Jesień 2020, nr 3

Zamów

Nosiciele krzyża

Cyprian Kamil Norwid, „Chrystus na krzyżu”, 1857

Jezus przyjmuje postać niewolnika, a przez to staje się podobnym do ludzi. Wszyscy bowiem jesteśmy niewolnikami grzechu. A on stał się niewolnikiem dla nas.

Pierwszy raz Jezus mówił o krzyżu, jeszcze zanim wyruszył do Jerozolimy. Wtedy – jak pisze św. Łukasz – „mówił do wszystkich: »Jeśli kto chce iść za Mną, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje«” (Łk 9, 23). Teraz, już w drodze do Jerozolimy, gdy zbliża się Jego śmierć na krzyżu, przypomina raz jeszcze: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 27). Jak zauważa św. Łukasz, „szły z Nim wielkie tłumy”. To do nich odwrócił się Jezus i wypowiedział słowa o krzyżu, nie tylko do najbliższych uczniów. Podobnie było poprzednim razem, wtedy też mówił „do wszystkich”.

Kiedy Jezus zobaczył, że ten ciągnący za Nim lud Go szukał, Jezus powiedział: „Szukacie mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości” (J 6, 26). Tak, Jezus znajduje się u szczytu sławy. Wieść o Nim zatacza coraz szersze kręgi. Ludzie słyszeli o uzdrowieniach, wskrzeszeniach, cudach, idą za Nim z ciekawości. Taki co rozmnaża chleb i przemienia wodę w wino w hurtowych ilościach nie pojawia się zbyt często. To do nich Jezus mówi o krzyżu. I te słowa musiały w ich uszach brzmieć szokująco. Przyzwyczailiśmy się do widoku krzyża. Tak bardzo się usakralizował i nabrał znaczeń symbolicznych, że zapominamy, iż ukazuje on narzędzie haniebnej zbrodni i postać zmarłego człowieka. Czasami jest tak piękny, że w niczym nie przypomina już narzędzia tortur. A oni tak właśnie o krzyżu myśleli. Jak my dzisiaj o szubienicy.

Mariusz Szczygieł w książce „Zrób sobie raj”, w której opisuje współczesną religijność Czechów, przytacza taką oto scenę (s. 205): „Tramwaj jechał wzdłuż Wełtawy, a blondynce na głębokim dekolcie podskakiwał duży krzyż. Na przystanku wsiadła brunetka z sześcioma kolczykami w nosie, cmoknęły się w policzek, wsiadająca przyjrzała się biżuterii koleżanki i wypaliła:

– Co to jest?
– Jezus na krzyżu. Srebrny! Babcia mi dała.
– I ty zamierzasz tego trupa nosić?!
– Ale on jest ładny!
– Tylko że nieżywy. Babcia nie mogła ci dać Buddy? Przynajmniej jest weselszy. No jak można nosić nieboszczyka?! Aż mi ciarki przechodzą po plecach.
– Ale on mi pasuje do bluzki”.

Trup. Martwy człowiek zawieszony na krzyżu. Zgorszenie i głupstwo. Tym jest krzyż dla człowieka niewierzącego. I właściwie, dlaczego miałby być czymś innym? A jeśli piękno, to tylko estetyczne, takie pasujące do bluzki. Nic więcej. Myślę, że ta współczesna scena może nas przybliżyć do zrozumienia kontekstu Jezusowej wypowiedzi sprzed dwóch tysięcy lat. Co mogli sobie myśleć słuchacze Jezusa, gdy mówił im o krzyżu? Byli trochę jak ta czeska nastolatka. Nie wiedzieli o krzyżu tego, co my. Nie znali Jezusa ukrzyżowanego. Krzyż dla nich nie był znakiem żadnego zwycięstwa, ale hańby. Mieli świadomość, że ukrzyżowanie to kara stosowana przez Rzymian wobec niewolników, buntowników i innych, którzy nie mieli pełnych praw obywatelskich. Tak bardzo kojarzoną tę karę z niewolnikami, że nazywano ich nawet „nosicielami krzyża”. Do czego więc ich zapraszał? Do niewolnictwa?

„Jeśli kto chce iść za Mną, niech co dnia bierze krzyż”. Znali ten widok. Wbrew utrwalonemu na obrazach wizerunkowi, na miejsce ukrzyżowania skazaniec zazwyczaj nie niósł całego krzyża, ale tylko poprzeczną belkę. Czasami była swobodnie zarzucana na ramię skazańca, czasami przywiązano ją mocnymi powrozami do rozciągniętych ramion, aby uniemożliwić ewentualną ucieczkę. Artemidor, starożytny filozof, pisał w swoim „Senniku”: „Jeśli ktoś ma być przybity do krzyża, najpierw musi go sam zanieść”. Na miejscu kaźni wciągano skazańca wraz z belką na pionowy słup, który był wielokrotnie wykorzystywany. Rzymianie byli praktyczni. Jak wszyscy kaci.

Żydzi zapewne niejednokrotnie byli świadkami ukrzyżowań. I pewno widzieli wielu skazańców niosących swoje krzyże, także swoich pobratymców. W samej Judei ukrzyżowanie było karą powszechnie stosowaną od IV roku przed narodzinami Chrystusa. Wówczas to Warus, rzymski zarządca Syrii, po stłumieniu powstania, które wybuchło po śmierci Heroda I Wielkiego, za jednym razem ukrzyżował w rejonie Jerozolimy około dwóch tysięcy żydowskich buntowników. Być może niektórzy ze słuchaczy Jezusa widzieli to nawet na własne oczy, inni zapewne musieli o tym słyszeć.

