Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Na świecie jest więcej cierpienia niż radości. Ale człowieka stać na wielkość

Ireneusz Kania podczas gali, w trakcie której odebrał nagrodę im. Kazimierza Wyki. Kraków, 25 marca 2022 r. Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl

Dla mnie zabijanie nie jest rzeczą obojętną, wpisaną w obiektywną strukturę wszechświata, jak spokojnie przyjmują to Chińczycy. Mnie się to nie podoba, nie godzę się z tym – mówił Ireneusz Kania w ostatniej rozmowie z miesięcznikiem „Znak”.

Mateusz Burzyk: Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z kulturą Wschodu?

Ireneusz Kania: W dzieciństwie. Zaczęło się od znaczków. Widział Pan znaczki w starym stylu? Takie, powiedzmy, sprzed 100–150 lat?

Chyba nie.

– To były dzieła sztuki tworzone przez wybitnych artystów. W Polsce zajmował się tym np. rytownik Czesław Słania. Znaczki to były pierwociny mojej wiedzy o świecie, bo niczego innego nie było.

Wesprzyj Więź.pl

Urodził się Pan w trakcie wojny w Wieluniu, pierwszym mieście zaatakowanym przez Niemców.

– To był nalot terrorystyczny, porównywalny do tego w Guernice w Hiszpanii, bez jakiegokolwiek konkretnego powodu i bez aktu wypowiedzenia wojny. Niektóre szacunki mówią, że w nalocie zginęło prawie 2 tys. osób, więc miasto straciło 1/5 ludności w pół godziny.

Zbierałem znaczki, bo nie było żadnego życia kulturalnego. Wymienialiśmy się lub handlowaliśmy znaczkami z rówieśnikami. One stanowiły okienka wglądu w inne światy.

Umiał Pan już wtedy czytać i pisać?

– Owszem, sam się nauczyłem. Miałem znaczki wschodnie, np. arabskie, indyjskie i chińskie, a na nich były rozmaite alfabety – potrafiłem je rozróżniać. Zdarzało mi się nie spać nocami i myśleć o nich.

Wyobrażał Pan sobie, jak jest w tych dalekich krajach?

– Tak, wychodząc od tych znaczków, zastanawiałem się, kim był ten król w koronie i dlaczego władca sąsiedniego kraju jej nie nosi. Kto tam mieszka? I tak po nitce do kłębka doszedłem do zainteresowania językami.

W dzieciństwie skumałem się z Cyganami i zacząłem chwytać ich język. Do dziś pamiętam wiele słów i urywki piosenek, a potem się dowiedziałem, że cygański to język indyjski, wywodzący się z sanskrytu

Ireneusz Kania

Udostępnij tekst

Jako dziecko stykał się Pan z językami obcymi?

– Gdy byłem małym chłopcem, w Wieluniu nie było już Żydów, ale pierwsze litery, jakie zauważyłem, były zapisane po hebrajsku na poniszczonych szyldach. Na mieście słyszało się niemiecki. Naszą ulicę patrolował pewien Ślązak, poczciwy gość, nikomu krzywdy nie zrobił. Mówił do mnie po niemiecku, ja odpowiadałem po polsku. Bawiłem się też z niemieckimi dziećmi, które były w mieście – biliśmy się często banda na bandę, aż w końcu ustalił się jakiś modus vivendi. Sporo już wtedy z niemieckiego rozumiałem.

Zaraz po wojnie zaczęli do nas przyjeżdżać Cyganie – mówię tak o nich konsekwentnie, bo sami się tak określali, czerpiąc z tego dumę. To określenie nigdy nie kojarzyło mi się negatywnie. Mogli wtedy jeszcze wędrować, więc rozbijali u nas półroczne obozowiska – dosłownie 200 m od mojego domu blisko opuszczonych kamieniołomów, czyli na terenie moich ulubionych zabaw. Skumałem się z nimi i zacząłem chwytać ich język. Do dziś pamiętam wiele słów i urywki piosenek, a potem się dowiedziałem, że cygański to język indyjski, wywodzący się z sanskrytu.

Nie wiedziałem tego.

– Natomiast prawdziwe wejście w języki dokonało się u mnie, gdy jako nastolatek trafiłem do sanatorium. Jako dwuletnie dziecko mocno chorowałem. Miałem 42 stopnie gorączki, grypę, zapalenie płuc, żółtaczkę i Bóg jeden wie co jeszcze. Nie było żadnego leczenia. Jedyną pomocą, jaką miała moja mama, bo ojciec się wtedy ukrywał, były wizyty niemieckiego doktora, który ryzykował za nie degradacją i wysłaniem na front wschodni.

