Jesień 2020, nr 3

Zamów

„Hadewijch”, czyli karykatura wiary

Kadr z filmu „Hedewijch” (2009), reż. Bruno Dumont/Materiały prasowe filmu.

Właśnie oglądnąłem „Hadewijch” Bruno Dumonta. Rzecz smutna. O tym, jak łatwo pomylić wiarę z religijnymi fantazmatami. O religijnej radykalizacji, która pomieszana z polityką prowadzi do podkładania bomb. Słowem – o karykaturze wiary, i to nie tylko chrześcijańskiej.

Céline poznajemy jako postulantkę w klasztorze. „Jesteś karykaturą zakonnicy” – słyszy Céline, która wbrew zaleceniom przełożonych nadmiernie pości i umartwia się. „Dieu n’est pas là” – mówi przełożona – „Boga w tym nie ma”. A co jest? Egoizm, pycha, przekonanie o wybraństwie, bez mała chęć równania się z Bogiem. Bohaterka wciąż mówi o miłości: o swojej miłości do Jezusa i o braku Jego miłości, o Jego nieobecności.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Skąd bierze się taka – wręcz neurotyczna – potrzeba Boga? Odpowiedź wydać się może nazbyt freudowska, ale taką właśnie podpowiada reżyser: z braku doświadczenia miłości. Poznajemy dom Céline – apartament na wyspie św. Ludwika w Paryżu. Ze ścian kilkunastu pokojów kapie złotem. W tej złotej klatce – samotna matka, bo ojciec minister wciąż nieobecny. „Brakuje ci miłości czy co?” – pyta bohaterkę Yassine, arabski muzułmanin z paryskiego przedmieścia. Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale Céline odrzuca możliwość jakiejkolwiek ludzkiej miłości, a już na pewno miłości mężczyzny. „Nie potrzebuję mężczyzny, tylko Boga” – deklaruje bohaterka.

Spirala się nakręca. Céline staje się „uczennicą” radykalnego nauczyciela muzułmańskiego – Nassira. „Trzeba walczyć przeciwko upokorzeniu”. Céline myli oddanie Bogu z oddaniem się rewolucji. Pod Łukiem Triumfalnym wybucha bomba. Céline wraca do klasztoru. Żadna religia nie daje fizycznego spełnienia. Trzeba więc skończyć z ciałem i z życiem. Staw nieopodal klasztoru ma stać się jej grobem.

I wtedy Bóg się objawia. Jest bowiem ktoś, kto ją śledzi podczas pierwszego i drugiego pobytu w klasztorze. To młody robotnik, recydywista, pracujący przy remoncie klasztoru. To on ją wyciągnie z wody. Stanie się jedyną osobą, którą Céline obejmie, na czyim ciele się oprze. Scena wyciągnięcia dziewczyny z wody narzuca skojarzenia z chrztem, a więc ze zmartwychwstaniem, nowym życiem. Bóg był tam, gdzie Go nie szukała.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (3)

Nie. nie, nie. Niedoskonała wiara Céline to jest pewien etap poszukiwań. Owszem, jej krytyka jest prawdziwa, ale to tak, jakby wyrzucać dziecku, że się przewraca przy nauce chodzenia. By tak szorstko podsumować czyjąś wiarę jak to zrobiła na filmie matka przełożona trzeba mieć ogromne zaufanie danej osoby by jej nie odepchnąć od Boga, zdobyte czymś więcej niż urzędowym autorytetem przełożonej. Taką ostrą, przecież trafną naukę Céline mogła przyjąć tylko od osoby, od której doznała bezinteresownej miłości. I to właśnie matka przełożona – symbolizująca jak sądzę w zamyśle twórców Kościół instytucjonalny w którym nie ma miłości do niedoskonałych – odsyłając ją z klasztoru wepchnęła ją na ścieżkę ku zaprzeczeniu temu, czym Céline chciała żyć. Zrozumiała swoje błędy i wróciła do klasztoru, ale to też nie był jej ostatni etap poszukiwań. Nie był nim też „chrzest”, piękna scena, który jest kolejnym etapem dojrzewania wiary, na którym kończy się film, ale dojrzewania trwa dalej. Podsumowując, film nie jest o karykaturze wiary, tylko o radykalnym poszukiwaniu Boga i o tym, jak On nas znajduje znacznie bliżej, niż tam, gdzie Go szukamy. Gdyby nie z POZORU powikłana droga Céline, nie dałaby się Jemu odnaleźć przez tego recydywistę. Innymi słowy, bronię sensu jej ścieżki/poszukiwań, także przesadnej ascezy, chociaż lepiej, by siebie i innych, zwłaszcza ofiar zamachu, jeśli były, przy tym nie poraniła.

Teraz ja powiem: nie, nie, nie. Zacznijmy od klasztoru. Tym, co reguluje jego życie, jest – jak sama nazwa wskazuje – reguła. To ona wyznacza praktyki, posty, ascezę. Ona chroni przed nadgorliwością neofity (postulantki w tym przypadku) i przed autorytetem przełożonych. Ten film wcale nie jest oskarżycielski wobec instytucji Kościoła czy klasztoru. To była mądra przełożona, która wie, że formacji nie zaczyna się od postów (w semianrium miałem kolegę, co chleb posypywał popiołem..).
Jej problem polegał na tym, że żadnej miłości nie odebrała i do żadnej nie była gotowa. Tak, na końcu wsparła się na ręku tego recydywisty, gdyż Bóg przychodzi przede wszystkim przez ludzi, a nie polega na kolekcjonowaniu emocji. Przesadna asceza niestety poprowadziła ją dalej, do dalszych ofiar z siebie i – niestety – z innych, myśląc, że Bóg od niej tego żąda. Wcale do klasztoru nie wróciła mądrzejsza. Nic na to nie wskazuje. A jaka będzie jej dalsza droga, nie wiemy.
Niestety, na rozchwianej, niedojrzałej osobowości nie da sie zbudować dojrzałej wiary i pobożności. Ta dziewczyna miała problem ze swoim człowieczeństwem, na którym budowała fałszywą religijność.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.