Jesień 2020, nr 3

Zamów

Trzyletnia rekolekcjonistka

Fragment obrazu „Jezus błogosławi dzieci” Lucasa Cranacha Starszego, 1537

Wyruszyłyśmy we dwie na wędrówkę po kościele. Dotarłyśmy do bocznej kaplicy, była pusta. Na wprost nas wisiał krucyfiks z konającym Chrystusem. Dziewczynka zdumiona patrzyła na ukrzyżowanego, po czym zaczęła pytać.

„Największym cudownym wydarzeniem w życiu są spotkania. I cała mądrość życia polega na tym, aby je docenić. Gdyby człowiek umiał wykorzystywać spotkania, to życie ludzkie byłoby prawdziwym arcydziełem”. To słowa profesora Stefana Swieżawskiego, prawdziwego mędrca. Wracają do mnie zawsze, kiedy przydarza mi się jedno z tych spotkań, które na długo zostają w pamięci. Na przykład to z małą trzyletnią dziewczynką.

Pewnej niedzieli wybrałyśmy się wspólnie z małą i jej mamą na Mszę św. Dziecko długo spokojnie obserwowało to, co dzieje się na ołtarzu, w końcu jednak siedzenie w jednym miejscu było zbyt trudne. Wyruszyłyśmy więc we dwie na wędrówkę po kościele. Dotarłyśmy do bocznej kaplicy, była pusta. Weszłyśmy i mała stanęła jak wryta – na wprost nas wisiał dużych rozmiarów krucyfiks z konającym Chrystusem (figura była wielkości dorosłego człowieka). Dziewczynka zdumiona patrzyła na ukrzyżowanego, po czym zaczęła pytać:

– Co Pan Jezus ma na głowie?

– Koronę z kolczastych gałęzi – odpowiedziałam.

– A co ma w rękach? – indagowała dalej.

– Gwoździe.

– A w nogach też ma gwoździe? – pytała coraz bardziej zdumiona.

Przytaknęłam, szukając słów, które pomogłyby mi nieco złagodzić malujące się coraz wyraźniej na twarzy dziecka przerażenie. Mała zadała kolejne pytanie:

– A kto to wszystko zrobił Panu Jezusowi?

Czułam się coraz bardziej bezradna, po chwili dałam więc z pewnością nie najtrafniejszą teologicznie odpowiedź:

– Źli ludzie.

Podbródek dziewczynki zaczął niebezpiecznie drżeć, już prawie płacząc zapytała:

– Czy Jego to boli?

Moja bezradność sięgnęła zenitu. Objęłam małą i powiedziałam:

– Boli… ale wiesz, kiedy ty przychodzisz tu do Niego, to boli Go mniej.

Mała zamyśliła się, jednak nie dała za wygraną.

– A kiedy wychodzę stąd, znowu boli Go bardziej? – zapytała.

Tym razem poległam. Na szczęście dla mnie w kaplicy znalazła nas mama dziewczynki, okazało się, że Msza św. właśnie dobiegła końca.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Wróciłyśmy do domu. Zachodziłam w głowę, jak odpowiedzieć na ostatnie z pytań dziecka, kiedy mała przyszła do mnie z blokiem rysunkowym i kredkami, i oznajmiła: będziemy rysować. – Narysujemy – wyjaśniła – łąkę, tam nie będzie złych ludzi, którzy wcisną w ręce i nogi Pana Jezusa te gwoździe. Narysowałyśmy kolorową łąkę. Rysunek dziewczynka umieściła na ścianie w pokoju pod ikoną krzyża.

Wspomnienie tamtego spotkania wraca zwłaszcza wtedy, kiedy zauważam, jak tępieje moja wrażliwość. Wokoło jest tyle trudu i bólu, które mają twarz nieznajomego, ale często też bliskiego człowieka. Nie mamy szans zaradzić nawet małej cząstce tych trosk i dramatów, ale czasem możemy – choćby swoją uwagą, obecnością, słowem – dodać cierpiącemu siły. Żeby to jednak było możliwe, trzeba nie tylko patrzeć, ale widzieć.

Wciąż uczę się tego od trzyletniej dziewczynki, której na imię Julianka.

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Wnioski wyprowadzone z przedstawionej historii dotyczą Autorki tekstu czy – szerzej – osób dorosłych. Trzeba jednak zapytać o wnioski, które dotyczą przyszłości małych dzieci konfrontowanych w wizerunkiem osoby okrutnie torturowanej. Co z tymi dziećmi, które nie znajdą u swego boku osoby współczującej, pozwalającej dotknąć i, być może, przepracować w jakiś sposób traumatyczne doświadczenie. Małych dzieci nie prowadzi się na wycieczki do obozów koncentracyjnych, nie opowiada się (a przynajmniej nie powinno się opowiadać) ze szczegółami o torturach, nie pokazuje się filmów ze scenami okrucieństwa. Trzeba to jasno powiedzieć, że współczesna przestrzeń sakralna staje się przestrzenią epatującą cierpieniem, osaczającym i traumatyzującym wrażliwą psychikę dziecka. Proszę spróbować zrobić w trakcie pobytu w kościele rachunek określający proporcję między wizualnymi przedstawieniami cierpienia a przedstawieniami tego, co pozytywne i choćby neutralne z punktu widzenia przeżywania cierpienia. Mi wychodzi zwykle 80% do 20%. Moja wiedza historyczna podpowiada, że nie zawsze tak było w kościele. Kto dziś pamięta, dlaczego w Wielkim Tygodniu postanowiono zasłaniać krzyż? Bynajmniej nie dlatego, aby dać sobie post wzroku od patrzenia na wizerunek torturowanego Chrystusa. Powód, o ile źródło, z którego korzystam się nie myli, był zasadniczo inny. Umieszczanie na krzyżu tzw. pasyjki (jakiż to eufemizm!) to zwyczaj dość późny, jak na Chrześcijaństwo. Pierwotnie na krzyżu lub przed nim umieszczano wizerunek Zmartwychwstałego lub jego symbol. Zasłaniano właśnie Zmartwychwstałego (a nie Umęczonego), aby odsłonić jego wizerunek świętując Zmartwychwstanie. Może pora choćby zacząć dyskusję o traumatyzujących dzieci elementach przestrzeni sakralnej.
Marek

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.