Jesień 2020, nr 3

Zamów

Charamsa, czyli kłopoty z wiarygodnością

Mają kłopot w Watykanie z tymi Polakami. Jak nie Wesołowski, to Charamsa. Ale to i my mamy kłopot, nie tylko Watykan. Jak to ogarnąć?

Po 24 godzinach od ujawnienia „całej prawdy” o księdzu Krzysztofie Charamsie, wiemy już dużo więcej. Wiadomo zwłaszcza – już z pewnością, a nie tylko z dużym prawdopodobieństwem – że mamy do czynienia z perfekcyjnie zorganizowaną akcją marketingowo-lobbingową mającą zwrócić uwagę szerokiej (i to światowej) opinii publicznej na problem osób homoseksualnych jako usilnie prześladowanej grupy społecznej, zwłaszcza w Kościele katolickim. Najpierw można było jeszcze naiwnie przypuszczać, że taka a nie inna sekwencja wydarzeń jest dziełem przypadku albo nagłego działania pod wpływem emocji. Teraz jednak media ujawniły, że duchowny kontaktował się z nimi jeszcze przed publikacją w „Tygodniku Powszechnym”, każdej redakcji zapowiadając (oczywiście w tajemnicy przed krakusami) albo ekskluzywny wywiad, albo możliwość publikacji jego specjalnych oświadczeń, dostosowanych, jak podaje „Wprost”, „do profilów gazet w nadziei na lepszą promocję”. I jeszcze sam ksiądz organizuje w Rzymie konferencję prasową w przeddzień rozpoczęcia Synodu Biskupów. I publikuje „nowy manifest wyzwolenia”. I zapowiada wkrótce wydanie w dwóch językach książki o swoich losach.

Krzysztof Charamsa osiągnął to, na czym mu zależało: subiektywnie, jak twierdzi, poczucie wielkiego szczęścia i wyzwolenia, a w skali społecznej – rozpoznawalność i rozgłos. Stracił jednak (przynajmniej dla mnie, bo wiem, że nie dla wszystkich) wiarygodność. Z czterech powodów. Pierwszy z nich jest związany z seksualnością, drugi z prawdomównością. Trzeci powód do argument z krzywdy, a czwarty – z wojowniczości.

1. W przypadku seksualności nie chodzi o to, że Charamsa jest gejem. Stracił on dla mnie wiarygodność dlatego, że przez jakiś czas (nie wiemy, jak długi) – będąc księdzem katolickim, który ślubował zachowanie celibatu – żył w hipokryzji, prowadząc aktywne życie seksualne, a nawet pozostając w stałej relacji seksualnej z bliską osobą. Płeć tej osoby jest dla mnie bez znaczenia. Ważne jest świadome łamanie jednej z podstawowych zasad regulujących życie swojej wspólnoty religijnej przez duchownego. A na dodatek pracował on w kluczowej watykańskiej instytucji odpowiedzialnej za troskę o ortodoksyjność wiary.

2. W przypadku prawdomówności chodzi mi o to, że Charamsa – realizując swój plan głośnego kontrolowanego coming out’u – precyzyjnie manipulował kolejnymi redakcjami. Zaczął od „Tygodnika Powszechnego”, któremu nie zapowiedział dalszych etapów swego przedsięwzięcia. I jeszcze zanim jego tekst o księdzu Oko ukazał się w „TP”, już kontaktował się „w wielkiej tajemnicy” z kolejnymi redakcjami. A gdy gruchnęła wiadomość „Jestem gejem”, twierdził, że decyzję o dokonaniu coming outu podjął już po publikacji w krakowskim piśmie. Tylko kto wcześniej pisał książkę, nakręcał filmy i zapraszał media do wywiadów prasowych?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

3. Trzeci aspekt sprawy to krzywda, jaką Charamsa wyrządził wielu ludziom. Najpierw redakcji „Tygodnika Powszechnego”, której dobre imię wystawił na poważny szwank – nawet jeśli ona sama w swoim piątkowym oświadczeniu twierdzi co innego. Skrzywdził licznych katolików podobnie jak on widzących problem języka przemocy i nienawiści w Kościele oraz krytycznie oceniających twórczość i działalność ks. Oko – bo teraz bardzo długo będą musieli oni zmagać się z zarzutem, że ulegli gejowskiej propagandzie (wiem, że to zarzut beznadziejnie głupi, ale akurat sytuacja niestety ułatwia oponentom złej woli posługiwanie się nim). Skrzywdził wreszcie tych homoseksualnych katolików, którzy nie mają zamiaru publicznie obnosić się ze swoją orientacją i problemami. Kolejne etapy działalności Charamsy tylko umacniają bowiem – jakże odległy od codzienności większości osób homoseksualnych – stereotyp wojującego geja żądającego napisania od nowa katechizmu i dopominającego się o prawo do zawierania ślubów.

