Jesień 2020, nr 3

Zamów

Nawrócenie kościelnych struktur

Papież Franciszek, październik 2014 r. Fot. Mazur / catholicnews.org.uk

Celem szycia nowych bukłaków nie ma być samo ich szycie, lecz właściwe pełnienie przez nie funkcji przechowywania wina. Podobnie Kościół – ma służyć. Kościół, który nie służy, służy do niczego.

Jednym z czołowych tematów pontyfikatu papieża Franciszka jest konieczność nawrócenia pastoralnego Kościoła. Kluczową kwestią jest tu przekonanie papieża, że wezwanie do nawrócenia dotyczy nie tylko poszczególnych osób, lecz także wspólnoty Kościoła. Ba, także struktur kościelnych! Jak rozumieć to właśnie wezwanie? Jak może wyglądać jego realizacja?

Programowa papieska adhortacja „Evangelii gaudium” wskazuje, że kwestia ta jest dla Franciszka wręcz jedną ze spraw fundamentalnych. Wielokrotnie pisze on tam o potrzebie przebudowy struktur kościelnych. Niekiedy bowiem mogą one „doprowadzić do krępowania dynamizmu ewangelizacyjnego, zaś dobre struktury są użyteczne tylko wtedy, kiedy nieustannie kieruje nimi, wspiera i osądza je życie” (EG 26).

Papież pisze, że marzy „o «opcji misyjnej», zdolnej przemienić wszystko, aby zwyczaje, style, rozkład zajęć, język i wszystkie struktury kościelne stały się odpowiednią drogą bardziej dla ewangelizowania współczesnego świata, niż do zachowania stanu rzeczy” (EG 27). Cel reformy struktur Franciszek widzi następująco: „należy sprawić, by stały się one wszystkie bardziej misyjne, by duszpasterstwo zwyczajne we wszystkich swych formach było bardziej ekspansywne i otwarte, by doprowadziło pracujących w duszpasterstwie do nieustannego przyjmowania postawy «wyjścia» i w ten sposób sprzyjało pozytywnej odpowiedzi ze strony tych wszystkich, którym Jezus ofiaruje swoją przyjaźń”.

Cytując obficie Jana Pawła II, obecny papież pisze także o „nawróceniu papiestwa”. Przekonuje, że „także papiestwo oraz centralne struktury Kościoła powszechnego muszą wsłuchiwać się w wezwanie do nawrócenia duszpasterskiego” (EG 32). Konsekwentnie ukazuje nawrócenie pastoralne Kościoła jako ciąg dalszy dzieła odnowy rozpoczętego przez II Sobór Watykański II, jak np. w przypadku statusu konferencji episkopatów.

W duszpasterstwie założyliśmy, że ludzie mają osobiste doświadczenie z Bogiem. Że to już w nich jest jako fundament. Ale tu nie ma co zakładać

Jaki jest powód, dla którego papież Franciszek tak stanowczo podkreśla konieczność reformy kościelnych struktur? Może dobrą odpowiedź daje Jose H. Prado Flores? Ten meksykański charyzmatyczny ewangelizator i teolog – jak relacjonowali Błażej Strzelczyk i Piotr Żyłka w „Tygodniku Powszechnym” – „w trakcie wystąpienia na synodzie poświęconym nowej ewangelizacji w 2012 r. w Rzymie, mówił, że obecną sytuację Kościoła doskonale obrazuje 5. tajemnica różańca: znalezienie Jezusa w Świątyni. Maryja, Józef i Jezus poszli do Jerozolimy, przeżyli Paschę, odbyli pielgrzymkę, kupili sobie pamiątki i dopiero w czasie powrotu zorientowali się, że zgubili własne dziecko. Wszystko niby jest dobrze: są obrzędy, zwyczaje, sakramenty, natomiast nie ma Jezusa”.

Strzelczyk i Żyłka dodają komentarz bp. Grzegorza Rysia: „Myśmy w duszpasterstwie założyli, że ludzie mają osobiste doświadczenie z Bogiem. Że to już w nich jest jako fundament. Ale tu nie ma co zakładać. Musi nastąpić zwrot. Zmiana myślenia. Zamiast mówić o tym, co jest na dziesiątym planie, trzeba się skupić na istocie wiary”.

Niech zatem nie zmyli nas, że wykonujemy religijne obowiązki, że sprawujemy sakramenty, że rytualnie sprawy idą jak trzeba. Bo może się okazać, że choć w życiu Kościoła wszystko niby jest w porządku, to nie zauważamy, że gubimy Jezusa… Papież Bergoglio podobnie uzasadnia swe gorące wezwanie do nawrócenia kościelnych struktur. Moim zdaniem, można to wezwanie streścić w czterech głównych tezach.

Nawrócenie kościelnych struktur oznacza konieczność zmiany sposobu myślenia

Każde nawrócenie to metanoia, czyli przede wszystkim porzucenie dotychczasowego sposobu myślenia. Może ono okazać się nawet nie tyle niewłaściwe, ile pasujące znakomicie do innej, dawnej rzeczywistości – natomiast czasem boleśnie odstające od naszej rzeczywistości współczesnej.

