Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dlaczego w III Rzeszy opór był indywidualny a w Polsce systemowy?

Kanclerz Niemiec Adolf Hitler podczas Międzynarodowej Wystawy Samochodowa w Berlinie, luty 1939 r. Fot. NAC

To paradoks historii. Przypisywana Polakom skłonność do anarchizacji okazała się spoiwem konsolidującym opór, tymczasem niemieckie poszanowanie państwa i prawa wpłynęło na społeczeństwo destrukcyjnie.

„Wieczorem siedzieliśmy wszyscy w tej samej kantynie, słuchając radiowego przemówienia Hitlera, w cieniu jego chmurnego wzroku, którym spoglądał na nas z portretu wiszącego na ścianie. Członkowie SA opanowali obecnie scenę, śmiejąc się bądź przytakując głowami w stosownych momentach, nieomal tak dobrze jak deputowani do Reichstagu. My zaś siedzieliśmy lub staliśmy stłoczeni, i w tej ciasnocie kryła się potworna nieuchronność. Bardziej niż zwykle byliśmy wydani na pastwę słów, rozbrzmiewających w radio, uwięzieni pomiędzy sąsiadami, o których nie wiedzieliśmy, jakiego ducha są dziećmi. Niektórzy byli najwyraźniej pełni entuzjazmu. Inni spoglądali wzrokiem nieprzeniknionym. Przemawiał tylko jeden: ów niewidzialny w radio.

Kiedy skończył, nadeszło najgorsze. Zabrzmiało: Niemcy ponad wszystko – i wszystko uniosło ramiona. Kilku, jak ja, zwlekało. Miało to w sobie coś potwornie upadlającego. Lecz czyż nie chcieliśmy zdać naszego egzaminu? Nagle, po raz pierwszy owładnęło mną uczucie tak silne jak posmak w ustach: »To się przecież nie liczy. Ja tym nie jestem, to nie ma znaczenia«. I z tym właśnie uczuciem ja także uniosłem ramię i trzymałem wyprostowane w powietrzu, mniej więcej przez trzy minuty. Tyle trwają Pieśń o Niemczech i pieśń Horsta Wiesela. Większość śpiewała chórem, dziarsko i grzmiąco. Ja zaś tylko poruszałem nieco wargami, maskując śpiew, tak jak się to robi w kościele podczas śpiewu chorału. Wszystkie ramiona zawisły w powietrzu; i tak staliśmy przed bezokim odbiornikiem radiowym, który wyciągał w górę jedynie nasze ramiona, niczym lalkarz ramiona swoich marionetek, i śpiewaliśmy lub tylko udawaliśmy śpiewanie; a każdy był gestapowcem drugiego”.

„Mój gestap tajniak wezwał telefonicznie kogoś. Zjawiła się zaraz tęga niemra; wyprowadziła mnie do przyległego pokoju i poleciła mi zdjąć z siebie wszystko. Rozebrałam się do naga, a ona sztuka po sztuce obmacywała, oglądała pod światło szczególnie szwy mojej garderoby… Przyszło mi wtedy na myśl, że można by szyfrować Morse’m, specjalnie nastawioną maszyną do szycia, wszelkie rozkazy organizacyjne. Jednocześnie bardzo uprzejmie podtykałam pod nos niemry do sprawdzenia moje majtki. »No proszę tylko spojrzeć, nic nie ukrywam. No bo i co można ukryć w majtkach. Słoninę, kiełbasę albo nie daj Boże jakąś broń? Skąd by u mnie, matki małych dzieci, broń? Po co? Pani wie dobrze sama, że ludność cywilna w wojnę nie ma prawa posiadać broni, nawet rewolweru. To jest karalne! Gdzieżbym się narażała. Jeszcze taka głupia nie jestem! Też dziki pomysł szukać u mnie szmuglu albo broni!«. Kiedy tak peroruję, stojąc na środku pokoju, niespodziewanie, bez uprzedzenia, uchyliły się drzwi i na progu zjawił się jeden z gestapowców. Widząc mój całkowity negliż, udał zmieszanie – »och, pardon, madame« rzekł drwiąco. Obróciłam się gwałtownie frontem do niego i z najmilszym uśmiechem, jakby biorąc za dobrą monetę przeprosiny, rzekłam, krygując się wdzięcznie: »Och, nic nie szkodzi, monsieur gestap, nic nie szkodzi. Jestem wyrozumiała. Trudno, wiem, że wojna, ciężkie czasy, jednostka nie ma znaczenia«. Cofnął się z miną… Sto pociech! A co? Może mam się wstydzić – kogo? Może powinnam pleść o znieważeniu, o zhańbieniu kobiecej godności, podeptaniu honoru… Przez kogo? Przecież to dla mnie nie był mężczyzna i nie człowiek, tylko okaz »Uebermenscha«, gestapowiec!”.

