Lato 2021, nr 2

Zamów

Otwarte serce miłosierdzia

Caravaggio, „Niewierny Tomasz”

Nie przestajemy wołać: „Jezu, ufam Tobie!”, patrząc na Jego wizerunek. Dla nas, chrześcijan, nie ma innego źródła miłości, wiary i nadziei niż przebite serce i rozlana krew Syna Bożego.

Tradycja chrześcijańska utrwaliła imię żołnierza, który przebił bok ukrzyżowanego Chrystusa. To – jak czytamy w „Aktach Nikodema” – Longinus (Longin). Pod tym imieniem znany będzie jednak dużo później, po nawróceniu, po chrzcie i po swej męczeńskiej śmierci. Jak mówi tradycja, na imię miał Kasjusz, był poganinem, pochodził z Kapadocji i dowodził niewielkim oddziałem rzymskich żołnierzy. Utożsamiany bywa z Setnikiem z Ewangelii, z tym, który na widok umierającego Chrystusa wyznał: „Zaprawdę ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15, 39). Średniowieczna legenda utrzymuje, że Longinus był niewidomy, co – z racji tego, że był żołnierzem – wydaje się raczej mało prawdopodobne. Nie o fakty jednak chodzi, lecz o prawdę. „Ślepy był Longinus – pisze Miguel de Unamuno w poemacie „Chrystus Velazqueza” – który nigdy nic nie widział: przebił Twą pierś, / z której wytrysnęła krew i spłynęła po włóczni, / a on ubrudził nią obydwie swoje dłonie, / podniósł je, przybliżył do twarzy, otworzył oczy, / spojrzał dookoła, uwierzył w Ciebie i został zbawiony”.

Ewangelista Jan, który był naocznym świadkiem ukrzyżowania, zanotował, że żołnierz „przebił bok”. Do tego przecież służyła żołnierzowi włócznia: do przebijania, zadawania ran, do kłucia. Św. Hieronim, gdy tłumaczył Biblię na język łaciński, odszedł od dosłownego czasownika „przebijać” na rzecz metaforycznego „otwierać” (łac. aperuit). Za nim poszedł nasz polski ks. Jakub Wujek i odtąd żołnierz już nie tyle „przebijał” bok, ale go „otwierał”. To właśnie do tego tłumaczenia odnosił się w swoim komentarzu św. Augustyn: „Żołnierz otworzył jego bok i natychmiast wypłynęły krew i woda. Ostrożnego słowa użył ewangelista. Nie powiedział: przebił bok jego i zranił, lub co innego, lecz «otworzył», aby tam niejako drzwi życia zostały otworzone, stąd wypłynęły sakramenty Kościoła, bez których nie wstępuje się do życia, które jest prawdziwym życiem. Owa krew została wylana na odpuszczenie grzechów; owa woda zbawienny miesza puchar; ten i kąpieli udziela, i napoju. To przepowiadało, że kazano Noemu, aby w boku arki uczynił drzwi, przez które weszłyby zwierzęta, które nie miały zginąć w potopie, a które były figurą Kościoła”.

Kiedy św. Faustyna kazała namalować obraz Jezusa Miłosiernego, w jego centrum nie znalazła się rana Chrystusowego boku, ale Jezusowe serce. Rana to drzwi, przez które weszła włócznia, by dotknąć samego serca. „Wieczorem, kiedy byłam w celi – notuje św. Faustyna –  ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersi. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”. Na jej prośbę Jezus wyjaśniał: „blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz. […] Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia mojego wówczas, kiedy konające serce moje zostało włócznią otwarte na krzyżu”.

Dlaczego tak się stało, że serce zastąpiło bok, który przecież jest tak wyraźnie zaznaczany nie tylko na krzyżach, ale także na wizerunkach Zmartwychwstałego? Jak pisze o. Paweł Warchoł OFMConv w swojej monografii „Krew i woda dar Miłości miłosiernej”, „w ten sposób została uobecniona nie męka przebicia, lecz jej skutki”. Otwarty bok i wypływające z niej krew i woda to znaki miłosierdzia, które mieszka w przebitym sercu Jezusa – owym „morzu miłosierdzia”, które jest obfite, przepełnione, wylewające się, nigdy się niekończące i „tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski”.