Przede wszystkim trzeba zweryfikować aktualny model bycia Kościołem. Punktem wyjścia jest pytanie, czy struktury istniejące dobrze służą misji Kościoła. Nie można z góry przyjmować założenia, że to, co istnieje, jest odpowiednie. Może bowiem nie pasować do aktualnych wyzwań – tak jak, przywołując ewangeliczne porównania, nowe wino potrzebuje nowych bukłaków.

To właśnie ma na myśli Franciszek, pisząc w „Evangelii gaudium” 33: „Duszpasterstwo w kluczu misyjnym wymaga rezygnacji z wygodnego kryterium duszpasterskiego, że «zawsze się tak robiło»”. Takie podejście jest olbrzymim wyzwaniem dla polskiego katolicyzmu, w którym istotną rolę odgrywa przyzwyczajenie do sprawdzonych wzorców funkcjonowania struktur kościelnych.

Największym wewnętrznym wrogiem polskiego katolicyzmu jest przekonanie, że „ma być tak jak jest, bo jest tak jak ma być”. Tymczasem Franciszek bezceremonialnie mówi: ma być tak, jak być powinno

Czasami twierdzę wręcz, że największym wewnętrznym wrogiem polskiego katolicyzmu jest przekonanie „ma być tak, jak jest, bo jest tak, jak ma być”. Tak „zawsze” było – i tak ma dalej być. A jeśli ludzi mniej przychodzi – to wina albo ich samych, albo przemian kulturowych. Na pewno wina nie leży po stronie kościelnego duszpasterstwa czy struktur, które przecież tyle razy się sprawdziły… Tymczasem Franciszek przychodzi do nas i bezceremonialnie mówi po prostu, że ma być tak, jak być powinno. A to zazwyczaj wymaga zmiany.

Z potrzebą zmiany trudno pogodzić się zwłaszcza tym, którym wszelkie mówienie o zmianie w Kościele kojarzy się z ryzykiem odrzucenia Tradycji, z wykorzenianiem. Papieżowi zaś zmiana w Kościele kojarzy się z próbą pogłębionego zrozumienia i realizacji Tradycji, z oczekiwanym (przez Boga) nawróceniem i odnową Kościoła. Rozumiem, że nie jest łatwo zakwestionować istniejące przyzwyczajenia, zwłaszcza jeśli przez lata się sprawdzały. Ale czyż tak nie jest w życiu duchowym każdego z nas? Przyzwyczajamy się do określonego modelu życia chrześcijańskiego, do chodzenia pewnymi wydeptanymi ścieżkami. Od czasu do czasu takie przyzwyczajenia wymagają choćby zakwestionowania, a niekiedy zmiany.

Zmiana/reforma/odnowa jest więc potrzebna nie dlatego, że dawniej wszystko było źle – lecz dlatego, aby w przyszłości było co najmniej równie dobrze lub lepiej. Zakwestionowanie przyzwyczajeń nie oznacza ich negatywnej oceny. Przyszłość może po prostu wymagać nowych form czy struktur niż przeszłość – czyli kształtowania nowych przyzwyczajeń.

Wezwanie do oderwania się od przywiązania do wydeptanych ścieżek wydaje mi się opatrznościowe w sytuacji współczesnego świata wstrząsanego wieloma kryzysami, znajdującego się w jakiejś niedookreślonej międzyepoce. To apel do mnie samego – a w przypadku nawrócenia pastoralnego: do całego Kościoła – o postawienie pod znakiem zapytania dotychczasowych pobożnych odpowiedzi czy sposobów działania. Jeśli bukłaki okażą się przestarzałe, to nie dlatego, że są złe, lecz że pasowały do innych okoliczności społeczno-kulturowych.

Dobrym przykładem może tu być opinia przełożonego generalnego zakonu franciszkanów o obecnej sytuacji jego zgromadzenia, z jaką się niedawno spotkałem: „Obserwujemy dzisiaj wzrost zainteresowania postacią św. Franciszka i ogólnie franciszkanizmem. Możemy nawet mówić o rozkwicie franciszkanizmu. W tym znaczeniu nie możemy mówić o kryzysie. Tym, co przeżywa kryzys, są nasze zakonne struktury, które wymagają zmian i bardzo dogłębnej reformy” – mówił Michael Perry OFM, minister generalny Zakonu Braci Mniejszych. Czyli uznanie konieczności nawrócenia kościelnych struktur wcale nie zakłada oceny, że wszystko jest beznadziejnie (tu oznaczałoby to: nie ma kryzysu zainteresowania zakonem). Przełożony widzi wręcz rozkwit franciszkanizmu, tyle że w jego opinii istniejący kryzys struktur nie pozwala na udzielenie adekwatnej odpowiedzi na rosnące zainteresowanie.

