Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Ikar, wolny ptak, który spadł. Może skoczył?

Człowiek wpatrujący się w słońce. Fot. Pexels

Nikt jawnie nie niszczył mu skrzydeł. Robili to tak, by dalej dało się szybować, ale z dużo większym wysiłkiem.

Głos ptaków przecina nieprzyjemne wycie syren w dwóch dłuższych tonach. Odbijają się one od zewnętrznych ścian budynków, swoim światłem oplatają również drzewa i dobijają się do ludzi wokół.

Usłyszała, że spadł. Może skoczył? Kojące słońce na zawsze stopiło wosk z jego skrzydeł?

Wesprzyj Więź.pl

*

Był początek marca. Wczesna wiosna ubiegała się o względy coraz mniej mroźnej zimy, by na najbliższą chwilę stanąć przed nią, wymalować świat, a później znów osunąć się w tył. Na zwiady wysłała już swoich małych rycerzy, przebiśniegi, by te obadały teren. Zaraz potem na drzewach zaczęły pojawiać się liście i pączki kwiatów. Słońce bardzo się ciekawiło i coraz częściej wyglądało zza kurteczki z puchatych chmur, a na jego widok wszystko zaczynało wracać do życia. Nawet ludzie, bo przecież stan zimowego przygnębienia zbliżał się ochoczo do końca.

Miał się całkiem dobrze. Może czasem coś nie wychodziło mu w szkole, ale przecież mógł być szczęśliwy bez tego, miał tyle innych zainteresowań. Co prawda przez codzienne obowiązki musiał znacznie je ograniczyć, ale przynajmniej miał przy sobie wspierających ludzi – zarówno w domu, jak i w szkole. Chociaż…, jakby głębiej pomyśleć, nie był bierny i nauczyciele za nim nie przepadali. Chcieli, by robił więcej rzeczy zwykłych, a mniej niezwykłych. Miał kilku znajomych, ale brakowało mu przyjaciół, nie czuł, że dla kogoś jest kimś więcej niż kolegą z klasy. Tak w życiu bywa, ale co z tego, wciąż był szczęśliwy, miał przecież tyle celów na przyszłość.

Podcinano mu skrzydła. Ci, którzy powinni być dla niego ogrzewającym słońcem, blaskiem sprzyjającej drogi ku życiowemu światłu, strącali go w ciemność

Sara Gayane Dziarnowska

Udostępnij tekst

Chciał zostać lekarzem. Nikt z jego rodziny nigdy nie poszedł w tę stronę, nie miał ojca chirurga, ale od małego miał marzenie, by w taki sposób pomagać ludziom. Jako mały szkrab przyklejał plasterki pluszakom, które najpierw przechodziły niemą anamnezę, otrzymywały diagnozę, a potem każdego dnia wzorową kontrolę lekarską wykonaną za pomocą plastikowych narzędzi i małej kopii stetoskopu.

Lubił przedmioty ścisłe. Uczył się dużo, był pracowity, oceny miał dobre, rozumiał. Uczęszczał na pozaszkolne zajęcia i wykłady, trenował zapalczywie szermierkę, walczył z przewlekłym bólem ręki, którą niefortunnie złamał na treningu kilka lat wcześniej. Nocami przez teleskop obserwował księżyc i jego morza, patrząc na obszary zestalonej magmy na jasnej stronie Srebrnego Globu.

Otwarcie w szkole mówił o swoich planach – „zostanę lekarzem!” – ale nie spotykał z tego powodu oklasków. Już w podstawówce zaczął słyszeć, że to bardzo trudny cel, tylko dla najwytrwalszych, może lepiej by zajął się czymś innym? Nigdy nie rozumiał, czemu w założeniu on nie mógłby być właśnie tym najwytrwalszym?

W liceum, gdy poszedł na rozszerzenie z biologii, chemii i matematyki, komentarze z zewnątrz i ze środka społeczności szkolnej zaczęły narastać. „By zostać lekarzem, musiałbyś zdobyć bardzo wysokie wyniki na maturze, najlepiej maksymalne!”. Dobrze to wiedział, dlatego się uczył. „Zobaczysz, po licealnych latach okaże się to takie trudne, że się zniechęcisz”. Nie, przecież on od tylu lat już wiedział, czego chce.

