Jesień 2020, nr 3

Zamów

Bohaterka przeciwko legendzie

Irena Sendlerowa w 1944 roku

Irena Sendlerowa była „aniołem stróżem” żydowskich dzieci ratowanych przed nazistami, szmalcownikami i Zagładą. A jednak legenda o niej jest pełna przekłamań i fałszu. Czy Annie Bikont udało się pokazać jej prawdziwą historię?

Czy mogła wmówić sobie i światu, że uratowała aż dwa i pół tysiąca dzieci z getta warszawskiego? Czy mogła być wspaniałą społeczniczką, a jednocześnie nie mieć czasu na wychowanie własnych dzieci? Czy mogła być w PZPR od początku do końca i aktywnie uczestniczyć w utrwalaniu radzieckiego ustroju w Polsce po II wojnie światowej? Dlaczego miałaby ukrywać żydowskie pochodzenie swojego drugiego męża?

To tylko niektóre pytania, krążące po głowie czytelnika w trakcie lektury książki Anny Bikont „Sendlerowa. W ukryciu” (Wydawnictwo Czarne). Autorka – a wraz z nią czytelnik – kładzie na szali legendarny wizerunek Ireny Sendlerowej, wraz z jej heroicznym wysiłkiem z czasów II wojny światowej i pogodnymi zdjęciami staruszki o wesołych oczach z ostatnich lat życia. Na drugiej szali znajduje się prawda historyczna, oparta na dokumentach, relacjach świadków i zdrowym rozsądku.

Bikont_Sendlerowa. W ukryciu_Więź
Anna Bikont, „Sendlerowa. W ukryciu”, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2017

Jako osoby, ale i zbiorowości, mamy prawo do uznawania autorytetów i oddawania czci bohaterom, potrzebujemy ich jako drogowskazów moralnych i nauczycieli historii. Odbierane od nich lekcje pomagają nam budować lepszą przyszłość. Autentyczne postaci historyczne stopniowo zanikają pod ciężarem powstających o nich legend; legendy emancypują się od swoich protoplastów i zaczynają żyć własnym życiem. Taki wyemancypowany mit przejmuje wspólnota i czyni z niego punkt odniesienia, który komunikuje: „tak trzeba żyć!”. Tymczasem lektura książki Anny Bikont wymusza na czytelniku zmierzenie się z prawdą, która może zaboleć, bo legendy zazwyczaj gryzą się z faktami. Czy stopniowe odkrywanie faktów o Irenie Sendlerowej w wydaniu Anny Bikont szkodzi „matce dzieci Holokaustu”? Nie, wprost przeciwnie.

Irena Sendlerowa, którą teraz poznajemy, jest zaangażowaną pracownicą socjalną z nowego nurtu pedagogiki społecznej ze szkoły Heleny Radlińskiej. Przed wojną pracuje dla warszawskiego magistratu wśród dzieci ulicy, ale przede wszystkim wśród kobiet z marginesu, porzuconych i zgnębionych, a także prostytutek. Jej wrażliwość społeczna i zaangażowanie dadzą o sobie znać w czasie II wojny światowej. To wtedy Sendlerowa całą sobą zaangażuje się w pomoc najbardziej pokrzywdzonym niemieckiej okupacji: polskim Żydom. Do historii przejdą jej wysiłki zwłaszcza w ratowaniu dzieci. Najpierw będzie to robić na własną rękę, wraz z koleżankami z Wydziału Opieki warszawskiego magistratu, później także w zorganizowany sposób w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”.

W każdej chwili ratowanym i ratującym groziła śmierć ze wszystkich stron

Bikont przedstawia historie wielu dzieci i rodzin, którym pomógł oddział dziecięcy „Żegoty”, kierowany przez Sendlerową. Opisuje dramatyczne historie dzieci, które oddzielano od rodziców, i którym wmawiano nową tożsamość, kazano zapomnieć o prawdziwej rodzinie i przeszłości, a następnie zaprowadzano do nowych rodzin lub zakładów zakonnych. Sendlerowa pojawia się niemal w każdej historii. Jest niejako spoiwem narracji. To nie tyle postać pierwszoplanowa, co anioł stróż – jej pojawienie się w historii ratowanego dziecka staje się zapowiedzią happy endu.