Za polski przykład niech posłuży działalność ks. Franciszka Blachnickiego, profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i twórcy Ruchu Światło-Życie. Mało się pamięta, że w swojej pracy habilitacyjnej „Eklezjologiczna dedukcja teologii pastoralnej” napisanej w roku 1970 ks. Blachnicki przedstawił oryginalną „syntezę myśli eklezjologicznej Vaticanum II”. Przedstawiał soborową wizję Kościoła jako efekt z górą stuletniej ewolucji „od wizji Kościoła ujętego w kategoriach socjologiczno-prawnych, jako societas perfecta, do wizji Kościoła jako communio sanctorum; albo jak przejście od eklezjologii władzy (hierarchologii) do eklezjologii wspólnoty – komunii”.

Tenże ks. Blachnicki pisał dość zjadliwie o przeciętnym duszpasterstwie parafialnym: „Ani śladu jakiejś wizji, koncepcji”. Lata mijają, a jego diagnozę można spokojnie powtórzyć, a nawet wyostrzyć. Właśnie wizji chyba najbardziej potrzebuje współczesny Kościół w Polsce. Szukając tej wizji, warto sięgać do twórczości najwybitniejszego polskiego pastoralisty XX wieku i zastanowić się, co on by nam radził dzisiaj robić (więcej pisałem o tym w tekście „Maksymalista Blachnicki”). Byłoby to zarazem pójście za wezwaniem Franciszka do nawrócenia pastoralnego Kościoła.

Nawrócenie kościelnych struktur to droga w nieznane

Papież nie przedstawia jednak żadnego precyzyjnego docelowego modelu Kościoła. Jego apele formułowane są na wyższym poziomie ogólności, niejako piętro wyżej (a może i piętro niżej: bo o fundamenty tu chodzi). Czy to błąd?

Otóż nie. On przedstawia (że posłużę się sformułowaniem wziętym z nauczania społecznego Kościoła) „zasady refleksji, kryteria ocen i wytyczne do działania” – pozostawiając ich konkretyzację Kościołom lokalnym. Zgodnie z zasadami wypracowanymi w przygotowanym pod kierunkiem kard. Bergoglia dokumencie końcowym Piątej Ogólnej Konferencji Episkopatów Ameryki Łacińskiej i Południowej (znany jako Dokument z Aparecidy), projektowanie zmian musi dokonywać się stopniowo.

Sam Dokument z Aparecidy to wizja bardzo ogólna (pisaliśmy o nim w „Więzi” w 2013 roku w bloku zatytułowanym „Kościele, nawróć się!”). Wedle schematu „zobaczyć – ocenić – działać” rozpoczyna on od solidnej diagnozy sytuacji kulturowo-społecznej, by później tworzyć wizję pastoralną oraz zachęcać do tworzenia konkretnych lokalnych planów. Tworzenie tych planów również powinno obejmować analogiczne trzy, a nawet cztery etapy: 1. dobra diagnoza lokalnej sytuacji kulturowo-społecznej; 2. wizja pastoralna w odpowiedzi na pytanie: jaki Kościół; 3. następnie: strategia działania; a dopiero ze strategii ma wynikać konkretny plan.

Myślę jednak, że jest też druga, głębsza przyczyna, dla której brak precyzyjnego modelu docelowego nie jest wadą. Otóż nawrócenie kościelnych struktur ma być drogą w nieznane. Tę tezę chciałbym uzasadnić na dwóch różnych płaszczyznach: odwołując się do współczesnych teorii zarządzania i do tradycji duchowości chrześcijańskiej.

Współczesne teorie zarządzania mówią o przywództwie adaptacyjnym (w innym ujęciu o zarządzaniu „zwinnym” – agile management), które potrafi aktywnie reagować na zmieniające się okoliczności. Celem bowiem jest nie tyle realizowanie wymyślonej przy biurku precyzyjnej strategii, ile dążenie do optymalizacji efektów, a to – w epoce płynności, niepewności i zmienności – wymaga ciągłej adaptacji. Również wtedy, gdy wiadomo, że trzeba reagować, ale na horyzoncie nie widać żadnych klarownych odpowiedzi.

Abraham poszedł w nieznanym kierunku. I to najlepszy dowód, że poszedł w kierunku właściwym

Charakteryzując przywództwo adaptacyjne w artykule „Zarządzanie przyszłości”, Konrad Ciesiołkiewicz ani razu nie wymienił obecnego papieża, kilkakrotnie jednak używał określeń, które nieodparcie kojarzą mi się ze stylem przywództwa Bergoglia. Ciesiołkiewicz pisał: „Prof. Ronald Heifetz z Uniwersytetu Harvarda […] wskazuje na dwa typy przywództwa w zmianie: techniczne i adaptacyjne. Techniczne przywództwo polega na pewności i jasności co do ustalenia problemu, potrzebnych rozwiązań i planu działań. Przywództwo adaptacyjne wymaga zawsze nowych rozwiązań i ciągłej nauki. Ten rodzaj liderów zmian jest dzisiaj szczególnie potrzebny”. Aby osiągnąć zamierzone cele, ważniejsze jest zatem dziś reagowanie na zmiany niż szczegółowa realizacja założonego z góry planu.

