Jesień 2021, nr 3

Zamów

To nie kwestie estetyczne stoją za problemami w odbiorze prac Warhola

Andy Warhol. Fot. Jack Mitchell

Każdy użytkownik Facebooka powinien pamiętać, że więcej zawdzięcza Warholowi niż Zuckerbergowi.

Ironia losu nie ma granic. 22 lutego 1987 roku, w wyniku komplikacji po prostym szpitalnym zabiegu, umiera Andy Warhol, jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów XX w. Ma zaledwie 58 lat. Śmierć banalna jak cała jego twórczość – powiedzą złośliwi. Bo dla wielu reprezentował wszystko, czym najbardziej pogardza się w sztuce współczesnej – odtwórczość, płytkość i brak artyzmu. Jednak to nie kwestie estetyczne stały zawsze za problemami w odbiorze prac Warhola, a raczej podświadomy strach przed tym, co jego sztuka mówi o nas samych.

Życiorys Andy’ego Warhola to typowo amerykańska historia. Wychowuje się w rodzinie słowackich imigrantów w nędznej dzielnicy przemysłowego Pittsburgha czasów kryzysu. Po latach stwierdzi, że dzieciństwo było najbardziej przerażającym doświadczeniem jego życia. Już tam można szukać źródeł jego późniejszej twórczości. Poważnie chory, przez blisko rok nie chodzi do szkoły. Spędza czas jedynie w dwóch miejscach – ciasnym pokoju, zasypany magazynami pełnymi zdjęć hollywoodzkich gwiazd, oraz grekokatolickiej cerkwi, do której zabiera go pobożna matka i gdzie godzinami wpatruje się w ikony Maryi i świętych. Właśnie wtedy, ze stopienia się sacrum i profanum w dziecięcej wyobraźni, rodzi się artystyczna wrażliwość Warhola. To tutaj mają swe korzenie sławne portrety Marylin Monroe, będące niczym innym jak fuzją kolorowego czasopisma i bizantyjskiej ikony.

W wieku 21 lat przyjeżdża do Nowego Jorku w jednym celu – zostać sławnym artystą. Najpierw staje się rozpoznawalny jako grafik reklamowy, zatrudniany przez czasopisma, salony i butiki. Wielkomiejski blichtr i komercja szybko okazują się jego naturalnym środowiskiem, w którym twórcza wyobraźnia nabiera ostatecznego kształtu. Warhol dochodzi do przekonania, że to właśnie konsumpcja i reklama są najgłębszą rzeczywistością współczesnej kultury i społecznego doświadczenia. Wobec tego są też idealnym tematem dla sztuki.

„Puszka zupy Campbell”
„Puszka zupy Campbell” Andy’ego Warhola, 1968

I tak zaczyna się rewolucja. Butelka Coca-Coli i puszka zupy Campbell z półek sklepowych trafiają na wystawę do galerii. Muzeum i supermarket stają się sobie niebezpiecznie bliskie. Skandaliczność wizji Warhola nie polega jednak na tym, że wykorzystuje on przedmioty codziennego użytku – ta idea obecna jest w sztuce od czasu Marcela Duchampa – lecz na tym, że jego obrazy wyglądają zupełnie jak plakaty reklamowe. Grafik reklamowy stał się artystą, nie zmieniając zasadniczo nic w swojej pracy. Sztuka została spacyfikowana przez banał konsumpcji.

Ale czy to naprawdę takie dziwne? W końcu jednym z zadań sztuki jest opisywanie rzeczywistości. Być może o świecie, który przypomina wielki supermarket i w którym wszystko jest na sprzedaż, opowiedzieć należy właśnie w taki sposób – bezczelnie pokazując, do czego sprowadza się dziś doświadczenie egzystencjalne. 32 obrazy z puszką zupy, zajmujące całą ścianę w galerii, brutalnie obnażają szerokość naszych horyzontów, a jaskrawość portretów Marylin mówi przede wszystkim o pasjach i pragnieniach tych, którzy je oglądają.