Gdy jakimś cudem zaczęło mi się poprawiać, on niejako przepowiedział, że w wieku ok. 15 lat pojawi się u mnie kolejny kryzys. I tak się stało. Jako 14-latek zostałem wyrwany ze szkoły, a byłem w pierwszej klasie liceum, bo lekarz wykrył jakieś poważne problemy w płucach.

Gdzie Pan wtedy trafił?

– Najpierw do Łagiewnik k. Łodzi, a następnie do Rabki. Szefową łagiewnickiego kompleksu była prof. Anna Margolis, teściowa Marka Edelmana. Była kochana przez wszystkich, co miesiąc przyjeżdżała na wizytacje i przynosiła mi znaczki pocztowe, bo ktoś z rodziny je zbierał – prawdopodobnie ta jej część, która niestety została wymordowana w wyniku wojny. Zachowałem je do dzisiaj. Mieliśmy tam też niezłą, choć dziwną, bibliotekę. Na przykład „Trzech muszkieterów” przeczytałem kilka razy, ale nie po polsku, tylko po rosyjsku, w pięknym wydaniu z drzeworytami. To wówczas wpadła mi też w ręce „Boska komedia” w tłumaczeniu Porębowicza – tak mnie zachwyciła, że postanowiłem, że muszę przeczytać ją w oryginale. Tak zacząłem się uczyć włoskiego.

Miał Pan jakieś lekcje?

– Nie, miałem już wtedy dość dobrze opanowaną łacinę, bo w tej pierwszej przerwanej klasie liceum trafiłem na genialnego łacinnika. Wszyscy się od niej migali, a mnie ona ciekawiła. Nauczyciel, pan Juszczyk, kazał nam w ramach pracy domowej tłumaczyć „Metamorfozy” Owidiusza heksametrem, tak jak było w oryginale.

Znak
„Znak” 11/2023

Trudne zadanie.

– Trudne, lecz procentowało. Notabene wiele lat później przy jednej z rozmów z Miłoszem okazało się, że miał w szkole takie samo zadanie. Łacina to była zatem podstawa, a dodatkowo któryś z wychowawców przyniósł mi książeczkę „Podręcznik języka włoskiego dla szkół muzycznych” Francesca Zanghiego. Dołączone do niej były wyimki z literatury: fragmenty „Boskiej komedii” i sonety Petrarki. Po 10 miesiącach znałem tę książkę na pamięć i opanowałem włoski.

A kiedy zaczął Pan poznawać języki orientalne?

– Także wtedy. Na fali odwilży politycznej po 1956 r. zaczęło wychodzić pismo młodzieżowe „Radar” z kącikiem językowym prowadzonym przez Roberta Stillera, który znał ok. 30 języków – tak że ja nie jestem żadnym mistrzem świata. Prowadził go w ten sposób, że pisał np. o języku malajskim, a potem przytaczał próbki pisma, objaśniał je i podawał rozmaite alfabety.

To musiało się Panu podobać.

– Oj, tak. W pewnym momencie przedstawił cały alfabet devanagari.

Główny alfabet indyjski.

– Tak, do dzisiaj używany w Indiach nie tylko w hindi, ale też w kilku innych językach, np. marathi czy sindhi. Zupełnie mnie urzekł, zwłaszcza gdy dowiedziałem się, że pisano nim już w starożytności w języku zwanym sanskrytem.

Ile miał Pan wtedy lat?

– Niecałe 18, to była wiosna 1958 r.

Na studia wybrał Pan jednak języki europejskie.

– Nie miałem wtedy żadnego specjalnego planu. Wszyscy kierowali mnie na studia plastyczne, a ja przed studniówką zdecydowałem się na romanistykę. Jak oznajmiłem to tacie, odpowiedział, że zwariowałem, bo na egzaminie wstępnym obowiązywał francuski. „Przecież go nie znasz” – powiedział. A ja byłem przekorny i odparłem: „To się nauczę”. Tak więc przygotowując się do matury i nadrabiając moje luki w edukacji, bo przecież wróciłem do liceum po 2,5 roku, uczyłem się francuskiego po 5 godz. dziennie.

Jak Pan to robił?