Niektórzy uczniowie i nauczyciele starali się go demotywować, nie doceniali jego starań i potencjalnie podwyższali własną pozycję, obniżając jego. Było to bardzo smutne, ale tak powszechne, że nikt nie zwracał na to większej uwagi, jakby to była oczywista norma.

Wzmacniał skrzydła, które z natury i tak były solidne, silne, pięknie stworzone, z wytrzymałych materiałów, podszyte marzeniami. Szybował na nich nad taflą wody, coraz wyżej i wyżej. Chciał tak latać, nie za wysoko, ale na własnych, silnych skrzydłach, korzystać z możliwości, które posiadał. Nie prosił o większą pomoc, niż mogliby prosić ci dryfujący na tafli. Myślał, że to wystarczy; że jak ludzie zobaczą jego skrzydła, to, jak lata, pomogą mu je wzmocnić albo przynajmniej nie będą go osłabiali i pozostawią w spokoju, a wtedy wzbije się wysoko.

Tak się jednak nie stało. Może ludzie byli zazdrośni, może wzbudził w nich żal względem ich niespełnionych marzeń. Powoli zaczęli kaleczyć jego skrzydła. Nikomu de facto nie można było zarzucić zniszczenia ich jawnie, nikt nie spalił ich od razu, ale kilka osób po kawałeczku zaczęło ograbiać je z części i różnymi sposobami osłabiać ich solidną budowę. Robili to tak, by na skrzydłach dalej dało się szybować, ale z dużo większym wysiłkiem, poświęcając czas na dodatkowe poprawki, wymiany, naprawy. Tracąc siły. Jakby celem tych głodnych ludzi było to, aby spadł.

Jedna nauczycielka szczególnie wzięła sobie za cel uziemienie chłopca. Może za bardzo zasłaniał jej słońce? Co lekcję rzucała wobec niego coraz więcej negatywnych komentarzy, obniżała oceny z błahych powodów, nie udzielając sensownego wyjaśnienia i wytłumaczenia błędów. Nie dawała mu szansy, by pokazał swoje umiejętności, co go demotywowało i przygnębiało. Starał się zrobić coś dodatkowego, bo czyż to nie byłaby dla nauczyciela chluba, że uczeń chce sam osiągnąć coś więcej z jego przedmiotu? Wtedy zaś ze strony nauczycielki doszło ośmieszanie go przy klasie, coraz bardziej personalne, potem propagowanie i rozpowszechnianie plotek na jego temat. Nie był w stanie się obronić.

Wiedział, że jakakolwiek obrona pogorszy sytuację. Zresztą nauczyciele, koledzy i koleżanki tej nauczycielki, i tak nie chcieli go słuchać, nie pytali, przyjęli przedstawianą im wersję zdarzeń. Przecież to jest oczywiste, że nauczyciel mówi prawdę, nie złamią nauczycielskiej omerty.

Naturalny klej z jego skrzydeł całkowicie stracił swoje właściwości. Chłopak próbował powiązać części skrzydeł sznurami, ale te również szybko zostały przecięte, raz, drugi, nawet trzeci, w kółko to samo. Nie poddał się. Zaczął więc sklejać skrzydła woskiem, który szybko zasychał, a, co najważniejsze, miał go pod dostatkiem, bo jak u pracowitych pszczół, był on efektem ubocznym jego pracy ku marzeniom – słodkiego miodu. Mógł więc uzupełniać wosk za każdym razem, gdy ktoś go niszczył i nadal budować plastry w swoim ulu marzeń.

Wtedy właśnie zaczął latać wyżej. Regularnie uzupełniał wosk, nie bał się, że go zabraknie. Decydował się na coraz wyższe rejsy po niebie i osiągał sukcesy. Niektórzy nawet zaczęli mu gratulować, czasem mieli dobre słowo, które potem długo pamiętał. Jednak ci, którzy byli przeciwko, pozostawali nimi i nawzajem utwierdzali się w swoich racjach, próbując ściągnąć go w dół. On zaś latał coraz wyżej, dla siebie, dla marzenia, ale i by pokazać, że nie jest robakiem, którego można zgnieść, a wolnym ptakiem, obserwującym z góry.