Te dwa fragmenty dwóch świadectw uczestników historii dzieli dziewięć lat.

Sebastian Haffner, prawnik, dziennikarz, historyk, ale przede wszystkim emigrant z nazistowskich Niemczech w „Historii pewnego Niemca” opisuje rozkład systemu rozpoczęty wybuchem I wojny światowej w 1914 roku. Upadek Republiki Weimarskiej i stopniowy marsz hitlerowców po władzę to jednocześnie zapis postępującej alienacji jednostki, która nieuchronnie traci kolejne przestrzenie wolności osobistej, politycznej i społecznej.

Jadwiga Leszczyńska, żona zmobilizowanego tuż przed wybuchem II wojny światowej polskiego oficera, łączniczka Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, aresztowana w 1942 roku w okupowanym Krakowie podczas jednej z misji, w swoich wspomnieniach pisze zarówno o codziennym życiu Generalnej Guberni, jak i codziennym oporze – tym zbrojnym, i tym cywilnym wyrażanym choćby przez tajne komplety czy szmugiel. Te dziewięć lat pomiędzy egzaminem prawniczym, który Haffner zdawał już po dojściu nazistów do władzy, a zatrzymaniem Leszczyńskiej, która ostatecznie z krakowskiego gestapo trafiła do KL Auschwitz to nie tylko czas, który zdekonstruuje Europę. To czas wyznaczający redefinicję takich pojęć jak opór, bunt, godność. To wreszcie czas, który tylko z pozoru wydaje się czasem zamkniętym i poddanym jedynie historycznej analizie z jednej strony socjologicznego fenomenu ucieczki od wolności, jaka miała miejsce w Niemczech, a z drugiej zbudowania struktury o tę wolność walczącej, w której bunt wobec narzuconego przemocą systemu, stał się podstawą konstrukcji o nazwie Polskie Państwo Podziemne.

Partia narodowo-socjalistyczna Adolfa Hitlera była produktem określonego czasu i sytuacji. Jak pisze Haffner: „Hitler obiecywał wszystkim, co tylko zechcą, a to rzecz jasna przysporzyło mu licznej, luźnej rzeszy zwolenników i wyborców wśród naiwnych, rozczarowanych i zubożałych. Nie to jednak było rozstrzygające. Poza czystą demagogią i punktami programu obiecywał, w sposób dobitny i namacalnie szczery, przywrócenie wielkich wojennych igrzysk z lat 1914-1918 oraz powtórzenie wielkiej zwycięsko-anarchicznej wyprawy łupieskiej z roku 1923. Innymi słowy: to jego późniejsza polityka zagraniczna oraz późniejsza polityka gospodarcza. Nie musiał obiecywać tego dosłownie, pozornie mógł nawet temu zaprzeczać (jak w późniejszych »mowach pokojowych«), a jednak go rozumiano. To ukształtowało jego prawdziwych uczniów, jądro autentycznej partii nazistowskiej. Było to odwołanie się do owych dwu głębokich doświadczeń, jakie wryły się w pamięć młodszego pokolenia. Niczym iskra elektryczna przeskoczyło ono na wszystkich, którzy hołubili je w skrytości ducha. Na zewnątrz pozostali jedynie ci, którzy te właśnie doświadczenia spisali na straty i w duchu opatrzyli je negatywnym znakiem. Czyli »my«. »My« jednak nie mieliśmy żadnej innej partii, żadnego sztandaru, pod którym moglibyśmy się skupić, żadnego programu ani okrzyku bojowego. Za kim mielibyśmy podążyć?”.

To pytanie „Za kim mielibyśmy podążyć?” jest zarazem odpowiedzią na pytanie „jak to się stało?”. Agonia Republiki Weimarskiej trwała kilka lat, ale ostatecznie zabiło ją zwycięstwo NSDAP, partii stawiającej na nowe elity, tworzące nowe społeczeństwo, które na przekór otoczeniu wyrwie mu z gardła nowy Lebensraum.