Z perspektywy zarządzania Ciesiołkiewicz podkreśla znaczenie błyskawicznie postępującej różnorodności. „Jeden człowiek nie jest w stanie mentalnie ogarnąć, przyswoić ogromu informacji i przetworzyć ich w optymalne rozwiązania. […] A skoro tak, to zarządzanie różnorodnością powinno stać się modelem kompetencyjnym przyszłości. […] Różnorodność sama w sobie może prowadzić do chaosu i atmosfery anarchii. Odpowiednio zarządzana może jednak dawać ogromną wartość dodaną”.

Czytam tu o zarządzaniu, a słyszę, że mowa jakby o Franciszku… Mam wrażenie, że Franciszkowa wizja wzrostu znaczenia synodalności i kolegialności w mocno scentralizowanym obecnie Kościele to właśnie jego pomysł na zarządzanie różnorodnością. Można powiedzieć, że Franciszek jako przywódca adaptacyjny nie wie precyzyjnie, jak będzie wyglądała ostateczna odpowiedź (za co oburzają się na niego liczni wewnątrzkościelni krytycy i przeciwnicy); wie jednak, jaki mamy przed sobą cel, chce więc uruchomić procesy nawrócenia i szukać najlepszej odpowiedzi.

Brak jasnych odpowiedzi nie powinien przerażać również pod względem duchowym. Zresztą w przypadku Kościoła ostatecznej odpowiedzi co do jego kształtu nigdy nie będzie. Jak mawiał kard. Joseph Ratzinger, Kościół to „towarzystwo, które powinno się zawsze reformować”.

Zrozumiałe jednak, że brak gotowych wzorców postępowania tworzy pewien dyskomfort. Chcielibyśmy mieć – może nie gotowe algorytmy, ale przynajmniej bardziej precyzyjne wskazówki. Tyle że w nawróceniu pastoralnym (przynajmniej w początkowej fazie) właśnie o to chodzi, by opuścić bezpieczną strefę kościelnego komfortu – i wyjść na zewnątrz, na peryferie. By otworzyć się na ryzyko, czyli na nieznane.

Podczas konferencji o nawróceniu pastoralnym zorganizowanej 21 października 2014 r. w Sekretariacie Episkopatu Polski przez Zespół KEP ds. Nowej Ewangelizacji miałem okazję prowadzić dyskusję panelową. Spytałem wtedy bp. Grzegorza Rysia, jak zmieniać struktury kościelne, do czego wzywa papież. Odpowiedział: „Tak jak działał kard. Lustiger w Paryżu. Rozwiązał seminarium duchowne (bo był w nim jeden kleryk). Miał alternatywny pomysł na jeden rok. I nie wiedział, co będzie dalej. To, owszem, kompletnie niepedagogiczne. Ale jakże wierzące”…

Podczas tej samej dyskusji o. Adam Strojny ze Wspólnoty Chemin Neuf podkreślił w tym samym duchu: „Abraham poszedł w nieznanym kierunku. I to najlepszy dowód, że poszedł w kierunku właściwym”. Jeśli zatem wejdziemy na drogę nawrócenia pastoralnego, to nie jest najważniejsze, że nie znamy docelowego miejsca wędrówki. Ważne raczej, żebyśmy wiedzieli, z Kim idziemy, na czyje (Kogo) wezwanie i do Kogo.

Nawrócenie kościelnych struktur wymaga kreatywności

Skoro jednak nie wiadomo precyzyjnie, na czym ma polegać nawrócenie kościelnych struktur, trzeba nad tą wizją intensywnie pracować. Podczas wspomnianego warszawskiego sympozjum zanotowałem apel ewangelizatora Andrzeja Sionka: „Powinniśmy uwolnić kreatywność, przejąć areopagi twórczości. Głosimy przecież nowość, którą musimy potrafić wyrazić”.

Pod tym względem niezapomniana pozostaje dla mnie opowieść ks. Piergiorgia Periniego z Mediolanu, której wysłuchałem podczas obrad Papieskiej Rady ds. Świeckich. Mówił on, że fundamentalne znaczenie miało dla niego uświadomienie sobie, że zamiast liczyć liczbę wiernych przychodzących do kościoła i pocieszać się, że spada ona dość powoli – powinien jako proboszcz parafii św. Eustorgiusza liczyć tych, którzy są jego potencjalnymi parafianami, którzy mogliby przychodzić do kościoła, ale tego nie czynią.

Mówiąc językiem Franciszka, było to nawrócenie pastoralne ks. Periniego, postanowił on bowiem od tej pory skupiać się nie na konserwacji tego, co dotychczas nawet w miarę działało, lecz na misyjnym wychodzeniu, poszukiwaniu i ewangelizacji. Owocem tych działań jest metoda odnowy parafii poprzez tzw. małe komórki parafialne, czyli małe grupy sąsiedzkie ze świeckimi liderami.

Oficjalne kościelne zachęty do kreatywności to wymarzona sytuacja dla teologów. Czy jednak polscy teologowie z tych zachęt korzystają?