– Czytałem w oryginale „Czerwone i czarne” Stendhala, mając słownik Kaliny jako jedyną pomoc. Jak to przerobiłem, francuski literacki nie miał już dla mnie tajemnic. Gdy już na studiach moje koleżanki męczyły się nad subjonctif imparfait, ja dzięki Stendhalowi dobrze go znałem.

Na egzaminie miałem problemy, bo mówić po francusku nie umiałem wcale. Egzamin zdałem po włosku. Mieli prawo mnie odrzucić, ale chyba się zorientowali, że mają do czynienia z jakimś „dziwolągiem”, i mnie przyjęli.

Kiedy wrócił Pan do alfabetu devanagari?

– Gdy wyjeżdżałem z Rabki, pan Resner, nasz wychowawca, który przed wojną studiował we Wrocławiu, wówczas jednym z najlepszych ognisk indologii na świecie, pożyczył mi niemiecki podręcznik do sanskrytu Pischela. Chciał tylko, żebym mu go odesłał, bo była to dla niego cenna książka.

Szczerze mówiąc, zastanawiałem się, czy ją w ogóle od niego brać, bo nie znałem wtedy niemieckiego, lecz on odrzekł: „Przecież dużo rozumiesz, a resztę się douczysz”. Zacząłem studiować ten podręcznik w domu i stwierdziłem, że pamięciowo szybko go nie opanuję, przeto przepisałem go. Do tego stopnia polubiłem to pismo, że wszystkie bardziej intymne notatki w nim zapisywałem.

Sanskrytu uczył się więc Pan równolegle z rumuńskim?

– Tak, gdy przyjechałem na studia, wiedziałem, że jest podręcznik do sanskrytu autorstwa Andrzeja Gawrońskiego. Przestudiowałem ten podręcznik i od tego czasu, czyli od 60 lat, wciąż uczę się tego języka, bo to jeden z najdoskonalszych systemów komunikacji, jaki ludzie wymyślili. Boski język! Trzymając się pewnych ściśle, prawie matematycznie określonych prawideł, można w nim tworzyć nowe słowa na określenie każdego pojęcia, które przyjdzie Panu do głowy.

Miał Pan podręczniki, ale nie miał Pan nauczyciela.

– Przez tę poprzerywaną pobytami w sanatoriach edukację nauczycieli prawie nie miałem z wyjątkiem tych uniwersyteckich, którym wiele zawdzięczam. Jednak podstawowy zrąb tego, co wydaje mi się, że wiem, to efekt samouctwa, łącznie ze sportem.

Zadawanie cierpienia i śmierci nie jest koniecznym elementem harmonii, to błąd w strukturze

Ireneusz Kania

Udostępnij tekst

Próbowałem się uczyć na kursach, z sanskrytem też tak zresztą było. Jak już go trochę liznąłem, to stwierdziłem, że pójdę z orientalistami na lektorat sanskrytu, bo prof. Pobożniak prowadził takie zajęcia dla iranistów. No, ale po trzech miesiącach grupa nie przerobiła nawet alfabetu, więc stwierdziłem, że marnuję czas.

Fascynacja językiem to jedno, a jak doszło do tego, że tak bliski stał się Panu indyjski świat myśli i wartości?

– Moje pierwsze egzystencjalne intuicje i przemyślenia jako dojrzewającego człowieka, którego przez 2,5 roku bezskutecznie leczono, niemal nałożyły się na to, czego dowiadywałem się nt. Indii i buddyzmu. Później jeszcze lektura Schopenhauera pozwoliła mi się w tym utwierdzić.

W czym właściwie?

– Że na świecie jest więcej cierpienia niż radości. Że zło jest silniejsze niż dobro. Staram się tego nie głosić, nikogo nie przekonywać, nie uzasadniać, to jest moje wewnętrzne przekonanie, którego od młodości nie zrewidowałem. Moim zdaniem gnostycy, którzy twierdzili, że zło i dobro się równoważą, mylili się, byli nadmiernymi optymistami. Człowieka oczywiście stać na wielkość, to są rzadkie momenty, dla których może warto żyć, jednak na dłuższą metę zło bierze górę.

Nie wygramy batalii ze złem?