Partia narodowo-socjalistyczna Adolfa Hitlera była produktem określonego czasu i sytuacji

W systemie demokratycznym, przy wszystkich wadach demokracji, o kształcie rzeczywistości politycznej, a więc i społecznej, kulturalnej, ideowej, decydują powszechne wybory. Naziści te wybory wygrali, więc ci, którzy w 1933 roku przegrali, mogli mieć złudną nadzieję, że wystarczy poczekać kolejne cztery lata i wypełnić demokratyczne procedury, by im tę władzę odebrać. Istotnie, nadzieja była złudna. Machina ruszyła z całą bezwzględnością, łamiąc opór, który de facto i tak nie był ani masowy, ani gwałtowny. Kręgosłupy miażdżył strach, podświadoma myśl „a może jednak w wielu kwestiach »oni« mają rację”, wzajemna nieufność wynikająca z zastępowania „starych” elit, które „zdradziły”, nowymi.

Opór w takich warunkach, co zresztą bezwzględnie obnaża Haffner, tak naprawdę sprowadzał się do ignorowania zmian, intelektualnego poczucia wyższości, przerażenia aktami agresji z wolna ustępujących wobec normalizacji świata zewnętrznego i przechodzących w emigrację wewnętrzną. Ci najbardziej zbuntowani mogli wybrać emigrację faktyczną, ci zbuntowani wewnętrznie mogli stawiać opór poprzez drobne gesty bez pewności, że nie urosną one do zamachu na państwo i nie skończą się donosem, a w efekcie więzieniem lub obozem.

Oczywiście w warunkach przejmowania państwa opór przypisany był początkowo opozycji politycznej, później wraz z postępującym anektowaniem kolejnych obszarów, Żydom, homoseksualistom, duchownym, zwykłym obywatelom, którzy w kreacji nowego człowieka, owego Uebermenscha ironicznie przywołanego przez Jadwigę Leszczyńską, po prostu się nie mieścili.

Czy wobec tego za opór wobec nazizmu można uznać na przykład działania podejmowane przez niemieckich prawników, którzy w tym systemie, w ministerstwie spraw zagranicznych, podjęli starania o ocalenie fundamentów respektu wobec prawa międzynarodowego? To przecież w efekcie tych działań polscy oficerowie żydowskiego pochodzenia, jeńcy osadzeni w oflagach, nie zginęli w komorach gazowych obozów koncentracyjnych, choć w tych komorach z całą bezwzględnością mordowano cywili, łamiąc wszelkie normy, nie tylko prawne, ale też zwyczajnie ludzkie.

III Rzeszy nie pokonał bunt jej obywateli. Emigracja wewnętrzna może i pozwalała ocalić własną godność, ale nie była w stanie zmienić biegu historii. Nie był buntem zamach z 20 lipca 1944 roku na Adolfa Hitlera. Zorganizowany przez elitę armii, ale co równie ważne, przedstawicieli arystokracji, nie miał w sobie nic z oddolnego zrywu czy rewolucji, wyrażających opór przeciwko degeneracji państwa i społeczeństwa. Był raczej próbą zmiany sytuacji przez elity występujące tu w paternalistycznej roli interweniującego w obliczu stanu wyższej konieczności.

Mogłaby być buntem Weiße Rose, wyrastająca z idei non violence, w tym konkretnym przypadku odwołującej się do chrześcijaństwa, tylko że grupa studentów działająca w 1943 roku nie miała szans nie tylko w zderzeniu z machiną strachu, ale też i systemem prawnym stworzonym przez III Rzeszę – wszystkich członków tej grupy, która chciała pokojowo ocalić Niemcy, Trybunał Ludowy skazał na karę śmierci. Ów opór był więc indywidualnym gestem sprzeciwu, bez możliwości przekształcenia w opór masowy.

III Rzeszy nie pokonał bunt jej obywateli. Emigracja wewnętrzna nie była w stanie zmienić biegu historii

Równie elitarny były indywidualny opór pastora Dietricha Boenhoffera, czy wreszcie członków tzw. Kręgu z Krzyżowej – również przypłacone własnym życiem.

Wyrazem kontestacji wobec systemu na pewno była subkultura Swingjugend, nastoletnich wielbicieli jazzu, swinga i anglojęzycznej kultury. Ruch nie miał właściwie charakteru politycznego, ale z biegiem czasu wśród jego sympatyków zaczęła narastać antyhitlerowska frustracja, co przyniosło brutalne rozwiązanie – w nocy 18 sierpnia 1941 roku aresztowano ponad 300 osób, kilku nieformalnych liderów subkultury trafiło do obozów koncentracyjnych. Ale znów, bunt ograniczał się do wąskiej grupy i do dwóch miast: stołecznego Berlina i Hamburga.