Znajdujemy się na uniwersytecie katolickim. Można by więc założyć, że oficjalne kościelne zachęty do kreatywności to wymarzona sytuacja dla teologów. Oto bowiem są oni nie tyle zniechęcani do twórczych poszukiwań przez Magisterium odmierzające linijką, czy ktoś nie oddalił się przypadkiem nawet na niewielki dystans od doktrynalnego wzoru metra z Sèvres – ile wręcz zachęcani do poszukiwań. W „Evangelii gaudium” czytamy wprost: „Zachęcam wszystkich do śmiałości i kreatywności w tym zadaniu przemyślenia na nowo celów, stylu i metod ewangelizacyjnych swojej wspólnoty. Określenie celów bez stosownych wspólnotowych poszukiwań środków, aby je osiągnąć, skazane jest na przekształcenie się w czystą fantazję. Zachęcam wszystkich do zastosowania ofiarnie i hojnie wskazań tego dokumentu, bez zakazów i obaw” (EG 33).

W takich apelach Franciszek nie wydaje mi się zresztą zasadniczo odmienny od swych poprzedników. Sięgnijmy choćby po istotny tekst młodego ks. Josepha Ratzingera – napisany w roku 1958 artykuł „Neopoganie i Kościół”. Przedrukowano go w 2016 r. w książce papieża emeryta „Ostatnie rozmowy” (pisał tu już o nim ks. Andrzej Draguła). Autor proroczo postuluje tam konieczność strukturalnego dostosowania się Kościoła do nowej sytuacji historycznej.

W ujęciu Ratzingera średniowieczu nastąpiła radykalna zmiana: w miejsce Kościoła opartego „na fundamencie duchowej decyzji jednostki wybierającej wiarę, na akcie nawrócenia” pojawił się Kościół niemal tożsamy z otaczającym światem. „Bycie chrześcijaninem przestało być właściwie własnym stanowiskiem”, a stało się „raczej polityczno-kulturową wytyczną”. Europejczycy rodzili się chrześcijanami. Wiarę się dziedziczyło, a nie osobiście odkrywało.

W czasach nowożytnych natomiast Kościół „stał się Kościołem pogan i proces ten postępuje”. To Kościół „pogan, którzy zwą się jeszcze chrześcijanami, lecz w rzeczywistości są poganami. Obecnie pogaństwo osiadło w samym Kościele. Właśnie to jest cechą charakterystyczną Kościoła naszych czasów”. W związku z tym „prędzej czy później, za przyzwoleniem czy też wbrew przyzwoleniu ze strony Kościoła, dojdzie do wewnętrznej przemiany struktur”. Przemiana ta „nastąpi niezależnie od udziału w nim Kościoła, na co musi on być przygotowany”. Sam Ratzinger przedstawiał zresztą wówczas interesujące postulaty dotyczące Kościoła przyszłości.

A czy dzisiaj teologowie chętnie garną się do refleksji o nawróceniu kościelnych struktur? Czy polscy teologowie się do tego palą?

Pytanie to wydaje się szczególnie istotne ze względu na dość mocne w naszym kraju przekonanie o znaczącej roli, jaką ma do odegrania polski katolicyzm w Europie. Skoro to stąd, od nas, ma wyjść iskra miłosierdzia na cały świat – czy będzie to także iskra miłosierdzia teologicznego? Co ma do powiedzenia o papieskiej wizji Kościoła bardziej miłosiernego teologia w kraju, w którym doszło do tak mocnego objawienia Bożego miłosierdzia? Ile odbyło się sympozjów, ile pojawiło się publikacji na temat Kościoła, który ma być sakramentem miłosierdzia? Czy dyskutujemy w Polsce o potrzebie nawrócenia kościelnych struktur?

Rzecz jasna, nie będąc teologiem akademickim, nie mogę tego twierdzić autorytatywnie – wydaje mi się jednak, że niewielu jest w Polsce teologów, którzy śmiało poczynają sobie z pytaniami o reformę struktur Kościoła. Wiele o synodalności pisał – również ją praktykując jako sekretarz Synodu katowickiego – ks. Grzegorz Strzelczyk (zob. mój niedawny wywiad z nim w „Więzi” nr 2/2017). Ostatnio zaś o reformach strukturalnych najwięcej pisze ks. Damian Wąsek z UPJP2, duchowny diecezji bielsko-żywieckiej. Jego książka „Nowa wizja zarządzania Kościołem” pełna jest śmiałych pomysłów – lepszych i gorszych, ale przynajmniej jest o czym dyskutować. Jest coś i o nowej wizji papiestwa, bardziej kolegialnej niż monarchicznej; i o adaptowaniu w Kościele bardziej demokratycznych wzorców sprawowania władzy; i o nowych sposobach powoływania, a przynajmniej poszukiwania kandydatów na biskupów; i o wątpliwym teologicznie statusie biskupów pomocniczych; i o większych kompetencjach dla konferencji episkopatów oraz synodu biskupów; i o dziwnym statusie patriarchów Kościołów wschodnich, którzy nie należą automatycznie do Kolegium Kardynałów; i o przeniesieniu synodów biskupów na poziom kontynentów lub patriarchatów; i o Kurii rzymskiej, z niezrozumiałą zasadą, że jej pracownicy otrzymują sakrę biskupią; i o potrzebie świeckich kardynałów, dlaczego nie kobiet?; i o propozycji zapisu o wieku emerytalnym biskupa Rzymu; itd. itp. Autor, trzeba dodać, zajmował się zresztą tą problematyką jeszcze przed pontyfikatem papieża Franciszka.

