Zima 2020, nr 4

Zamów

Więźniowie wyklęci

Książce Heinza Hegera daleko do obozowych wspomnień Primo Leviego, Jeana Amery’ego czy Tadeusza Borowskiego. Jednak „Mężczyźni z różowym trójkątem” to ważna pozycja, bo pokazuje cierpienie tych, o których najczęściej milczymy.

Narrator książki w 1939 roku, tuż po aneksji Austrii do Trzeciej Rzeszy, był 22-letnim studentem, prowadzącym wesołe, wiedeńskie życie, aż za sprawą paragrafu 175 odkrył całą piekielną maszynę zaprojektowaną przez nazistów, której celem było nie tylko stworzenie nowego człowieka, lecz także pozbycie się „zdegenerowanych jednostek”.

Heger (to pseudonim narratora) za podejrzenie współżycia z osobą tej samej płci został skazany na sześć miesięcy ciężkiego więzienia. Jego kochanek, którego ojciec był wysoko postawionym dygnitarzem Rzeszy, został ułaskawiony. To nie pierwszy przypadek hipokryzji systemu.

Narrator książki nie został zwolniony po odbyciu wyroku, nikt bowiem nie mógł się dowiedzieć, że jego kochanek – syn człowieka, który miał kształtować nowy system – jest homoseksualistą. Dlatego Hegerowi przedłużono karę i przewieziono go do obozu koncentracyjnego. Tajemnica nie mogła wyjść na jaw, w zdrowym społeczeństwie nie może być mowy o inności, a każdy czyn musi być podporządkowany wyższej racji, choćby najbardziej nieludzkiej i idiotycznej.

Homoseksualiści byli traktowani gorzej niż inni więźniowie. Mieli im też służyć w celach seksualnych

Już od początku książki widzimy, że homoseksualiści nie tylko byli gorzej traktowani niż inni więźniowie. Mieli im też służyć w celach seksualnych. W pierwszym transporcie zmuszono Hegera do seksu z nieznajomymi. „Brzydziło mnie to, omal nie wymiotowałem, jednak byłem rozbity psychicznie i zupełnie bezbronny wobec nich” – pisze. Heteroseksualni więźniowie, którzy wykorzystywali seksualnie gejów, nie byli za to krytykowani przez współwięźniów. Te zachowania były traktowane jako naturalne. Również w obozach zagłady.

Każda grupa więźniów była w obozach oznaczona jednym kolorem trójkąta. Najgorszy był żółty, noszony przez Żydów, później brązowy, czyli romski oraz różowy – przynależny gejom (co ciekawe, lesbijki były oznaczane czarnym trójkątem jako aspołeczne). Te grupy jako pierwsze skazano na eksterminację. Żyjąc, również nie miały żadnych praw. „Pedalskie świnie i dupojebcy” – jak pisze Heger – w każdej chwili mogli być zmaltretowani, wykorzystani i zamordowani. Na porządku dziennym było bicie po jądrach czy eksperymenty medyczne, mające wyleczyć ich z „choroby”. Jedynym ratunkiem okazywało się znalezienie wyżej postawionych przyjaciół, którzy bardzo chętnie opiekowali się homoseksualistami w zamian za usługi seksualne. Oczywiście przez to sami nie stawali się gejami. Tajemnicą poliszynela były wymiany pomiędzy sobą „podwładnych”. W obozie wszyscy wiedzieli, kto zadaje się z kim. To nie ostatni przypadek hipokryzji systemu.

Josef Kohout, Heinz Heger, „Mężczyźni z różowym trójkątem”
Josef Kohout, Heinz Heger, „Mężczyźni z różowym trójkątem”, Ośrodek Karta, Warszawa 2016

Również ci, którzy nie byli homoseksualistami, lecz zostali skazani na obóz z innych względów, jeśli tylko posiadali odpowiednią urodę, mogli stać się „podwładnymi”. „Dla chłopców z Polski, z których wkrótce wszyscy byli zajęci, nie było to tak całkiem nieprzyjemne, gdyż szybko zrozumieli, że bez swoich funkcyjnych przyjaciół i ich paczek żywnościowych musieliby głodować i pracować tak samo ciężko, jak reszta więźniów. Dlatego też ci Polacy, a nieco później także młodzi Rosjanie, chętnie przyjmowali takie oferty ze strony obozowej elity” – pisze Heger. W piekle na ziemi, stworzonym przez człowieka, każdy musiał radzić sobie jak tylko mógł, byle przeżyć. O tym się nie wspomina. Jeden system mija, zastępuje go inny, ale hipokryzja wciąż jest żywa.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Książka Hegera właśnie pod tym względem jest bardzo ważna, ponieważ pokazuje nam fakty, które były i nadal są wstydliwie ukrywane. Plotek insynuujących homoseksualizm Hitlera powstaje wiele, ale o zwykłych ludziach, którzy cierpieli w obozach przez swoją orientację, ciągle się milczy. Pewnie z tego samego niezrozumiałego powodu, przez który narrator pyta: „Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować?”.