4. Wojowniczość ta stała się – to czwarty, według mnie, powód utraty wiarygodności przez pelplińsko-watykańskiego teologa – nowym wyróżnikiem jego publicznej aktywności. Nowym, bo najpierw ujawnił się jako naukowiec wnikliwie i rzeczowo analizujący myślenie innych. Teraz zaś stał się księdzem Oko à rebours! W jego aktualnych wypowiedziach aż się roi od wielkich kwantyfikatorów (zawsze, nigdy, wszędzie) i generalnych ocen instytucji kościelnych podawanych bez żadnego uzasadnienia, po prostu „na wiarę”. On, Charamsa, to mówi; on wie, co mówi, bo przecież siedział w samym środku, więc my mamy mu wierzyć. Ja jednak wierzyć nie mogę, skoro w jednym tylko krótkim jego tekście znajduję takie oto nagromadzenie opisów Kościoła: homofobiczny; arogancki; prowadzący ideologiczną i paranoiczną wojnę; kierujący się irracjonalną, bezduszną, bezkarną prawdą siły; stygmatyzujący osoby homoseksualne, zohydzający je w oczach świata i poniewierający nimi. W „tygodnikowym” artykule Charamsa rzeczowo przedstawił wyliczankę epitetów używanych przez ks. Oko, nazywając ją „litanią obelg”. Obecnie sam posługuje się tą metodą wobec Kościoła. A wszystko to wzmocnione na nagraniach wideo modulacją głosu w stylu kiepskiego kaznodziei ludowego.

W genderowej „Więzi” pisaliśmy o agresywności i niekompetencji namiętnych tyrad ks. Dariusza Oko. On zaś odmówił później publicznej dyskusji z jedną z naszych autorek. Dlatego ucieszył mnie tekst w „Tygodniku Powszechnym” obszernie i wnikliwie analizujący jego działalność. Redakcja „TP” twierdzi dziś, że coming out autora nie powinien nic zmieniać w odbiorze jego artykułu. Ja jednak z powodów podanych wyżej nie mam zamiaru powoływać się w przyszłości na tekst „Teologia i przemoc”. Jeśli prawdą jest, że „po owocach poznacie ich”, to na razie jedyną osobą, która na całej sprawie niewątpliwie skorzystała, jest… ks. Dariusz Oko. Charamsa dostarczył mu bowiem koronnych argumentów do jego dalszych wywodów.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (0)

@Zbigniew
Ostatnio też się nad tym zastanawiałem, a szczególnie nad punktem pierwszym z pańskich rozważań.

Mianowicie katolicki ksiądz żyjący w celibacie… ogłasza wszem i wobec jaki jest poszkodowany przez kościół gdyż jest gejem i na dodatek aktywnym od dawna a kościół mu tego zabrania. Jak dla mnie takie wystąpienie jest szczytem obłudy.

Dlaczego ? Z tego prostego powodu, że obojętnie jaka by nie była orientacja danego kapłana to każdy z nich jest zobowiązany do celibatu. Wyobraźmy sobie więc teraz taką sytuację, że jakiś ksiądz robi nagle podobne wystąpienie publiczne twierdząc, że jest prześladowany przez kościół gdyż jest… heteroseksualny i kościół zabrania mu współżycia z kobietami a tu oto proszę moja kobieta z która żyję od lat i się kochamy !

Czy taki kapłan zasługiwałby na współczucie, na zrozumienie ? Niby z jakiej racji ? Sam wybrał życie jako kapłan w celibacie, nikt go do tego nie przymuszał. Publiczna więc skarga na fakt, że go musi przestrzegać jest więc szczytem obłudy i hipokryzji !

Nie ma dla mnie różnicy czy kapłan skarżący się w takim przypadku byłby orientacji homo-, czy heteroseksualnej. Ma żyć w celibacie a jak się nie podoba to zrzucajcie sutanny i do stanu świeckiego !

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.