Jeśli polska teologia ma wnieść swój wkład w nawrócenie kościelnych struktur, to tego typu refleksje, poszukiwania i publikacje powinny być dużo częstsze.

Reforma kościelnych struktur nie jest celem samym w sobie

Ostatnia teza Franciszkowego ujęcia nawrócenia kościelnych struktur to przestroga przed wyemancypowaniem się zapału reformatorskiego. W ujęciu papieża Kościół nie może istnieć sam dla siebie. Tym bardziej reforma Kościoła nie może służyć samemu reformowaniu. Innymi słowy: nawrócenie kościelnych struktur jest bardzo ważne, ale najważniejsze jest nawrócenie duchowe.

Papież przestrzega w „Evangelii gaudium”, że nawrócenie pastoralne ma prowadzić do zmiany postaw ludzi wierzących – nawet jeśli ktoś zacznie od zmiany struktur. „Zmiany w strukturach nieprowadzące do nowych przekonań i postaw sprawią, że te same struktury wcześniej czy później staną się skorumpowane, ociężałe i nieskuteczne” (EG 189).

Kościół nie może istnieć sam dla siebie. Tym bardziej reforma Kościoła nie może służyć samemu reformowaniu

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Chodzi więc o całościowe „misyjne przeobrażenie Kościoła” (to tytuł pierwszego rozdziału „Evangelii gaudium”), o to, żeby struktury służyły nie sobie samym, lecz misji Kościoła. „Bez nowego życia i autentycznego ducha ewangelicznego, bez «wierności Kościoła swojemu powołaniu», każda nowa struktura w krótkim czasie ulega degradacji” (EG 26). Mówiąc to jeszcze inaczej, celem szycia nowych bukłaków nie ma być samo ich szycie, lecz właściwe pełnienie przez nie funkcji przechowywania wina. Kościół nie jest celem samym w sobie. Kościół ma służyć. Kościół, który nie służy, służy do niczego.

Rzecz jasna, ta papieska przestroga nie może stać się wymówką dla bezczynności i bierności. O tym pisze Franciszek we fragmencie „Evangelii gaudium”, który najtrafniej chyba oddaje istotę jego myślenia o reformowaniu struktur Kościoła: „Mam nadzieję, że bardziej od lęku przed pomyłką kierować się będziemy lękiem przed zamknięciem się w strukturach dostarczających nam fałszywej ochrony, lękiem przed przepisami, które czynią z nas nieubłaganych sędziów, lękiem przed przyzwyczajeniami, dzięki którym czujemy się spokojni, podczas gdy obok nas znajduje się zgłodniała rzesza ludzi, a Jezus powtarza nam bez przerwy: «Wy dajcie im jeść!»” (EG 49).

Obszerne fragmenty wystąpienia podczas Międzynarodowego Kongresu Ekumenicznego 30 października 2017 r. na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pełne wystąpienie ukaże się w materiałach pokongresowych.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (9)

Panie Zbigniewie mam nadzieję, że ta książka ( ‚Papież dyktator’) to stek bzdur wyssanych z palca -tzn. nieustannie powracające wątpliwości wyboru lub wykreowania papieża przez tzw. ‚mafię z St Gallen’, poparcie finansowe kampanii Clinton i sporo innych wątków… Ja szara owieczka Kościoła Katolickiego jestem zaniepokojony sytuacją w KK AD 2018. Trwa spór wokół adhortacji ‚Amoris Laetitia’ – tutaj sytuacja raczej się zaognia (patrz Apel biskupów Kazachstanu, stosunek do adhortacji biskupów afrykańskich) niż uspokaja. Opisał Pan, że papież Franciszek widzi potrzebę ‚nowych bukłaków’ – od razu przypomina mi się sytuacja Papieski Instytut Jana Pawła II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną. Jak wiadomo instytut zamkniętą, a na jego miejsce stworzono nowy, ale sposób w jaki to zrobiono i poglądy nowego ‚szefa’ słabo rokują tej instytucji. Co ciekawe zachowana patrona św.Jan Pawła II. Ciekawe na ile cele nowego instytutu i poglądy ludzi, którzy w tej chwili tam zasiadają mają punkt zbieżny z myślą Jana Pawła II na temat rodziny ? No i czy ‚nowy bukłak’ będzie lepszy od starego i jakie owoce przyniesie ? Mamy rok 2018 – czeka nas Synod Biskupów dotyczący młodzieży. Czy przyniesie równie kontrowersyjne dokumenty jak ‚Amoris Laetitia’ ?

