Zima 2020, nr 4

Zamów

A my? My, do których zwracał się Piotr S.?

Pałac Kultury i Nauki

Na ile osobnych marszy podzielimy się 11 listopada? Wstyd.

W poniedziałek odszedł Piotr S.

Pierwsze słowa i już czuję fałsz. Bo on nie „odszedł”. Ostatecznie spłonął? Jak o tym napisać? Jak pisać, że mnie to boli wobec jego bólu? Ale milczeć też przecież nie sposób, bo milczenie w tym przypadku byłoby nie tylko wyrazem zaniechania czy obojętności, ale także – dokładnie tak! – pogardy dla Piotra S. Tak po prostu czuję.

„Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!”

To nie są słowa Piotra S. Tak pisał w 1968 roku Ryszard Siwiec, zanim 8 września nie pozwolił, by ugaszono trawiący jego ciało płomień, który sam rozpalił protestując przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Ale Piotr S. musiał te słowa dobrze znać, gdy pisał: „Ja zwykły szary człowiek, taki, jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej”. Przecież do tej chwili – 19 października na Placu Defilad – przygotowywał się długo. Jak powiedziała jego żona, od 17 marca i poświęcił tym przygotowaniom 234 godziny.

Więc wiedział też, co – według świadków – opowiadali na pogrzebie Siwca wmieszani w tłum anonimowi funkcjonariusze służby bezpieczeństwa: że był psychicznie chory i na dodatek był alkoholikiem. Postarał się więc takie opinie uprzedzić, pisząc jasno w „Liście do mediów”, że od lat cierpi na depresję i czym się ona – oprócz zwiększonej wrażliwości na otaczającą rzeczywistość – u niego objawia. Mianowicie: bezsennością, brakiem łaknienia, i – co dziś brzmi jak ponury żart – prokrastynacją, skłonnością do odkładania wszystkiego na później. Nie miał jednak żadnych złudzeń, że to, co zrobi, będzie zmanipulowane. Może tylko nie przewidział reakcji pana Ziemkiewicza i panów Karnowskich, bo był zbyt przyzwoity, by to sobie wyobrazić.

Jeśli wiedział to wszystko, musiał też wiedzieć, że krzyku Ryszarda Siwca nikt lub prawie nikt przez całe dziesięciolecia nie usłyszał.

Może także znał i ten przypadek, którego zupełnie niechcianym świadkiem byłam sama, i który przez lata wypierałam z koszmarnych snów. Jako studentka krakowskiej teatrologii wczesnym rankiem 21 marca 1980 roku szłam przez Rynek, by ustawić się w kolejce do kasy Starego Teatru. Przy zabytkowej pompie, jakieś sto metrów dalej, stał człowiek do tej pompy czymś przywiązany. Nagle zaczął płonąć. I spłonął. Później się okazało, że w ten sposób protestował przeciw kłamstwu katyńskiemu. Nie zostawił żadnego listu. Nazywał się Walenty Badylak. Dziś przypomina o nim tylko niewielka tabliczka w miejscu, w którym się spalił.

Myślę, że Piotr S. o tym wiedział, a jednak zdecydował się na taką samą ofiarę. Kiedy myślę o nich, staram się znaleźć wspólny dla nich wszystkich mianownik. Tylko ten jeden narzuca się sam: wiara w to, że ich ofiara nie będzie daremna. I nadzieja, że współobywatele, tak jak oni, nie chcą żyć w kłamstwie i opresji. Że wolność to dla nich wartość niezbywalna i prędzej lub później to jednak zrozumieją.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

O Walentym Badylaku wiemy mniej, ale Ryszard Siwiec i Piotr S. mieli żony i dzieci, żyli w kochających się rodzinach. W rodzinach, w których była miłość – przebija ona z każdego słowa pożegnalnego listu Ryszarda Siwca do żony. Piotr S. zrobił wszystko, by swojej rodzinie zaoszczędzić prozaicznych formalnych problemów. Do wszystkich napisał osobne, pożegnalne listy. Rozmowa z jego żoną w TOK FM to przede wszystkim rozmowa o miłości. Od chwili, kiedy jej wysłuchałam, natrętnie wraca do mnie św. Pawła 1 List do Koryntian – Hymn o miłości. „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. (…)  Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”.

Ks. Andrzej Luter, komentując czyn i śmierć Piotra S., przywołuje słowa ks. Józefa Tischnera o śmierci przez samospalenie tybetańskiego mnicha: „Sumienie jest ostateczną instancją, która rozstrzyga o tym, co człowiek powinien, a czego nie powinien zrobić”. Ze względu na wiarę, nadzieję i miłość? Wierzę, że tak. Chociaż to bardzo trudne.

A my? My, do których zwracał się Piotr S.? My, w których wierzył i jednocześnie swoją przerażającą ofiarą na zawsze naznaczył? Na ile osobnych marszy podzielimy się 11 listopada? Wstyd.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (6)

Ton autorki jest taki, że nie wolno mieć innego zdania pod groźbą zarzutu niemoralności. Jestem ostrożny wobec tak „nie rutynowej” reakcji zmarlego. Czy to wyłącza mnie ze wspólnoty, jak ją widzi Autorka?

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.