Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Ikoną do kontemplacji Stwórcy są ci, których spotykam

Jan Vermeer, „Chrystus w domu Marty i Marii”, 1654. Fot. Wikimedia Commons

Sedno kontemplacji to dopatrywanie się obecności Chrystusa w każdym tu i teraz.

…Troszczysz się i kłopoczesz o wiele, a jedno jest potrzebne. (Łk 10,41-42)

Wesprzyj Więź.pl

Słowa Jezusa do goszczącej Go Marty, która „kręciła się (periespato) wokół rozlicznej posługi” (Łk 10,40), podczas gdy jej siostra siadła posłuchać Mistrza, bywały rozumiane jako stwierdzenie wyższości kontemplacji nad działaniem. Takie podejście każe cenić modlitwę, lekturę i refleksję wyżej niż prace fizyczne lub aktywność na forum publicznym.

Jednak sam Jezus praktykował życie czynne, najpierw jako wiejski rzemieślnik, a następnie wędrowny kaznodzieja i uzdrowiciel. Tam, dokąd zachodził, poświęcał się przyjmowaniu potrzebujących pomocy tak intensywnie, że On i uczniowie nie mieli czasu na posiłek (por. Mk 3,20; 6,31). Owszem, oddawał się też wielogodzinnej kontemplacji, ale robił to nocami (por. Mk 6,46; Łk 6,12) lub wcześnie nad ranem (por. Mk 1,25). Krótko mówiąc, nie zaniedbywał aktywności z powodu modlitwy, ani nie uznał za stracone długich lat fizycznej pracy w Nazarecie (por. Mk 6,3).

W społeczności wiary nie ma podziału na tych, którzy są stworzeni do czystej kontemplacji, i na tych do przyziemnych robót

Marek Kita

Udostępnij tekst

Nie, wypowiedź na temat „jednego, co jest potrzebne” nie wydaje się znaczyć, że zasłuchanie w Słowo miałoby zwalniać z usłużenia gościom, zaspokojenia ich potrzeb. Nie znaczy też, że w społeczności wiary miałyby funkcjonować kasty i że jedni są stworzeni do czystej kontemplacji, a drudzy do przyziemnych robót. W innym miejscu Pisma Jezus uczy, że właśnie wyjście naprzeciw potrzebom innych – szczególnie tych najbardziej wymagających wsparcia – stanowi formę służenia Jemu samemu (por. Mt 25,40).

Można powiedzieć, że to w „rozlicznej posłudze” (por. Łk 10,40) wyraża się w sposób aktywny kontemplacja Boga-z-nami w osobie Chrystusa (por. Mt 1,23). Świętą regułą życia jest przecież miłość (por. Łk 10,27), która musi mieć konkretny wyraz (por. 1J 3,18) i nie może się ograniczać do abstrakcyjnego „kochania Boga”. Ikoną do kontemplacji i sakramentem do przyjęcia niewidzialnego Stwórcy jest każda istota ludzka, którą właśnie spotykam (por. 1J 4,20).

Nie zgubić nici przewodniej

Greckie słowo periespato, którym ewangelista określa zaangażowanie Marty (jej, mówiąc współczesnym slangiem, „zakręcenie”), może też oznaczać „bycie rozproszoną”. Tak, Marta zajęła się czymś dobrym, ale wewnętrznie się w tym pogubiła. Można powiedzieć zgodnie z przysłowiem, że drzewa zasłoniły jej las… W rezultacie troszczyła się i kłopotała o wiele, będąc tym rozdarta, rozbita, rozproszona. Miotała się. Przeoczyła to „jedno, co jest potrzebne” (Łk 10,42), co mogłoby stanowić złotą nić przewodnią. Nić, na którą można by bez rozproszenia ducha nawlec czynności domagające się wypełnienia. 

Powtórzmy: nie wydaje się, by Jezus mógł w danym momencie lekceważyć obsłużenie gości. Przecież innym razem sam, przy całym zaangażowaniu w kaznodziejstwo, pamiętał o nakarmieniu swych słuchaczy, gdy przyszli z daleka (por. Mk 8,2-3). Kiedy indziej próbował zapewnić uczniom odpoczynek po trudach misji (por. Mk 6,31). Nie był oderwanym od ziemi pięknoduchem.

Z drugiej strony uczył uproszczenia życia, dostrzegania, iż rzeczy ważne mają wartość względną w zestawieniu z tym, co najważniejsze. Choć piętnował zastępowanie należnego rodzicom wsparcia deklaracją ofiary na świątynię (por. Mk 7, 8-13), to zarazem stwierdzał, że przywiązanie do rodziców ustępuje ważnością relacji z Nim jako objawieniem Ojca (por. Mt 10,37;11,27). Uczył też wrażliwości na kairos (por. Mk 1,15), podarowaną przez Boga chwilę obecną, moment zaoferowanej łaski.