Tymczasem niemal każda opisywana historia pełna jest nieustannej walki. Nie było mowy o stabilizacji. W każdej chwili groziła śmierć ze wszystkich stron. Nowi opiekunowie dzieci mogli na przykład stwierdzić, że za ryzyko przetrzymywania Żyda należą im się większe pieniądze. Jeszcze większe zagrożenie stanowili plotkujący sąsiedzi i dzieci, które doszukiwały się semickiego wyglądu u rówieśników (ciekawe, skąd się wzięło w nich to wyczulenie na „innych”). Mieszkania i zakłady opiekuńcze trzeba było regularnie zmieniać, bo plotkujący sąsiedzi najczęściej ściągali szmalcowników, a ci byli już zagrożeniem śmiertelnym.

Szmalcownicy zbierali swoje żniwo w złocie i śmierci, niemal fizjologicznie potrafili „wywęszyć” ukrywających się Żydów i opiekujących się nimi Polaków. Figura szmalcownika przewija się przez książkę Anny Bikont nieustannie, tak jak cała zgraja szantażystów czaiła się przed bramami do getta, wyłapując z tłumu tych, którzy budzili podejrzenia. Przeraża skala tego zjawiska i stopień społecznego przyzwolenia na nie. Pomaganie Żydom było zdecydowanie najbardziej ryzykownym zajęciem konspiracyjnym, o czym świadczą relacje ocalałych i pomagających (jak choćby Władysława Bartoszewskiego). Sendlerowa była doskonałą organizatorką, cechy tej nie straciła na starość. To w wielkiej mierze dzięki niej udało się uratować… kilkaset dzieci. W każdym razie na pewno nie dwa i pół tysiąca, jak głosi legenda.

Pamięć potrafi płatać figle, zwłaszcza wtedy, gdy funkcjonowało się w warunkach konspiracji

Czy ta liczba jakkolwiek umniejsza jej bohaterstwo? Zdecydowanie nie! Stawia jednak w innym świetle opowieści okupacyjnej „Jolanty” o samej sobie. Pamięć potrafi płatać figle, zwłaszcza wtedy, gdy funkcjonowało się w warunkach konspiracji, w ukryciu, tajemnicy, ciągłym stresie i nieustannym zagrożeniu życia. Trzeba było ukrywać, także przed najbliższymi, szczegóły swojej działalności, ciągle uważać na to, co się mówi i używać pseudonimów. To, co prawdziwe, co usłyszane i co wymyślone na potrzeby konspiracji, zaczęło się plątać, zwłaszcza po kilkudziesięciu latach. Sendlerowa uwierzyła w opowiadaną o niej samej historię, choć wiele z jej legendy było przeinaczeniem, niedopowiedzeniem lub zwykłym kłamstwem. Przykładem może być legendarna lista 2500 uratowanych przez nią dzieci, których imiona – według rozpowszechnianej także przez nią opowieści – miała zapisać na karteczkach, schować w słoiku i zakopać w podwórku domu przy ul. Lekarskiej. Według wiarygodnych ustaleń Anny Bikont jakaś zakopana lista, owszem, była, ale jej rzeczywista autorka, Jadwiga Piotrowska, spisała na niej kilkadziesiąt imion i zakopała w butelce, nie w słoiku.

Czy podobne przekłamania nie dotyczą wielu innych bohaterów historii Polski XX wieku? I czy aby na pewno szramy na ich życiorysach ujmują im bohaterskości? A może raczej dodają im komponentu ludzkiego, grzesznego, tak bardzo znanego każdemu z nas?

Imponuje wysiłek, który w napisanie „Sendlerowej” włożyła Anna Bikont. To autorska książka w pełnym tego słowa znaczeniu. Bikont przejrzała stosy archiwów, przegadała setki godzin z ludźmi, którzy znali Sendlerową, wykonała niesamowitą robotę dziennikarsko-śledczą, by dojść do prawdy. Interesuje ją tylko cała prawda, co nie znaczy, że brak jej wyrozumiałości wobec bohaterki książki. Wprost przeciwnie, Bikont stara się zrozumieć Sendlerową i jej fenomen. Szuka tego (i wskazuje), co czyniło z niej tak niezwykłą osobowość. Robi to, nie pomijając błędów i wielkich życiowych porażek bohaterki.