Im leciał wyżej, tym było cieplej. Zbliżał się do słońca, żółtego karła, tej pięknej ognistej kuli, którą wszyscy podziwiali. Sięgnął po nie. Wtedy zaś wosk sklejający jego skrzydła zaczął się topić, pojedyncze fragmenty odpadać, a on leciał dalej. Zaczął machać rękami, ale mimo to, cokolwiek, na czym mu zależało, powoli znikało. Może naprawdę to było za trudne? Nie nadawał się?

Wszyscy wrócili do swoich sal, a mury budynku tylko obstawiały, który następny uczeń będzie na miejscu tego chłopca i zamiast wsparcia dostanie pakiet demotywacyjny

Sara Gayane Dziarnowska

Udostępnij tekst

Gdy zaczął tak myśleć, wciąż napotykana demotywacja tylko go w tym utwierdzała. Zauważył, że osłabł, wpadł w apatię. Chcieli, by zatonął, nawet jeśli nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Żyli, trochę jak ludzie z obrazu Bruegla, wykonując swoje codzienne czynności, nie zważając na upadek Ikara i nie obwiniając się, na ile się do tego upadku dołożyli.

Podcinano mu skrzydła. Okazało się, że ci, którzy powinni być dla niego ogrzewającym słońcem, blaskiem sprzyjającej drogi ku życiowemu światłu, strącają go w ciemność.

Miał prawo latać, każdy ma. Ile jest jednak łatwiej na skrzydłach z solidną podstawą, taką, jaką stanowiły te, które miał na początku! Mimo to, skoro wciąż mógł latać, chciał tego. Nie poddał się tak, jak oczekiwali tego inni. Według nich powinien był ugiąć się, przeprosić za zajmowanie czasu i wrócić, by grzecznie usiąść w ławce. On zaś zaryzykował z ostatnią nadzieją, że jak poleci najwyżej ze wszystkich, to będzie na tyle wysoko, że nie usłyszy tych wszystkich słów z ziemi, odetnie się. Poleciał więc najwyżej, jak tylko mógł.

Z wysoka maleją problemy, a cierpienia tracą na znaczeniu, można się ścigać z wiatrem i aniołami. Na ziemi miał dość, więc tam, na górze, chciał być sam ze swoim marzeniem, które paradoksalnie, w jego głowie było coraz dalej, chociaż się do niego zbliżał i dla niego robił przecież to wszystko. Wyżej, wyżej, ciągle wyżej i jeszcze wyżej! Tak wyraźnie widział już słońce! Czuł je na sobie. Jego skóra się paliła, a on czuł to i doceniał każdym kawałkiem ciała. Był wysoko, a ciągle leciał ku górze.

Wosk sklejający jego skrzydła topił się powoli, a chłopak nie zauważył , jak rozpadały się one na części, aż główny trzon runął. Słońce stopiło calutki wosk, a wtedy poczuł, że spada. Pod nim rozciągała się prężna tafla wody, muskana przez fale wyrzucone na brzeg. Głęboka część. Wokół nie było drzew ani niczego, na czym mógł się zatrzymać. Jego skrzydła już runęły w wodę, a on jeszcze spadał. Czuł na sobie wzrok wszystkich, nauczycieli czy innych uczniów, chociaż sam niewiele już widział. Był samotny.

W ostatnich sekundach żal mu było tylko rodziców. Oni zawsze go wspierali, tyle razy uczyli, że da radę, że potrafi, powtarzali, żeby się nie poddawał, nie dał sobie wmówić, że się nie nadaje i żeby rozważnie latał, na tyle wysoko, żeby rozwijać swoje skrzydła i czerpać z piękna wysokości, ale nie za blisko słońca, żeby nie spalić się, jak ćma lecąca do światła. Teraz dowiedzą się, że ich syn poleciał wprost na słońce, bo się poddał.

Ostatni raz spojrzał na otoczenie, po czym spadł w morze, zanurzył się, nie walczył, opadając bezwładnie na samo dno.

Powiedzieli jej na początku, że spadł. Później okazało się, że skoczył.