Milczało się również po wojnie. Narrator książki nie mógł się przyznać do swoich obozowych przeżyć, musiał siedzieć cicho i ukrywać się, ponieważ paragraf 175 obowiązywał w NRD i RFN do końca lat sześćdziesiątych. Mimo że byli ocaleni, nikt nie chciał słyszeć ich opowieści. Jednak „mężczyźni z różowym trójkątem” istnieli i cierpieli identyczne katusze jak inni więźniowie obozów koncentracyjnych. Warto o tym pamiętać i nie chować niewygodnej sprawy pod dywan, lecz otworzyć się na ich doświadczenie i tragedię, aby lepiej poznać ludzką naturę i przeszłość. Żeby hipokryzja i przekonanie o własnej wyższości nie stanowiły fundamentu żadnej idei czy normy.

Dzieje się jednak inaczej, a to znak, że nie wyciągamy wniosków z historii. Homoseksualistów nadal się upokarza, wyzywa i piętnuje. Rację ma Heger, pisząc: „Po części jest tak do dzisiaj – często ci spośród tych, którzy w demokracji pełnią ważne funkcje, są nastawieni przeciwko nam”. Większość z nas powinna sobie zadać pytanie, czy wolimy wyciągnąć dłoń do drugiego człowieka, czy też powtarzać te same błędy z przeszłości.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (5)

No właśnie, kilkoro zacnych i mądrych ludzi wyciągnęło rękę do swoich bliźnich i… dostali po łapach, od tych, którzy powinni dać przykład tej wyciągniętej ręki. Ale i zostali „wynagrodzeni” zaproszeniem na salony Episkopatu owładniętego obsesją nienawiści do homoseksualistów, P. Camerona.Myślę, że stary diabeł z felietonów red. Zająca z”Tygodnika Powszechnego” chichocze z radości. Głosić ewangelię nienawiści w siedzibie Episkopatu, no, no, to nawet dla starego diabła nie jest bułka z masłem.Magisterium Kościoła, łącznie z nieporozumieniem na Stolicy Piotrowej, a imię nieporozumienia – Franciszek, może sobie głosić, co mu się żywnie podoba, my mamy własne „magisterium”, co lepiej wie niż kochany Franciszek. I tego trzeba się trzymać.

W niemieckich obozach koncentracyjnych ginęli Żydzi, Polacy, Rosjanie Francuzi i inni ludzie, których oprawcy dodatkowo upokarzali np. żółtymi trójkątami. Ginęli ludzie, a nie homo czy heteroseksualiści! Nawet jeżeli wśród nich trafił się kryminalista, to należy o nim pamiętać jako o człowieku, bo nim był, a nie jako o kryminaliście. Tych, którzy zginęli męczeńską śmiercią, nie piętnujmy w żaden sposób. Robili to zwyrodniali Niemcy. My nie powinniśmy.
A recenzja, czy jak ten tekst nazwać, napisana jest topornym, zupełnie nieznośnym stylem.

Oczywiście chodziło mi o RÓŻOWE trójkąty, bo bycie Żydem, mimo ówczesnej intencji Niemców, nie jest w żaden sposób upokarzające.
Pamiętajmy o Ofiarach, jako o ludziach w pełni ich człowieczeństwa, a nie o ich słabościach, bo to dodatkowa krzywda. Jestem przekonana, że wśród oznaczonych różowym trójkątem znalazłyby się również osoby, które z homoseksualizmem nie miały nic wspólnego. Tak samo, jak wśród oznaczonych trójkątem zielonym na pewno znaleźliby się ludzie uczciwi i prawi. Męczeństwo zresztą przydawało im godności. Mogli umrzeć nawet jako święci. Nie segregujmy ofiar, według nazistowskich trójkącików!