Kiedy Apostoł Tomasz będzie domagał się od Jezusa dowodu, że to On, rana Jezusowego boku będzie już otwarta, a on będzie mógł włożyć tam swoją rękę, bez mała zanurzyć ją tak, jak zanurzyła się w wodach potopu arka z ocalałymi zwierzętami. Nie zdawał sobie pewno jeszcze sprawy, że oto dotknął „morza miłosierdzia”, które jest niewyczerpane. Ten Tomaszowy przywilej włożenia ręki w otwarty bok Jezusa dany jest nam wszystkim, choć oczywiście już nie dosłownie, a jedynie duchowo. By to zrobić, trzeba wciąż otwierać Chrystusowy bok duchową włócznią, którą jest pozostawiona i polecona nam modlitwa Koronki do Miłosierdzia Bożego, a w której nieustannie wołamy o wodę i krew „na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Ta modlitwa sięga Jezusowego serca przepełnionego miłosierdziem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ustanawiając Święto Miłosierdzia Bożego, Jan Paweł II zdawał sobie sprawę, że jest ono potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Wiek XX, który tak dobrze znał, uświadomił mu, że człowiek zdolny jest do nienawiści, przemocy i zła, które mogą sprowadzić świat na kraj samozagłady. Jeszcze nigdy, tak jak teraz, los świata nie zależał od człowieka, który – jak się zdaje – ma wystarczające środki, metody czy technologie, by go unicestwić. Co więcej, unicestwia go na naszych oczach. Jest czymś niepojętym, że w XXI wieku, wieku wysoko rozwiniętych technologii, człowiek nie jest zdolny opanować wybuchów zła i nienawiści, a ludzie giną bez mało w trakcie transmisji telewizyjnej live. Przenikliwie pisał o tym Tadeusz Różewicz: „Zdawało się, że bez wiary, nadziei i miłości Człowiek nie może żyć… ale pod koniec XX wieku rodzi się w nas podejrzenie, że ten ssak może rozmnażać się bez miłości, może żyć bez wiary i umierać bez nadziei”.

Na początku XXI wieku to podejrzenie zdaje się przeradzać w pewność. Łatwo ulec pokusie i powiedzieć, że to niebezpieczeństwo dotyczy wyłącznie niewierzących. Znaleźlibyśmy wówczas w nich winnych wszystkiego. Ale pokusa takiego życia dotyczy także i nas. Nie jesteśmy od niej wolni. I to na nas ciąży obowiązek wierności naszemu człowieczeństwu. „[…] trzeba powrócić do krzyża Chrystusa – wyzwał Jan Paweł II – utkwić spojrzenie w Synu Bożym, w Jego przebitym sercu, w Jego rozlanej krwi”. Dla nas, chrześcijan, nie ma innego źródła miłości, wiary i nadziei. I dlatego nie przestajemy wołać: „Jezu, ufam Tobie!”, patrząc na Jego wizerunek.

M. de Unamuno zwracał się do Jezusa w swoim poemacie słowami: „powstrzymałeś swoją czerwoną krwią / plamę grzechu […] / i pozwalasz nam wędrować wolnym od ciężaru, co ku sercu pochyla naszą głowę”. Idziemy z podniesioną głową, czyści i wolni od ciężaru, bo „On [już] wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” – aż na krzyż (Iz 53, 4). A tam odkupił nas krwią Swoją i obmył nas w wodzie. Może dlatego starożytne kanony nie pozwalały klękać w okresie wielkanocnym. Zwycięzcy nie zwykli zginać kolan. Na Jego ciele pozostał ślad: odcisk korony cierniowej, miejsca po gwoździach, rana w boku. „Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” – mówi dzisiaj Jezus do wszystkich, a zwłaszcza tych, co się jeszcze wahają. I jak na obrazie Caravaggia, sam bierze naszą rękę niczym Tomasza i wkłada w swój bok jakby chciał powiedzieć: „Nie bój się, moje serce jest dla Ciebie otwarte!”.

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Historia „zauważenia” miłosierdzia Bożego jest stosunkowo niedawna, ale dziś, szczególnie od pontyfikatu kochanego Franciszka, trudno sobie wyobrazić naszą wiarę i nasze życie bez tegoż miłosierdzia.To jakby „inna” wiara i „inny” Bóg. Mam głęboką nadzieję, że to jest to, co może odmienić nasze relacje z Bogiem i naszymi bliźnimi. To jest nadzieja, która zapiera dech w piersiach.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.