Rozumiem Pański niepokój, choć go nie podzielam. O poglądach teologicznych ks. prof. Pierangelo Sequeriego będzie Pan mógł w „Więzi” przeczytać. Artykuł zamówiony. I nie są one wcale rewolucyjne, choć nowatorskie.
Proszę pamiętać, ile zmian wprowadził Jan Paweł II. Ileż z nich uznawano za rewolucyjne. Ileż z nich krytykowano. Po czym okazywało się, że zmiana, choć istotna, wcale nie okazywała się zerwaniem z Tradycją, lecz jej pogłębieniem. Analogicznie widzę linię papieża Franciszka. Na tym polega rozwój Kościoła

„Ani śladu jakiejś wizji, koncepcji” – to słowa kluczowe do opisu statystycznej polskiej parafii. Jej, jak się wydaje, największa cnotą jest…trwanie, razem zresztą z telewizją „Trwam”. Jakoś kierownicy tychże parafii nie zauważyli, że lata zaborów i komunizmu mamy już za sobą i może należałoby się ruszyć z miejsca. Nudno już pisać o syndromie oblężonej twierdzy, którą wszyscy atakują i garstka obrońców musi jej bronić.W kazaniach i w praktyce ciągle nas ktoś atakuje, generalnie bezbożnicy, ale można to nieco uszczegółowić tępym prostaczkom. Pewnie muszę być kiepskim chrześcijaninem, bo póki co nikt mnie nie atakuje i nie zwalcza. Największe kłopoty religijne mam… sam ze sobą. Jeżeli nawet byłoby inaczej, to w świetle zapowiedzi Jezusa dziwić się nie wypada.Jak ktoś wybierze sobie królestwo z tego świata, to z pewnością będzie mu wygodniej. No dobra, a na „pozitiw” jak mawiała moja dziewięcioletnia córka? Może na początek parafialne „synody”. Tak zwane rady parafialne w znaczącej mierze, są żałośnie śmieszną atrapą (nakazaną przez biskupa), faktycznego dialogu wewnątrz parafialnego. Przy wytrwałości i cierpliwości taki parafialny synod mógłby stać się swoistą „burzą mózgów” i źródłem kreatywności duszpasterskiej.

Zgoda. Struktury kościelne są beznadziejnie nieruchawe. Ten problem istniał zawsze, ale dziś wobec bardziej ruchliwego świata stał się bardziej dolegliwy niż kiedyś. A już przed wojną Kościół z tego powodu przegrywał. Kolega, który pisał pracę magisterską o młodzieży wiejskiej przed wojną zastanawiał się, jak to możliwe, że ton nadawały lewicowe Wici liczące 7 tys. członków, a nie pół miliona młodzieży katolickiej zrzeszonej w różnych strukturach przy parafiach. Bo młodzież musiała poprosić proboszcza o zgodę, ten biskupa, zanim po rozważeniu wszystkich za i przeciw biskup się zgadzał Wiciowcy już trzymali remizę i robili swoją imprezę.

Zacznijmy od parafii. Ukształtowana po „trydencie” działała sprawnie dopóki większość wiernych rodziła się, uczyła, zawierała małżeństwo, pracowała i umierała w tej samej okolicy, stanowili wspólnotę. A dziś w dużych miastach wiele osób co kilka lat zmienia dzielnicę zamieszkania, w innej dzielnicy pracuje niż mieszka, gdzie indziej robi zakupy czy się bawi – parafia przestałą łączyć, nie buduje wspólnoty poza osobami o największym zaangażowaniu, którego nie możemy wymagać od wszystkich. Tak jak Sobór Trydencki miał odwagę odejść od tradycyjnej parafii, tak dziś potrzebna nam jest taka odwaga, a nie ględzenie o „budzeniu olbrzyma”, jakim ma być polska parafia. Istotnie, to cielsko wieloryba – wyrzuconego na brzeg.

Podam przykład katastrofy duszpasterstw ludzi pracy. Praktycznie zwiędły w porównaniu do lat ’80. Jest wiele złożonych przyczyn, ale także taka, że próbuje się wciskać ten zupełnie inny rodzaj duszpasterstwa w strukturę parafialną. Najczęściej duszpasterzem ludzi pracy dla diecezji zostaje proboszcz jednej z parafii, dla którego to jest 17 z kolei obowiązek, o którym myśli w kategorii parafii geograficznej. A tymczasem powinna to być struktura równoległa do parafii (parafia personalna?). Nie można prowadzić dwóch różnego typu duszpasterstw podległych innej dynamice, tak fundamentalnie innych. Zresztą, czy duszpasterzami ludzi pracy muszą być księża? Szafarstwo sakramentalne można pozostawić w parafii. Przecież księża nie żyją na co dzień problemami pracowników najemnych, są obciążeni innymi zadaniami tak, że nie mają czasu na rzetelność na tym innym polu. Ale powierzenie kierownictwa takiej równoległej do parafii struktury (nawet, jeśli mniejszej i uzupełniającej) świeckim nie mieści w pragmatyce funkcjonowania obecnych struktur. A przecież mamy nie tylko duszpasterstwa ludzi pracy – takich równoległych struktur powinno być więcej, a od tego zrobiłby się tylko bałagan w naszej tysiącletniej strukturze kościelnej.

