Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Polityka historyczna z brodą. Dzieje Święta Niepodległości

Obchody Święta Niepodległości na placu Saskim w Warszawie, 11 listopada 1927 r. Marszałek Józef Piłsudski na Kasztance przyjmujący defiladę oddziałów piechoty. Fot. Kurier Ilustrowany / NAC

Prawnie umocowana polityka historyczna nie jest wynalazkiem współczesności. Ma znacznie głębszą genealogię. Historia obchodów Święta Niepodległości dobrze nam to uświadamia.

Być może 11 listopada – Narodowe Święto Niepodległości – nie budzi w wielu z nas dreszczu radosnej ekscytacji. Być może nawet jego nadejście wiąże się z poczuciem znużenia, zwłaszcza wobec medialnych obrazków rozpalonych rac w centrum Warszawy. Ale przecież nie cała Polska (ani nawet cała Warszawa!) wygląda w ten dzień jak centrum stolicy. W różnych częściach Polski to święto zaczyna obrastać tkanką radosnych i miłych rytuałów. Na przykład Poznań ma swoją piękną tradycję świętomarcińską, wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych czy nawet rodzący się zwyczaj delektowania się gęsiną.

Póki co w Polsce wciąż góruje przekonanie, że dzień ten jest czasem niepokoju i podziałów, eksponowania skrajnych przekonań przez różne strony polskiego konfliktu. Niestety brak jednoczącego wymiaru świętowania 11 listopada – inaczej niż na przykład 4 lipca w USA czy 11 lipca we Francji – ma bardzo dawną genealogię i nie jest bynajmniej efektem aktualnej „wojny polsko-polskiej”. Właściwie od samego początku, od ustanowienia tego dnia świętem narodowym w 1937 r., trwały wokół niego istotne spory.

Wesprzyj Więź.pl

Tak było i jest do dzisiaj z jednego, podstawowego względu: zarówno wtedy, jak również teraz pozostaje on polem bitwy różnych wizji historii Polski, miejscem walki o kształt polskiej pamięci, a zatem przejawem tzw. polityki historycznej, słuszniej zwanej polityką pamięci.

Czas wzmożenia, a nie spokoju

Obchody rocznic ważnych wydarzeń są częścią patriotycznych rytuałów każdej wspólnoty, jednak przypadek polski zdaje się szczególny. Polska tożsamość narodowa wyrosła bowiem nie na sile politycznej czy ekonomicznej, ale na wspólnocie kultury, której istotnym składnikiem jest pamięć historyczna oraz wszystko, co ją kształtuje i utrwala. Dla wielu pokoleń Polaków rocznice stały się więc okazją do szczególnie intensywnych demonstracji narodowych emocji, eksponowania dumy, żałoby, pielęgnowania wspólnoty, ale również wyrażania haseł i zachowań wykluczających wszelkich „obcych”. Tak było w okresie zaborów w rocznice trzeciego maja, nocy listopadowej czy bitwy pod Grunwaldem. To czas wzmożenia i napięcia bardziej niż spokoju i integracji.

Rocznice bywały też w naszym kraju ściśle sprzężone z bieżącą polityką, wykorzystywane przez państwo i rządzące nim stronnictwa – a także przez opozycję – do wzmocnienia swych wpływów. Kontrola nad pamięcią społeczną jest bowiem ważnym instrumentem dla wzmacniania politycznej pozycji, ma bezpośredni wpływ na decyzje podejmowane przy urnach wyborczych. Dlatego politycy wiedzą, że warto zapełniać przestrzeń odpowiednimi pomnikami, budować muzea o określonym przesłaniu, pisać programy szkolne zgodnie z pożądanym wzorcem, produkować filmy o „właściwej” tematyce i wymowie.

To wszystko widzimy dziś wokół nas i wiele osób sądzi zapewne, że te współczesne manipulacje historią są czymś nowym, nie mającym precedensu. Z pewnością tak… nie jest. Najlepiej widać to na przykładzie upamiętnienia odzyskania niepodległości.