*

Życie bez niego z pozoru wróciło do normy. Nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za jego śmierć. Tylko jego rodzice już nigdy nie byli tacy sami jak wcześniej, jak Abraham po akedzie Izaaka. Szkolna psycholog przekazała suchą informację klasie, nauczyciele milczeli w nieznośnej ciszy, a potem zrobili apel o dbaniu o zdrowie psychiczne. Mówili, że należy prosić o pomoc, że każdy jest inny i wobec każdego trzeba okazać dobro oraz że nie można nikogo wyśmiewać, hejtować czy o kimś plotkować.

Pouczali uczniów, by nie zachowywali się tak, jak niektórzy z nich samych, ale nie chcieli się do tego przyznać nawet przed sobą. Byli przecież chwalonymi pedagogami, od których zależy „być albo nie być” każdego ucznia. Któryś z nich dodał, że nawet jedno zdanie może doprowadzić kogoś do porażki. Jedno zdanie. Do upadku do morza albo z bloku. Inni nieśmiało dodawali, że też jedno dobre zdanie, uśmiech, pochwała, czasem sprawiają, że nie wykona się kroku w przepaść. Jednak nie w każdym stanie już tylko to wystarcza.

Następnie wszyscy wrócili do swoich sal, a mury budynku tylko obstawiały, który następny uczeń będzie na miejscu tego chłopca i zamiast wsparcia dostanie pakiet demotywacyjny. Ilu już się poddało, a ilu jeszcze podda?

*

Owa historia dostała potem już tylko miano kolejnej nieszczęśliwej, jednej z wielu. Czynnie pozostała tylko w pamięci dziewczyny, która mieszkała w tym samym bloku, co niegdyś on i chodziła do tej samej szkoły. Widziała, jak zabierała go wtedy karetka, stała wśród gapiów i patrzyła, jak odchodzi człowiek, jakoś dziwnie bliższy niż inni nieznajomi.

Teraz, gdy dziewczyna widzi karetkę, łapie ją myśl, pytanie, dokąd zmierza, co się stało, czy można było temu zaradzić… Może znowu spotkają się dwaj marzyciele, z których jeden przegrał spotkanie wosku ze słońcem, a drugiego skrzydła nie były w ogóle nim sklejane, niepodcinane wcześniej i to wystarczyło, że w karetce jeździ jako lekarz, w pracy, o której tamten drugi też marzył. Dwoje ludzi, z których tylko jednemu się udało, drugi zaś spadł, skoczył, zniszczono jego skrzydła i stopiono jego wosk, którym dokąd mógł, to je naprawiał. Kojące słońce…

*

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest w tej opowieści przypadkowe. Podobne sytuacje zdarzają się jednak na co dzień i mam nadzieję, że ten tekst pozwoli spojrzeć nauczycielom, wychowawcom, rodzicom, kolegom i koleżankom inaczej, z empatią, na drugiego człowieka, nie tylko w Dzień Dziecka.

Wesprzyj Więź

Dziękuję wszystkim nauczycielom i rodzicom, którzy okazują dzieciom i młodzieży, w tym mnie, wsparcie, empatię, pomoc, zrozumienie i – jak pisał Janusz Korczak – „szacunek dla naszych tajemnic i wahań ciężkiej pracy wzrostu”. Pamiętamy każdy Wasz uśmiech, każde dobre słowo, gest pocieszenia i życzliwości. Wszyscy jesteśmy Ikarami i nie tylko od nas, ale także i od Was – dorosłych – zależy, czy Wasze dobro pozwoli nam bezpiecznie zrealizować upragnione marzenia i cele, czy też podetniecie nam skrzydła i zrzucicie w odmęty ikaryjskiego morza.

Tekst ten dedykuję mojemu byłemu nauczycielowi śp. Marcinowi Bajowi, zmarłemu nagle w grudniu 2023 r., który wlał we mnie wiarę i nadzieję, że potrafię. Prowadził mnie do wygranych międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów, uczył języka polskiego i etyki, wspierał po śmierci mojego Taty. Dzięki niemu zaczęłam pisać i wierzyć, że dam radę.

Przeczytaj także: Halszka Witkowska, Słowa naprawdę mają wielką moc. Jak mówić o samobójstwach, by nie szkodzić?

Podziel się

11
9
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.