Szanowna Pani Barbaro,
zgadzam się, że segregacja ofiar według dawnych nazistowskich kategorii może nam przysłonić ich jednostkowość, odsunąć od spojrzenia na losy i cierpienia każdego z ocalałych, (nie ważne czym zawinił w kategoriach przyjętych przez nazistów-byciem Żydem, Romem, Sintim, Słowianinem, kryminalistą, świadkiem Jehowy, homoseksualistą…). Pewne grupy ocalałych do dziś stoją na uboczu europejskiej pamięci o czasach totalitaryzmów. Obserwujemy jednak, moim zdaniem, niezwykle potrzebny proces demokratyzacji pamięci, polegający na idei wsłuchania się w głosy ocalonych, którzy do tego czasu z różnych przyczyn nie zostali wysłuchani a ich historie znane są tylko specjalistom. Książki takie jak „Mężczyźni z różowym trójkątem…” ukazują nam doświadczenie ocalenia z obozu zagłady, jednak zupełnie odmienne od tych, związanych z kategoriami „czystości rasy”. Książka jest przykładem chęci przywrócenia pamięci o doświadczeniach konkretnej grupy więźniów, którzy z racji „swojego rzekomego homoseksualizmu” zostali osadzenia w obozie – z racji swoich „win” byli też traktowani odmiennie od innych więźniów. Wydaje mi się, że autor recenzji przedstawił swoje przemyślenia i w sposób poprawny zrecenzował książkę, a autorom książki i wydawnictwu należą się podziękowania, że poświęcili swój czas i emocje na wsłuchanie się w opowieści „mężczyzn z różowym trójkątem” i przedstawienie ich szerszemu gronu czytelników.

Nie. W tym streszczeniu problemu jest zbyt wiele uproszczeń i nieścisłości, by można się z tym tekstem zgodzić w milczeniu. Oczywiście, dziś sytuacja wymaga przemyślenia przeszłości, zbyt wiele głosów – zarówno w sferach państwowych, społecznych, jak i kościelnych – proponują rozwiązania współbrzmiące z częścią podejścia paragrafu 175, ale jednak nie uzasadnia to stosowania skrótów myślowych, które nie są prawdziwe.
Homoseksualiści – w zasadzie jedynie niemieccy, gdyż paragraf 175 nie dotyczył w praktyce Trzeciej Rzeszy innych narodów, grup etnicznych – trafiali do obozów koncentracyjnych. Zasadniczo w dużej mierze przed wojną, podczas wojny praktyka ta, co widać statystycznie, zmalała – byli potrzebni także na frontach. Nie trafiali oni do ośrodków Zagłady i nie byli nigdy poddani programowi całkowitego wyniszczenia. Co więcej, w razie odrzucenia swojej homoseksualnej tożsamości (w skrajności poddaniu się kastracji) byli z obozów wypuszczani, co przy całej swej drastyczności stawiało ich losy na innej płaszczyźnie względem pozostałych więźniów. Już w trakcie wojny, trafiali oni także do obozów koncentracyjnych utworzonych nie z myślą o społeczeństwie niemieckim, ale dużo szerzej – o ludnościach podbitych. W takich miejscach ich los – jako obywateli niemieckich – był jednak lepszy od pozostałych grup więźniów. Na przykład skazanie ich na śmierć wymagało przeprowadzenia procesu, co nie było udziałem większości innych więźniów. Dużo łatwiej też dostawali funkcje w ramach aparatu obozowego.
W każdym razie, nie jest prawdą, że byli jedną z najbardziej niszczonych grup więźniów. Bywały takie sytuacje przed wojną, na pewno nie w jej trakcie – wówczas można wymienić bardzo wiele innych grup więźniów traktowanych bez porównania gorzej, począwszy od jeńców radzieckich, Żydów, więźniów politycznych czy aspołecznych…
Z tej – niemieckiej – uprzywilejowanej pozycji korzystali nierzadko (co zrozumiałe), ale także zgodnie ze swymi upodobaniami (co jednak trudniejsze do zaakceptowania).
Drugim błędem poważnym jest uogólnianie przyjmowania roli pipli przez młodocianych heteroseksualistów. Owszem, było wielu takich przypadków, trudno je potępiać, wobec nadrzędnej woli przeżycia. Ale też nie można wkładać do jednego worka skazanych Niemców z przymuszanymi (czasem przez tychże właśnie różowych winkli, korzystających z uprzywilejowanej w czasie wojny pozycji) młodymi chłopcami. W drugim bowiem wypadku mamy do czynienia z podwójną ofiarą.
Temat jest zbyt ważny i zbyt wrażliwy, by w opisywaniu dokonywać tak dalece idących uproszczeń, a nawet przekłamań.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.