Późne początki świętowania niepodległości

Zaskakująco późno ustanowiono w II Rzeczpospolitej Święto Niepodległości. Dopiero 23 kwietnia 1937 r., krótko przed upadkiem państwa, Sejm RP przyjął stosowną ustawę. Jej pierwszy artykuł stanowił: „Dzień 11 listopada, jako rocznica odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność Ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości”.

Ten tekst jak w soczewce pokazuje, że nowo ustanowione święto było elementem polityki pamięci i realizowało ją według wizji, rządzących wówczas Polską, kontynuatorów i spadkobierców nieżyjącego od dwóch lat marszałka. Mocą prawa wiązali oni odrodzenie Polski z Józefem Piłsudskim. Przez poprzednie lata kwestia daty – symbolu procesu odzyskiwania suwerenności w 1918 r. – była przedmiotem sporów. Każdy obóz polityczny miał swych bohaterów i preferował różne, związane z własną tradycją, wydarzenia.

Klimat obchodów 20-lecia II RP był antagonizujący i wykluczający, wizje przeszłości, teraźniejszości i przyszłości skrajnie odmienne, każda ze stron sporu politycznego starała się je wykorzystać dla swych potrzeb, niejednokrotnie poprzez historyczne manipulacje i skrajne uproszczenia

Paweł Stachowiak

Udostępnij tekst

Na przykład socjaliści optowali za datą 7 listopada – dniem utworzenia w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowej Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Konserwatyści odwoływali się do dnia ogłoszenia aktu 5 listopada w roku 1916. 11 listopada od początku był związany z tradycją piłsudczykowską. Dlatego, gdy w maju 1926 r. rozpoczął się w Polsce okres dyktatury Piłsudskiego i tzw. sanacji, właśnie ten dzień zaczął nabierać znaczenia. Krótko po przewrocie majowym dzień ten został ustanowiony wolnym od pracy, a w 1932 r. również od nauki.

Było to jednak święto przede wszystkim wojskowe, zdominowane przez defilady i parady. Gdy w 1935 r. zmarł marszałek, a od 1938 r. zaczęło rosnąć zagrożenie zewnętrzne Polski ze strony agresywnych sąsiadów, uznano, że 11 listopada ma bardziej uniwersalną wartość. Prof. Andrzej Chwalba pisał: „11 listopada miał w tamtym czasie dwie istotne funkcje. Po pierwsze, umacniał polityczną pozycje obozu sanacyjnego a także jednoczył go wewnętrznie, ułatwiając porozumienie różnych frakcji w jego obrębie. Po drugie, coraz silniejsza stawała się świadomość narastającego zagrożenia wojną. Kult Piłsudskiego, który znajdował się w samym sercu tego święta, umacniał przekonanie, że Marszałek jest wciąż obecny i dlatego nic złego nie może stać się Polsce”.

Uznano więc za stosowne wszelkimi sposobami utrwalić przekonanie, że komendant był jedynym i wyłącznym twórcą II RP. Swoistym preludium dla uroczystości dwudziestej rocznicy odzyskania niepodległości stała się ustawa sejmowa z 7 kwietnia 1938 r., która przewidywała prawną ochronę imienia Józefa Piłsudskiego pod rygorem kary pięciu lat więzienia. Pierwszy artykuł ustawy stanowił: „Pamięć czynu i zasługi JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO – Wskrzesiciela Niepodległości Ojczyzny i Wychowawcy Narodu – po wsze czasy należy do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawa”.

Prawnie umocowana polityka historyczna nie jest zatem wynalazkiem współczesności. Ma znacznie głębszą genealogię.