Ta elitarność, swoista osobność oporu jednostek przeciwko opresyjnemu systemowi, który z biegiem czasu okazał się systemem zbrodniczym siłą rzeczy zderza się z oporem może nie masowym w znaczeniu objęcia całego społeczeństwa, wszystkich jego warstw i klas, ale jednak strukturalnym, angażującym tysiące ludzi, potrafiącym stworzyć równoległą rzeczywistość z sądami, szkolnictwem i armią, prasą, wydawnictwami. To jednak przede wszystkim opór przeciwko sile zewnętrznej, skrajnie opresyjnej, co więcej istniejący w szczególnej sytuacji historycznej – w 1918 roku Traktat Wersalski, odrzucony później przez Niemcy Hitlera, był jednym z gwarantów polskiej niepodległości odzyskanej po 123 latach nieistnienia państwa, podzielonego przez trzech sąsiadów pomiędzy siebie. Dwadzieścia lat niepodległości, mimo stopniowego osuwania się systemu państwa w autorytaryzm, wystarczyło, by wyrosło pokolenie urodzone w wolności i gotowe o tę wolność walczyć.

Opór po polsku – dzisiaj nadużywany politycznie do budowania moralnej wyższości nie tylko nad Niemcami – był niejako immanentnie wpisany w logikę dziejów, którą wyznaczył 1 września 1939 roku. Oznaczał walkę o utraconą niepodległość, odzyskaną po wielu latach niewoli, i to walkę na różnych poziomach. Fenomen polskiego oporu najpełniej wyraża powstanie owego świata równoległego, bo tak należy traktować Polskie Państwo Podziemne. To świat, w którym wyrazem buntu i oporu jest dążenie do zachowania prerogatyw właściwych światu sprzed wojny, przy jednoczesnych ograniczeniach narzucanych przez nową rzeczywistość: aresztowaniach, łapankach, masowych egzekucjach, gettach, likwidacji szkolnictwa od stopnia średniego, przymusowej pracy i przymusowych kontyngentach.  W takiej rzeczywistości opór wydaje się być idealnym wcieleniem anarchii, a tymczasem w polskich warunkach nabrał charakteru systemowego, z apogeum, którym było powstanie warszawskie.

To paradoks historii, że indywidualizm i skłonności do anarchizacji przypisywane Polakom okazały się w sytuacji zagrożenia spoiwem konsolidującym opór, podczas gdy niemieckie poszanowanie państwa i prawa wpłynęło destrukcyjnie na społeczeństwo w momencie pojawienia się rządów totalitarnych w sposób totalny niszczących zarówno jednostki, jak i całe grupy społeczne.

Rok po dojściu nazistów do władzy Dietrich Boenhoffer na konferencji Światowego Związku Krzewienia Przyjaźni za pośrednictwem Kościołów w Fanø powiedział: „Nie istnieje bezpieczna droga do pokoju. Na pokój trzeba się poważyć, pokój to wielkie wyzwanie i nigdy nie można go zapewnić. Pokój to przeciwieństwo zabezpieczenia. Żądanie bezpieczeństwa oznacza nieufność, a nieufność z kolei rodzi wojnę”.

Albert Camus uznał bunt za samo sedno świadomego istnienia. „Buntuję się, więc jestem”. To oznacza, że awers parafrazy kartezjańskiego „Myślę, więc jestem” brzmiałby „Nie buntuję się, więc mnie nie ma”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nazizm wykorzystujący mechanizmy demokracji do zniszczenia państwa prawa i budowania struktury, w której opór staje się kategorią tylko i wyłącznie osobistego wyboru jednostki, wynikającą z imperatywu moralnego, siłą rzeczy zderza się z oporem, który w imię tego imperatywu staje się społecznym wyborem i koniecznością realizowaną w imię wolności osobistych i reguł prawnych. W dzisiejszej rzeczywistości, która wydaje się być obarczona grzechem amnezji wobec tamtego doświadczenia, ta zależność nabiera szczególnego wyrazu. I jest wyjątkową i wciąż aktualną lekcją.

Cytaty pochodzą z książki: Sebastian Haffner, „Historia pewnego Niemca. Wspomnienia 1914-1933”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007; Jadwiga Leszczyńska, „Niezwykłe życie”, Wydawnictwo Via Nova, Wrocław 2017

Publikacja na potrzeby projektu „Dziedzictwo Kręgu z Krzyżowej dla współczesnej Europy”, realizowanego przez Fundację Krzyżową i Fundację Konrada Adenauera

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Ale Polakom było łatwiej, niż Niemcom, bo podnieśli bunt przeciw obcemu. Czy zdaliby egzamin, gdyby tyrania była rodzima?

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.