Książka ma – z góry założony – charakter polemiczny, gdyż dojście do prawdy wymagało podważenia przyjmowanych powszechnie „dogmatów” o Sendlerowej. Do wielu ustaleń wiodły tylko poszlaki, trzeba było skonfrontować relacje Sendlerowej z… Sendlerową, a właściwie z jej relacjami o samej sobie z różnych lat, wypowiadanymi w różnych kontekstach. Anna Bikont jest bardzo przekonująca w swoich ustaleniach, może z wyjątkiem kilku epizodów – jak choćby nieco na siłę, mam wrażenie, dopisywany wątek miłosny do historii Jana Dobraczyńskiego i Jadwigi Piotrowskiej. Autorka książki wykonała niewiarygodną pracę, za którą trzeba ją docenić.

Czy to nie marcowa narracja dochodzi do głosu w Polsce AD 2017?

Na marginesie, u progu Roku Ireny Sendlerowej (110. rocznica urodzin) i zarazem 50. rocznicy Marca ’68 nie sposób przeoczyć bieżącego kontekstu polityczno-społecznego. Choć Bikont nie nawiązuje bezpośrednio w swojej książce do dzisiejszych realiów, to w rozdziale poświęconym polskim Sprawiedliwym zauważa, że kult Sprawiedliwych jest w pewnej mierze spuścizną właśnie po Marcu (choć książka Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945” powstała oczywiście wcześniej).

Autorka pisze: „Sprawiedliwi pierwszy raz tak wyraziście zaistnieli wtedy w świadomości publicznej. Propagowanie tezy, że Polacy masowo ratowali Żydów, było integralną częścią ówczesnej antysemickiej propagandy. Do tego stopnia, że w 1968 roku spisywaniem list Polaków ratujących Żydów zajmowała się Służba Bezpieczeństwa. Opowieści o Sprawiedliwych towarzyszył przekaz o żydowskiej niewdzięczności”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Czy to nie marcowa narracja dochodzi do głosu w Polsce AD 2017? Także dziś obecna jest charakterystyczna narracja o Sprawiedliwych – z wyolbrzymianiem skali pomocy ze strony Polaków – jako alibi dla dawnych pogromów w Jedwabnem, Radziłowie, Szczuczynie i Kielcach. Gdy w zeszłym roku zapowiedziano utworzenie Centrum Edukacyjnego Polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, wicemarszałek Senatu Adam Bielan pisał: „Polacy stanowią dziś największy odsetek spośród nich [Sprawiedliwych wśród Narodów Świata] Choć niewątpliwie jest to jedynie mała część spośród setek tysięcy obywateli, którzy w najrozmaitszy sposób nieśli ratunek Żydom”. Skąd marszałek wziął liczbę setek tysięcy ratujących? A nawet gdyby było ich tylu, to wciąż mowa co najwyżej o 1-3 proc. społeczeństwa.

„Nie wiesz, Czesiu, że Holokaust zabija?” – odpowiedziała Czesławowi Miłoszowi Maria Iwaszkiewicz na pytanie, dlaczego jej mąż Bogdan Wojdowski, ocalały jako dziecko z Zagłady, popełnił samobójstwo w 1994 r. Holokaust zabijał okrutnie w czasie wojny i jeszcze długo po jej zakończeniu. W życiorysie Ireny Sendlerowej stał się cezurą, która zmieniła wszystko: był bodźcem do wielkich i bohaterskich czynów, ale przyczynił się też do tego, że – jak sama pisała w liście do Wandy Rottenberg – jej dalsze życie stało się „mroczne”.

Anna Bikont rozprawia się w „Sendlerowej” z legendą o Sendlerowej. I wszyscy są wygranymi tego pojedynku. Upadek legendy odsłonił prawdziwą bohaterkę.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (2)

Czy to nie Anna Bikont przeprowadziła odrażający wywiad dla Wyborczej z wdową po Zbigniewie Herbercie krótko po jego śmierci,, w którym odkręcano przekonania poety, w szczególności te, które ówczesna Wyborcza uważała za „niewłaściwe”, w tym krytyczną ocenę Adama Michnika? Po tym wywiadzie każdy materiał autorstwa tej Pani zaczynam od postawienia pytania, jakiej manipulacji służy jej publikacja. Proponuję zacząć recenzowaną publikację od podobnego pytania.

Jaki to zbieg okoliczności że spośròd legend wielu ludzi pani Bikont zajmuje się „dekonstrukcja” akurat Ireny Sendler której historia jest w świecie najbardziej znanym i jaskrawym przykładem ratowania Żydów przez Polakòw… Jestem pewien, że ksiażka powstała wyłacznie z racji troski o rzetelność i prawdę przekazu, prawda?

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.