Bałwochwalstwo sanacji

Scenariusz oficjalnych uroczystości państwowych w 1938 r. został ujednolicony i przebiegał w większych ośrodkach miejskich podobnie jak w Warszawie. Zaczynano z reguły od nabożeństw w świątyniach różnych wyznań, po czym odbywała się defilada wojskowa. Tak relacjonowała prorządowa „Gazeta Polska”: „Z chwilą pojawienia się pierwszych oddziałów wojskowych tłumy zgromadzone wzdłuż jezdni ogarnął żywiołowy entuzjazm. Maszerujące oddziały gorąco oklaskiwano wznosząc na ich cześć niemilknące okrzyki. Tłum przerwał kordony i wdzierał się na jezdnię obsypując żołnierzy kwiatami”.

Wieczorem tegoż dnia w warszawskim Teatrze Wielkim odbyło się uroczyste przedstawienie z udziałem marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Honorowe miejsca przeznaczono dla, nielicznych już, weteranów powstania styczniowego.

Warto zauważyć pewien szczególny kontekst ówczesnych obchodów. Otóż miały one miejsce krótko po zajęciu przez polskie oddziały zbrojne czeskiego – pod względem państwowym, niekoniecznie zaś etnicznym – dotąd Zaolzia. Władze starały się niezwykle intensywnie eksploatować ów mniemany sukces. Prezydent Ignacy Mościcki spędził 11 listopada właśnie na Śląsku Cieszyńskim. Relacje z tego wydarzenia zdominowały w prasie związanej z obozem sanacyjnym nawet uroczystości warszawskie i wyróżniały się szczególnie entuzjastycznym, mocarstwowym tonem: „Z domów schludnych, z gospodarnych zagród śląskich powiewały flagi. Lud tłoczył się przy drogach sypiąc kwiatami i wznosił gromkie okrzyki. Wszędzie roje dzieci radosnych, wołających niech żyje” .

Wszystkie oficjalne wypowiedzi, przemówienia i opinie formułowane w kręgu władzy miały ukazać Polskę jako kraj sukcesu, który społeczeństwo zawdzięcza wyłącznie komendantowi Piłsudskiemu i jego uczniom.

Ten klimat propagandy sukcesu najlepiej dało się odczuć w wystąpieniu prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego: „Dziś z ogromną dumą i wiarą w przyszłość stwierdzić możemy, że Rzeczpospolita nadal kroczy drogą, na którą wprowadził ją Wielki Marszałek. Prowadzą ją po niej sternicy nawy państwowej Pan Prezydent Rzeczpospolitej prof. dr Ignacy Mościcki i Wódz Naczelny Marszałek Edward Rydz-Śmigły. Tryumfy jakie są naszym udziałem w roku bieżącym stwierdzają, że minęły już bezpowrotnie czasy naszej słabości, że zapanowała powszechnie wiara we własne siły i w to. Że tylko my sami o losie swoim stanowić możemy”.

Wystąpienia przedstawicieli sanacji nie pozostawiały wątpliwości: jedynym twórcą Niepodległej był Józef Piłsudski, żadne inne nazwiska się nie pojawiały. Pisano o nim zawsze wielkimi literami: „Zwycięski Wódz”, „Wielki Wychowawca Narodu”, dla niego też zastrzeżona była formuła: „Wielki Marszałek”. Rydzowi-Śmigłemu przysługiwał „tylko” tytuł marszałka. Bez wątpienia obchody 20-lecia niepodległości miały wzmocnić mit legitymizujący autorytarną władzę następców Piłsudskiego. Czy z sukcesem?

Endecki symetryzm narracji

Ówczesna Polska, tak jak dzisiejsza, była polem bitwy różnych pamięci. Wśród nich szczególnie silne i zakorzenione w świadomości swych wyznawców były tradycje związane z nazwiskami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego – sanacyjna i nacjonalistyczna. Były one w zasadzie wzajemnie się wykluczające.

