podeprzeć oprócz osobistych odczuć.

Proszę sobie przeczytać komentarz pod artykułem, która dodała autorka – p. Ewy Buczek, trafny aż do bólu. Żeby się wypowiadać, to trzeba najpierw zapoznać się z tematem, a nie występować z pozycji osoby wszystkowiedzącej. I tak jak już stało się zwyczajem podczas dyskusji na profilu o. Kowalczyka, że jak się mu coś zarzuca to w końcu udaje, że nie wie o co chodzi i znajduję się ktoś kto poprze, oczywiście nie merytorycznie, tylko na zasadzie bo „atak na księdza”.
I tu nie ma znaczenia, czy mamy takie same poglądy (choć często tak), bo to nie usprawiedliwia braku poszanowania poglądów innego człowieka.
Przykre jest to, że o. Kowalczyk stał się głosicielem prawdy o Polsce, Smoleńsku, Kościele, polityce a jakoś nie widać by głosił prawdy którą jest Chrystus, nie widać wskazywania na Krzyż, nie widać apostolstwa jedności..Przykre takie kapłaństwo.

Staję w obronie zasad. Pieniądze z ofiar wiernych są na potrzeby Kościoła. Przecież nie od dziś różni cwaniacy próbują zawłaszczyć tą kasę, by mieć na swoje zachcianki. Bo wykoncypowali sobie, że potrzeby Kościoła równają się potrzebom członków kasty, do której należą. Dla mnie to draństwo. Chrystus utożsamia się z najsłabszymi, skrzywdzonymi. A jak uczyli już Ojcowie Apostolscy: gdzie Chrystus, tam Kościół. Jestem przekonany, że pieniądze wypłacone przez chrystusowców pani więzionej i gwałconej w dzieciństwie przez ich współbrata niewątpliwie poszły na właściwie rozumiane potrzeby Kościoła. Powiedziałbym więcej: jeśli chodzi o zgodność z intencjami ofiarodawców, jest to zapewne najtrafniej wydatkowany przez nich milion. Natomiast rzeczywiście, nie rozumiem, dlaczego pieniądze od ludzi, którzy wspierali materialnie zgromadzenie, poszły na bronienie ich psubrata. Dla mnie to po prostu wyłudzanie pieniędzy Kościoła i sprzeniewierzenie się woli ofiarodawców.
PS. Ks. prof. Kowalczykowi bardzo dziękuję za inspirację w sformułowaniu tych jakże trafnych spostrzeżeń.

Przede wszystkim wyrażam niniejszym głęboki szacunek Autorce artykułu.
Bardziej jednak dosadne, ale moim zdaniem chyba też lepiej korespondujące z duchem i stylem wypowiedzi p. księdza Kowalczyka, ujęcie problemu zawiera poniższy cytat:
„Myślałam o czymś, Ojcze. O tych ulicznych gangach z Los Angeles, Cripsach i Bloodsach. I tych prawach, które wprowadzono w latach 80-tych, by się z nimi rozprawić. Nie pamiętam dokładnie, ale szło to jakoś tak: jeśli wstąpiłeś do gangu i się z nim zadawałeś, i pewnego wieczora, bez twojej wiedzy, jakiś inny Blood albo Crip zastrzelił kogoś albo zadźgał – nie miało znaczenia, że nic o tym nie wiedziałeś i że stałeś sobie na ulicy jak gdyby nigdy nic. W świetle nowego prawa i tak mogli cię posadzić. Tylko dlatego, że wstąpiłeś do jednego z tych dwóch gangów. To mi dało do myślenia. Cały ten układ trochę przypomina ten, który macie w Kościele: nosicie własne barwy, macie swoją melinę. Jesteście gangiem, z braku lepszego słowa. Jeśli siedzi Ojciec z fajką i czyta sobie biblię, a piętro niżej kumpel z gangu posuwa ministranta – jest Ojciec winny tak, jak ci Cripsi i Bloodsi, bo jest Ojciec w gangu. Mam w dupie, czy w życiu niczego Ojciec nie widział, ani nie słyszał. Przynależność do gangu, to współudział. A jeśli ktoś jest skłonny dymać ministrantów i innych chłopaków – bo wiem, że nie wybrzydzacie – to nie ma prawa przychodzić do mnie wypowiadać się o mnie, o mojej córce i o moich billboardach. Niech dopije Ojciec herbatkę, a potem wypierdala z mojej kuchni.”
Mildred Hayes
„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Pozdrawiam i życzę powodzenia.

Kiedyś ktoś mi polecił książkę pewnego filozofa „Co jest ważniejsze od prawdy?”. Nie przeczytałem jej, ale tytuł we mnie rezonuje cały czas. Można przecież głosić prawdę w taki sposób, by kopać przepaści między ludźmi. Tak jest z etycznymi ocenami osób, z którymi należymy do przeciwnych obozów. Jaki jest sens oburzania się w Gazecie Wyborczej na Radio Maryja i odwrotnie (abstrahując od faktu, iż czytelnicy i słuchacze nie dotrą do tych polemik głoszonych w nieuczęszczanych kanałach medialnych)? Obie strony uznają, że „tamci” powodowani są innymi celami niż dobro i nie będą się zastanawiać, czego oni chcą. Ks.Kowalczyk należy do przeciwnego obozu, więc nawet, jeśli jego argumentacja zasługuje na napiętnowanie etyczne, nie Więź jest od tego. To jest owszem, wolno piętnować, tylko to nikomu nie pomoże się zmienić, a tylko utrwali większe podziały. Ocenę etyczną, która pomogłaby komuś innemu zastanowić się nad sobą mogą głosić tylko osoby bliskie takiej osoby, podzielające z nią wspólne wartości. Sugerowałbym wybranie dłuższej, mniej wdzięcznej drogi jaką jest cierpliwe budowanie mostów wychodzących tamtej stronie naprzeciw, nawet jeśli oni z drugiej strony nie budują, bo kiedyś mogą się przydać. Przecież Więź kiedyś się w tym specjalizowała, tyle że w przeciwnym kierunku i kapitalnie jej to wychodziło dla dobra całej Polski. A teraz czytam czasem materiały, które zrywają nawet wąskie kładki, jakie jeszcze nad przepaściami pozostały. Waham się, czy nie napisać o tym na facebooku przyjaciół Więzi, ale nie chcę wyjść na moralistę, skoro przecież spontaniczne oceny etyczne moich adwersarzy cały czas i mi się zdarzają. Tak więc krytyka natury etycznej przeciwników nawet jeśli prawdziwa nie zawsze jest dopuszczalna

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.