– Jako gatunek idziemy w stronę coraz większego zła i coraz większych zagrożeń, od których nic nas już, jak sądzę, nie powstrzyma. Nasz świat, wszystko, co żyje, istnieje dzięki zabijaniu. Otóż dla mnie zabijanie nie jest rzeczą obojętną wpisaną w obiektywną strukturę wszechświata, jak spokojnie przyjmują to Chińczycy. Mnie się to nie podoba, nie godzę się z tym. Zadawanie cierpienia i śmierci nie jest koniecznym elementem harmonii, to błąd w strukturze.

Przez kogo zawiniony?

– Dla buddyzmu to nieistotne, a to dlatego że kosmogonia nie zmienia sytuacji egzystencjalnej człowieka. Energię zaś warto wkładać tylko w to, co uwalnia nas od niedoli życia.

A jeśli pyta Pan ogólniej, to przekonuje mnie Cioran, wskazując w tym kontekście na niedołężnego demiurga – nie tyle złego, ile nieudolnego, który, stwarzając świat, po prostu się pomylił.

Te dojmujące rozpoznania rzeczywiście pokrywają się z rdzeniem buddyzmu. Ale tzw. cztery szlachetne prawdy mówią nie tylko o (1) istnieniu cierpienia i (2) jego przyczynach, lecz także o (3) ustaniu cierpienia i (4) drodze, która do tego wiedzie. Tli się tu jakaś nadzieja.

– Diagnozy Buddy bliskie są tego, co przedstawiłem. Ale on mówi też: wiecie co, istnieje droga wyjścia. Jest ona trudna, czasem rozpisana na całe eony istnienia, ale jednak. Budda na początku nie chciał ogłaszać swojej nauki, nie myślał o jej uniwersalizacji, uznał ją za zbyt wymagającą dla ogółu.

Jednak – tu wchodzimy na teren mitologii – przekonali go do tego bogowie. Argumentowali: adeptów twojej nauki można podzielić na trzy kategorie, które przypominają kwiat lotosu rosnący w mulistym stawie. Jedni są przy dnie i nigdy poza tę sferę nie wyjdą, drudzy są już blisko powierzchni i mają szansę wydostać się do światła, trzeci zaś już wychodzą. Powinieneś o nich pamiętać. Przekonali go, lecz on nie krył się z tym, że to droga dla nielicznych. Dlatego tworzył sangi, czyli wspólnoty mnichów żebrzących, gotowych rzucić wszystko, by szukać wyzwolenia.

[…]

Pamięta Pan moment, w którym nastąpiło u Pana etyczne przebudzenie?

– To było jedno z najważniejszych doświadczeń egzystencjalnych. W jednej chwili zrozumiałem, czym jest zadawanie cierpienia i zabijanie. Jako mały chłopak świetnie strzelałem z łuku, a jeszcze lepiej z procy. Po walkach Rosjan z wycofującymi się Niemcami byłem oswojony z widokiem śmierci i zwłok, bo np. na naszym podwórku w Wieluniu leżały trupy.

I nagle, gdy miałem 12 lat, wszystko się zmieniło. Stałem na dworze, miałem procę, a jaskółki nade mną krążyły i zupełnie bezmyślnie założyłem kamyczek – taki wapienny, bardzo ostry odłupek – i wypuściłem go w górę.

Obrał dziwny tor, a jedna z jaskółek leciała właściwie na niego. Wyglądało, jakby się pomyliła. Nadziała się na niego tak, że rozcięło ją prawie na pół, i spadła dosłownie do moich stóp.

Przeżyłem wtedy wstrząs – zacząłem wrzeszczeć i płakać, uciekłem do domu, gdzie przez dwa dni to odchorowywałem. Rodzice byli zaniepokojeni, bo nie wiedzieli, co się stało – ja nic nie chciałem powiedzieć. To było straszne, a zarazem formujące przeżycie.

Wesprzyj Więź

Ireneusz Kania ur. 1940, zm. 2023, tłumacz i poliglota, z wykształcenia romanista. Autor przekładów z kilkunastu języków – w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali. Specjalista w zakresie buddyzmu i kabały. Ostatnio ukazał się drukiem wybór jego tekstów „Dług metafizyczny”, a także przekłady: „Dhammapada, czyli strofy o Dhammie” i „Suttanipāta. Zbiór nauk buddyzmu pierwotnego”.

Fragment rozmowy, która ukazała się w listopadowym numerze miesięcznika „Znak”. Obecny tytuł od redakcji Więź.pl

Przeczytaj też: Ks. Tomáš Halík: Dojrzała wiara jest w stanie znieść otwarte pytania swoich czasów

Podziel się

5
Wiadomość