Kolejne, co oburza u Warhola, to powtarzalność. Ale temu też nie ma się co dziwić. Mao Zedong, Mick Jagger czy wspomniana już Marylin Monroe nie przypadkiem występują u niego w nieskończonej liczbie egzemplarzy. Bo to przecież powtarzalność jest główną cechą dzisiejszej kultury – zwłaszcza medialnej, która bombarduje nas wciąż tymi samymi obrazami. Wystarczy przypomnieć sobie, jak często oglądaliśmy w telewizji samoloty uderzające w nowojorskie wieżowce, albo ile razy usłyszeliśmy wiadomość o śmierci Michaela Jacksona. W czasach całodobowych telewizji informacyjnych newsy wręcz uwiarygadniają się przez ciągłe powtarzanie. Prawdziwe jest to, co pokazuje się wiele razy.

Taką rzeczywistość portretuje Warhol. Błędem byłoby jednak twierdzić, że należy on do krytyków współczesnej kultury lub że staje w opozycji do swoich czasów. Wręcz przeciwnie –  z dużym kunsztem potrafi wykorzystać klimat epoki. To właśnie amerykański artysta staje się pierwszym celebrytą z prawdziwego zdarzenia.

Andy Warhol jako pierwszy rozumie, że aby sprzedać swoją sztukę, musi przede wszystkim dobrze sprzedać siebie. W kreowanie własnego wizerunku wkłada często dużo więcej wysiłku niż w swoje prace. Można nawet powiedzieć, że największym dziełem Warhola jest sam Warhol. Charakterystyczny ubiór, peruka i sposób zachowania sprawiają, że artysta staje się rozpoznawalną marką. Sztuka okazuje się już tylko dodatkiem do osoby twórcy.

Co ciekawe, Warhol pozbawiony jest przy tym poczucia elitarności, tak charakterystycznego dla Picassa lub Dalego – innych twórców-celebrytów XX w. Według Amerykanina – tak jak wszystko może być sztuką, tak każdy może być gwiazdą. Wystarczy postawić go przed kamerą.

I Warhol stawia przed kamerą zwykłych ludzi, nie każąc przy tym robić im nic szczególnego. Tak powstaje jeden z jego najciekawszych projektów, który wiele lat po śmierci Warhola zaowocuje „Big Brotherem” i dziesiątkami innych reality shows. Idea „zwykłego człowieka przed kamerą” stanie się jedną z najważniejszych dla współczesnych mediów. Ludzie z ulicy zostają przez amerykańskiego artystę wprowadzeni na salony, tak jak wcześniej produkty sklepowe zostały przez niego wprowadzone do galerii sztuki.

Kolegium Europejskie

Dotyczy to nie tylko telewizji. Każdy użytkownik Facebooka, tworząc swą internetową personę, którą sprzedaje światu, powinien pamiętać, że to wirtualne życie zawdzięcza dużo bardziej Warholowi niż Zuckerbergowi.

Takich przykładów jest oczywiście dużo więcej. O wpływie Warhola na współczesną kulturę można pisać w nieskończoność. Równie długo można kłócić się o wartość jego dzieł. Nie da się jednak zaprzeczyć, że po trzydziestu latach od śmierci pozostaje on ostatnim z wielkich artystów sztuki współczesnej, niepozbawionym przy tym wszystkich jej dwuznaczności i kontrowersji. Można opisywać go jako twórcę pop-kultury lub widzieć go jako jej produkt. Można udowadniać, że obnaża on społeczny konsumpcjonizm lub że go gloryfikuje. Można na końcu stwierdzić, że sztuka zajmująca się konsumpcją sama stała się konsumpcyjna, czego dowodem jest sposób funkcjonowania największych galerii, które dzisiaj za pomocą strategii marketingowych same kreują zarabiających miliony twórców jak Jeff Koons czy Damien Hirst.

Jedno nie ulega wątpliwości – Warhol był niezrównanym obserwatorem. Dlatego jego twórczość zawsze tak dobrze przylegała do rzeczywistości. Zatem właściwe pytanie o Warhola nie brzmi: czy podoba nam się sztuka, którą stworzył, lecz czy podoba nam się świat, jaki zaobserwował.

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.