Narodowcy uważali Piłsudskiego za szkodliwego romantyka, oskarżali go o agenturalne wysługiwanie się Niemcom, zarzucali brak prawdziwego – ich zdaniem – poczucia narodowego, oskarżali o sprzyjanie mniejszościom narodowym, ateizm i nieobyczajność, itd. To Dmowski był w ich narracji prawdziwym twórcą Niepodległej, którą wywalczył przy stole obrad kongresu pokojowego w Paryżu. Ta wizja miała oczywiście znacznie mniejszą siłę przebicia. Za sugerowanie, że Piłsudski był mniej zasłużony niż Dmowski, można było przecież iść do więzienia.

Te ograniczenia czyniły jednak walkę dwu polityk pamięci tym intensywniejszą, choć ta nacjonalistyczna musiała być z konieczności wyrażana dość ostrożnie. Próbką tego jest tekst wybitnego polityka endeckiego Mariana Seydy, który analizując przyczyny odzyskania suwerenności, pisał w pierwszej kolejności o zwycięstwie aliantów nad państwami centralnymi. Konstatował w czytelny dla ówczesnego czytelnika sposób: „W mózgach części Polaków i działaczów polskich, oślepionych siłą i sukcesami Niemiec, utrwalał się pogląd, że uzyskanie przez Polskę pełnej niepodległości, opartej na zjednoczeniu ziem naszych, a szczególnie na wyzwoleniu ziem zaboru pruskiego jest niemożliwością, jest utopią”. Była to jasna aluzja do polityki Piłsudskiego w okresie schyłku I wojny światowej, uczyniona jednak bez wymieniania jego nazwiska.

Taka praktyka określała kształt endeckiej polityki pamięci. Seyda pisze dużo o roli Romana Dmowskiego i jego Komitetu Narodowego Polskiego. Piłsudskiego wspomina raz jeden, mimochodem, przy okazji kryzysu przysięgowego. Endeckie teksty, nadzwyczaj szczegółowe w omawianiu przebiegu dnia 11 listopada 1918 r. w Warszawie, w ogóle o nim nie wspominają.

Lektura endeckich artykułów rocznicowych wyraźnie pokazuje, że narodowcy pragnęli nadać tej dacie inny wydźwięk, oderwany od osoby i zasług Józefa Piłsudskiego. Frazeologia stosowana przy tej okazji nie różniła się wiele swym bałwochwalczym tonem od używanej przez sanację. Roman Dmowski był nazywany „twórcą ostatecznego polskiego światopoglądu”, „hetmanem rzeczywistym wszelkiej ziemi polskiej” i „ojcem prawdziwego zjednoczenia narodu”.

Pokusa każdego polityka

Klimat obchodów 20-lecia II RP był antagonizujący i wykluczający, wizje przeszłości, teraźniejszości i przyszłości skrajnie odmienne, każda ze stron sporu politycznego starała się je wykorzystać dla swych potrzeb, niejednokrotnie poprzez historyczne manipulacje i skrajne uproszczenia. Autor endeckiego „Warszawskiego Dziennika Narodowego”, mimo że sam był w tym sporze stroną, celnie ujął to właśnie zjawisko: „Dla tej grupy, która od 11 lat dzierży władzę, jest 11 listopada świętem narodowym w specjalnym tego słowa znaczeniu. Jest to dla nich święto – jeśli się tak wyrazić wolno – rodzinne, okazja do przypomnienia i uczczenia ich zasług dla Polski”.

Wesprzyj Więź

„Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością”, jak pisał George Orwell. Oczywiście przeszłości jako takiej kontrolować się nie da, co innego z pamięcią o niej. To była i będzie wielka pokusa dla wszystkich, którzy mają ambicje polityczne: wykreować własnych bohaterów i własne święta, nadać im wymiar uniwersalny, eliminując inne hierarchie ważności zdarzeń i zasług.

Manipulacje w tej sferze, tworzenie wykluczających się mitów, kanonizacja własnych bohaterów i potępienie cudzych nie są przypadłością wyłącznie naszych czasów. Historia obchodów Święta Niepodległości dobrze nam to uświadamia.

Przeczytaj też: Prof. Stola: Muzeum uczy samokrytycyzmu

Podziel się

6
Wiadomość