Kara śmierci przez ukrzyżowanie wzbudzała wyjątkowy lęk i odrazę. Pobożni Żydzi pamiętali o słowach Księgi Powtórzonego Prawa, która mówi, że przeklęty jest ten, kto wisi na drzewie. To wszystko mieli w swoich głowach słuchacze Jezusa, gdy wypowiadał te szokujące słowa o krzyżu – słowa, które mogły wówczas tylko odstraszyć, ale nie pociągać.

Krzyż, który Jezus każe wziąć, jest znakiem niewoli. Nie inaczej. „Nieszczęsny ja człowiek, któż mnie wyzwoli od ciała?” – pytał św. Paweł. Od ciała to znaczy od grzechu, od siebie, od tego, wszystkiego, czym jest człowieczeństwo ze swoją skażoną naturą. Kto mnie z tego wyzwoli? Jezus mówi: „Idź za Mną. Idź za Mną ze swoją niewolą. Nie próbuj wyzwalać się sam. Nie próbuj samemu zrzucać jarzma, które niesiesz. Ja Ciebie wyzwolę”. Nie da się iść za Jezusem bez własnego krzyża, a więc bez siebie, bez własnych win i zniewolenia. Ten, kto chciałby iść bez krzyża, nie może być Jezusowym uczniem.

Ale z drugiej strony Jezus mówi także: „Nie próbuj iść ze swoją niewolą za kimś innym, kto ci obiecuje wyzwolenie”. Wędrówka z krzyżem niewoli ma sens tylko wtedy, gdy się idzie za Jezusem i za nikim innym. Historia człowieka to także historia fałszywych mesjaszów. Jedni zapraszali, by iść za nimi bez krzyża. Wmawiali człowiekowi, że sam jest wystarczająco silny i nie potrzebuje Boga. Ale czy człowiek może sam wyzwolić się od siebie? Drudzy obiecali, że to oni nas od krzyża wyzwolą. Ale czy jeden człowiek może wyzwolić drugiego człowieka?

Św. Paweł w Liście do Filipian pisze o Jezusie, że „Jezus ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi”. Ale słowo „dulos”, które tłumaczymy jako sługa, oznacza najpierw niewolnika. Jezus przyjmuje postać niewolnika, a przez to staje się podobnym do ludzi. Wszyscy bowiem jesteśmy niewolnikami grzechu. A on stał się niewolnikiem dla nas. Czyż nie nazywano niewolników „nosicielami krzyża”? Człowieka może wyzwolić jedynie Bóg, który sam stał się niewolnikiem, a krzyż był tego widocznym znakiem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Czy ci, którzy szli za Jezusem, mogli o tym wiedzieć? Nie, jeszcze nie. Przecież nie znali Jezusa ukrzyżowanego. Nie wiedzieli o wyzwoleńczej mocy Jego krzyża. Znali tylko krzyże swojej niewoli. Ale my wiemy o krzyżu dużo więcej. I inaczej brzmią nam w uszach Jezusowe słowa. Widok skazańca niosącego belkę nas już nie przeraża. A na krzyżu nie widzimy trupa, lecz chwalebne ciało Zbawiciela. Właśnie dlatego gotowi jesteśmy pójść za Nim z własnym krzyżem.

Raz jeszcze przypomnijmy słowa starożytnego filozofa: „Jeśli ktoś ma być przybity do krzyża, najpierw musi go sam zanieść”. Nikt za nas tego nie zrobi. I trzeba iść tam, dokąd On sam pójdzie: aż na Golgotę, na Kalwarię. Za nikim innym z krzyżem nie pójdziemy. I nie pójdziemy za Jezusem bez krzyża. Bo w jednym i w drugim przypadku to nie ma sensu. Więc tylko z krzyżem i tylko za Nim.

Na uroczystość Przemienienia Pańskiego na Świętą Górę Grabarkę prawosławni pielgrzymi niosą ze sobą krzyże. I tam je zostawiają. Jakby na Golgocie. To piękny znak. Że tam, na Kalwarii, sam Pan nas z krzyży zdejmuje. Sam Pan nas z nich wyzwala.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (3)

Czytając tę homilię, za którą bardzo dziękuję, pomyślałam, jak pięknie współgra z Ewangelią drugie czytanie z Listu do Filemona. Paweł pisze o Onezymie, niewolniku Filemona, i to niewolniku, który uciekł od swego pana. Jest więc nosicielem krzyża w sensie dosłownym. I cóż się dzieje. Onezym przyjmuje chrzest, zanurzający go w śmierć Jezusa. Staje się więc nosicielem krzyża w sensie duchowym. Przez to też umiłowanym bratem Filemona, swego pana. Niezwykłe są konsekwencje pójścia z Jezusem, który „nas z krzyży zdejmuje”. Widać to też w nowych relacjach łączących Jego wyznawców.

Tak, to prawda. Miałem dzisiaj to samo skojarzenie, gdy słuchałem drugiego czytania. Cieszę się, że nie tylko ja.

A Matka Teresa z Kalkuty? Od wczoraj – święta? Jej 50 – letni krzyż ciemności i samotności? Udręka, która owocowała i dziś oglądamy jej niezwykłe rezultaty. Krzyż wyniszcza dźwigającego, ale ratuje świat. To straszna i piękna prawda.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.