Generalnie jestem pesymistą. Zacznie się zmieniać dopiero jak zabraknie pieniędzy. To będzie główna motywacja, zupełnie ludzka (Winston Churchill: „Panowie, pieniądze się skończyły, trzeba zacząć myśleć”). Dopóki duszpasterstwo generuje wystarczające pieniądze na utrzymanie tej struktury, będzie się ona bronić na śmierć i życie przed zmianami odsądzając „nowinkarzy” od czci i wiary, takie kościelne oskarżanie o „targowicę”.

Nie napisałem powyżej, że obecna parafia nie ma dobrych stron, które należałoby ocalić. Nie oskarżam proboszczów i wikarych o nic nie robienie. Pewnie większość jest jak najbardziej oddana zadaniom, które stawia przed nimi Kościół. Ale widzimy, że coś nie działa, że parafie w większości więdną.

W jednym z Autorem się nie zgadzam, przynajmniej ja mam inne doświadczenie. Chodzi o oskarżenie Tradycjonalistów o opór przeciw zmianom. Znani mi tradycjonaliści są niezadowoleni z obecnej kondycji Kościoła i chcieliby zmian. Nasza diagnoza i recepty się różnią, ale trudno ich oskarżać o winę. W znanej mi parafii proboszcz okazywał lekceważenie ruchom/wspólnotom posoborowym, ale tradycjonalistów tępił, bo nad pierwszymi parasol rozciągał biskup. Ot, taki proboszcz-administrator, parafia funkcjonowała w najwyższym porządku tyle, że odchylenia od duszpasterstwa tradycyjnego (ale nie tradycjonalistycznego) mącą mu ten porządek, utrudniają pracę urzędnika Pana Boga. Wyjście na zewnątrz do ludzi z poza Kościoła? Jak będą chcieli to przyjdą sami. To taka mentalność stanowi pierwszą przeszkodę w zmianach, o których rozmawiamy, nie Tradycjonaliści.

Dziękuję za ciekawy komentarz!
Bardziej miałem na myśli „intuicyjnych, odruchowych konserwatorów” (bo nawet nie konserwatystów) niż tradycjonalistów. Określenie „ma być tak jak jest, bo jest tak jak ma być” podsunął mi pewien etnograf.

Według mnie polskie parafie powinny zmienić się z instytucji w których jest podział na My i Oni we wspólnoty, które prowadzą do Jezusa, przez świadectwo radykalnego życia ewangelią CAŁEJ wspólnoty. A nie da się tego zrobić bez relacji z Jezusem…

Wraz z odejściem Tradycji odeszła wiara począwszy od hierarchów, poprzez kapłanów a skończywszy na wiernych. Na ulicach polskich miast nie spotka się już od lat kapłana, tylko modnie ubranych panów,. Sutanna ich parzy, niestety koloratka także. Księża traktują pracę w kościele jak dobrze płatną i pewną pracę zapewniającą wikt, opierunek i dach nad głową. Są odizolowani od społeczeństwa, wielu z nich wykazuje się niestety i ze smutkiem to powiem bardzo niskim poziomem intelektualnym.Takich prawdziwie zatroskanych o zbawienie powierzonych dusz jest niewiele, są niestety zdani często na własne siły i nie mogą liczyć na niczyją pomoc. A często są wyśmiewani przez swoich kolegów.Księża na małych parafiach gnuśnieją, większości z nich brakuje większych pieniędzy na konieczne remonty kościołów i plebani Nie pomaga im kuria w sprawach urzędowych, są skazani na swoją słabą wiedzę w zakresie spraw urzędowych, są obarczani wysokimi składkami na rożne kurialne cele, wszystko od lat stoi na głowie. Potrzeba pilnej reformy dostosowanej do wymogów zmienionych czasów w zakresie prowadzenia spraw administracyjnych. Co do spraw duszpasterskich nie zajmuję stanowiska, bo nie jestem specjalistką, ale wiem, ze w kościele nie znajduję tego,tego oczekiwałabym od duszpasterzy. Jestem także zniesmaczona występami, imprezami, śpiewami rożnych kapel, a nawet tańcami w kościołach katolickich. Nie po to budowali je nasi przodkowie, by były one salami koncertowymi, a msze święte odbywały się na niekonsekrowanych ołtarzach. Także tabernakula chowane po kątach budzą we mnie smutek. Kościół to Dom Boży, a nie remiza w której panny młode śpiewają protestanckie piosenki dla swoich gości przyjmując oklaski od słuchaczy na stojąco Pomieszanie z poplątaniem. To już nie jest mój kościół, choć wypełniam obowiązki i czynie to z coraz większym bólem serca.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.