Jesień 2020, nr 3

Zamów

„Jestem jedynym Polakiem, który napisał dzieje Chrystusa. To jest mój ból”. O Romanie Brandstaetterze

Portret Romana Brandstaettera (1947 r.). Fot. Benedykt Jerzy Dorys

Brandstaetter miał sporo przyjaciół i sympatyków, ale w gruncie rzeczy był wielkim samotnikiem. Nie ulegał ani modom artystycznym, ani politycznym, ani ideowym.

28 września 1987 roku, prawie dokładnie rok po śmierci swej ukochanej żony Reginy, zmarł Roman Brandstaetter.

Śmierć ta zamknęła rozdział polskiej kultury, któremu podobny zapewne nie powstanie. Jest mało prawdopodobne, by niewielka dziś społeczność polskich Żydów wydała talent równy talentowi Brandstaet­tera, talent oddany przede wszystkim służbie Biblii i jej prawd, talent powiązany z wielka erudycja i pracowitością, z gorącym, wrażliwym ser­cem i krytycznym umysłem, talent człowieka, który choć przyjął chrzest, czuł się zawsze potomkiem narodu wybranego, a równocześnie Polakiem.

Brandstaetter już jako mały chłopiec codziennie czytał fragmenty Sta­rego Testamentu w oryginale. Miłości do Biblii, a jednocześnie umiejęt­ności jej czytania oraz interpretowania nauczyli go najbliżsi – ojciec, matka, babka, a przede wszystkim dziadek. Dlatego napisał on w „Kręgu biblijnym”, iż Biblia jest dla niego święta Księgą, najważniejsza, a równo­cześnie „Księgą wspomnień o moim rodzie”.

Z Nowym Testamentem zetknął się jako człowiek dorosły. Dziwnym zbiegiem okoliczności ten człowiek, który napisał „Pieśń o moim Chrystusie”, a później „Jezusa z Nazaretu”, a który miał znakomitą pamięć, nie mógł przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach wziął po raz pierwszy do ręki Ewangelię i inne nowotestamentowe Księgi. Zaświadczył tylko, że zainteresowanie Nowym Testamentem rosło w miarę, jak w Trzeciej Rzeszy pogłębiała się nagonka przeciw chrześcijaństwu jako wytworowi ducha żydowskiego.

Czytał najpierw Nowy Testament tylko tak, jak czyta się inne przekazy starożytności. Zastanawiał się nad tym, kim był Jezus z Nazaretu, czy był niewiele znaczącym nauczycielem wędrownym, a Jego postać w wymiarach mesjańskich ukształtowali dopiero uczniowie.

Chrzest przyjął w mieście św. Franciszka – w Asyżu.

Motywy franciszkańskie, radości, pogody, ufności przeplatają się w jego późniejszej twórczości z motywami bólu, cierpienia i trwogi.

Ja kamień
Jestem cierpliwy.
I bardzo, bardzo bezsilny

– napisał w „Psalmie bezsilności”.

A w „Psalmie «Rachunek kamieni»” wyznał:

Jesteś umęczony mną, Boże
Ale ja również jestem umęczony Tobą

Kto miał szczęście znać Pana Romana osobiście, kto – jak niżej podpi­sany – spędził z nim wiele godzin, przeprowadził wiele rozmów sam na sam, może potwierdzić, że te słowa o umęczeniu Bogiem to nie stylistyczny ozdobnik. W trakcie tych niezapomnianych spotkań i rozmów, w których filozofowi-metodologowi nieraz trudno było porozumieć się z wielkim poetą, z reguły kluczem porozumienia dla nas obu stawał się Pascal, twórca idei zakładu i nieustannego krzyżowania Chrystusa.

Bolał nad tym, że polski ruch biblijny jest stosunkowo słaby i wtórny

Brandstaetter miał sporo przyjaciół i sympatyków, ale w gruncie rze­czy był wielkim samotnikiem. Nie ulegał ani modom artystycznym, ani politycznym, ani ideowym. Bywał dlatego niekiedy trudny, zaczepny, nawet szyderczy. Ale działał zawsze na własne ryzyko, nikomu nie schle­biał. Nie znosił ocen typu białe-czarne.

Wychowany na Biblii i polskiej literaturze romantycznej, z wielkim uznaniem mówił zawsze o francuskim Oświeceniu, o tej – jak powiadał – szkole oczyszczenia umysłowego. I często mówił, że nieszczęściem kultury polskiej jest to, że zbyt powierzchownie przyswoiła sobie myśl krytyczną, a zarazem oczyszczającą. I sadził, że dlatego w polskiej kulturze chrześcijańskiej tyle jest sentymentalizmu, a tak mało głębi.

Bolał – dosłownie – nad tym, że polski ruch biblijny jest stosunkowo słaby i wtórny. Że tak mało powstało przekładów Biblii i niewiele śmia­łych, szerokich syntez. W trakcie ostatniej rozmowy powiedział mi dos­łownie: „Panie Andrzeju, czy sadzi pan, że cieszy mnie to, iż jestem jedynym Polakiem, który napisał dzieje Chrystusa. Przecież to jest skandal, że tylko ja. To jest mój ból”.

Brandstaetter dał polskiej i nie tylko polskiej kulturze bardzo wiele. Czy on natomiast otrzymał za to odpowiednia zapłatę? Od czytelników tak. Książki jego rozchodziły się błyskawicznie i stale były i są poszuki­wane. Ale jak mało napisano o twórczości Brandstaettera wnikliwych, analitycznych, głębokich rozpraw czy esejów? Entuzjastyczne noty w rubrykach typu „Wśród książek” to stanowczo za mało.

Sadzę osobiście, że dramaty Brandstaettera nie stanowią korony jego twórczości. Ale mimo to, chyba znacznie częściej powinny gościć na polskich scenach. A tymczasem częściej są one wystawiane zagranicą.

Nie ma powodu, by tworzyć zbędne legendy. Brandstaetter, choć – zwłaszcza w latach pięćdziesiątych – należał do pisarzy, o których nie mówiło się nic lub bardzo mało, nie był nigdy skazany na materialną poniewierkę. „Długi czas – powiedział mi kiedyś – żyłem z «Króla i ak­tora», który to utwór często wystawiano, oraz z przekładów. Nie cierpia­łem z powodu braku chleba”.

Gnębiło go stale co innego: „jak żyć, by przeżyć odrobinę wrogiego czasu”:

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jak żyć, by nie złamać
Twego imienia
Ja celnik, który kiedyś
Będę Cię błagał o kromkę wieczności
Jak o kromkę chleba.

Mamy nadzieję, że ta prośba „o kromkę wieczności” została wysłuchana.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 1/1988 pod tytułem „Pan Roman”.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.