I wydaje się, że Marta właśnie przeoczyła to, co zostało jej zaoferowane w całym zdarzeniu, gdyż była zaaferowana szczegółami…

Oczywiście, szczegóły mają znaczenie. Gdy chcemy zjeść romantyczną kolację we dwoje, to biel obrusa, blask świecy, piękno zastawy współtworzą celebrację wzajemnej bliskości. Niedobrze jest zapomnieć o nałożeniu porcji, nalaniu wina. Ale nie można w nieskończoność zrywać się od stołu, poprawiać ułożenia serwetek, sprawdzać czystości szkła. Również klimat rodzinnego przyjęcia może ucierpieć, gdy gospodyni stara się być perfekcyjna.

Marta z Ewangelii robi błąd nie wtedy, gdy usługuje przybyłym, lecz wtedy, gdy się w tym zapamiętuje. Zapomina, że ucztowanie przy jej stole ma prowadzić do karmienia się „chlebem z nieba” – manną obecności Mistrza (por. J 6,32-35). Stół nie służy wyłącznie jedzeniu i piciu, lecz także – a nawet przede wszystkim – spotkaniu. Nie trzeba komplikować tego, co w całym swym bogactwie pozostaje proste.

Uważność o wielu twarzach

Z kolei „dobrą cząstką” (Łk 10,42), którą według Jezusa wybrała druga z sióstr, Maria – „słuchająca jak uczniowie” (por. Iz 50,4), choć w jej świecie był to przywilej mężczyzn – wydaje się nie słuchanie przeciwstawione pracy (kontemplacja zamiast działania), lecz uważność na moment łaski.

Wcale nie musiało być tak, że Marta ruszyła do posługi, a Maria siadła, żeby słuchać. Być może Maria po rozsadzeniu gości oraz podaniu posiłku, gdy już zaspokojono pierwszy głód i przyszła pora na swobodną przemowę Mistrza, skorzystała z okazji i dołączyła do gości. Skupiła się na najważniejszym – na obecności Chrystusa i na tym, czym się chciał podzielić z zebranymi. Jej wybór nie stanowił zaniedbania powinności gospodyni. Był dobry!

Marta, rozproszona szczegółami posługi, straciła z oczu jej nić przewodnią – odniesienie do najważniejszego Gościa, celebrację bliskości z Nim. Jej usługiwanie miało stworzyć dobre warunki przebywania razem i było dobrym sposobem wejścia w łaskę tamtej chwili. Tak, należało dać Gościowi i gościom „pocałunek, wodę do mycia nóg i olejek na włosy” (por. Łk 7,44-46). Należało zastawić stół i dopilnować, by nikt nie został głodny ani spragniony. Ale wszystkie te czynności i gesty łączyło w sensowną całość przeżycie więzi z Jezusem oraz wspólnoty wokół Niego. To nie był egzamin ze sprawności gospodyni, ani czas pańszczyzny do odrobienia.

Gdyby nić uważności na Przyjaciela przenikała i scalała jej posługę, Marta nie byłaby rozproszona ani zirytowana. Mogłaby przejść od łaski usługiwania przy stole do łaski udziału w uczcie Słowa. Mogłaby poczuć, że Chrystus nie zalicza jej do sług-niewolników (douloi), lecz do przyjaciół (philoi, por. J 15,15). Rozpoznałaby moment (kairos), gdy można już tylko cieszyć się wspólnotą, przestać wynajdywać rzeczy do zrobienia.

Jak widać, uważność na Chrystusa (Boską Obecność) w konkretnej chwili przybiera rozmaite formy, zyskuje za każdym razem inne oblicze. Bóg to „Ten, który jest, który był i który przychodzi” (Ap 1,4) – Jego bycie z nami to ciągłe przychodzenie w nowy sposób. Jego obecność przesyca każdy moment, jest nam oferowana w specyficznych warunkach danej chwili. Jak mówił Kohelet, „wszystko ma swą porę” (Koh 3,1), a z kolei apostoł zapewnia, że Chrystus „napełnia wszystko we wszystkim” (Ef 1,23). Jest pora pracy i pora odpoczynku, pora ćwiczenia kontemplacji i pora działania. Ale sednem kontemplacji jest „stawianie sobie Pana zawsze przed oczy” (por. Ps 16,8), dopatrywanie się obecności Chrystusa w każdym tu i teraz.

Żyjemy przed nim

Czytamy w Nowym Testamencie, że oddawaniem chwały Bogu może być każda zwyczajna ludzka czynność (por. 1 Kor 10,31). Nasze codzienne funkcjonowanie może być realizowane „w imię Pana Jezusa” (Kol 3,17), a więc z intencją podzielania Jego usposobienia (por. Flp 2,5). Możemy przechodzić od jednego momentu do drugiego ze świadomością, że każda chwila ma własną łaskę i w każdej przeżywamy jakąś interakcję z Bogiem.

Pismo mówi, że Abraham, protoplasta wierzących, usłyszał pewnego razu od Pana: Hithallek le panai wehje tamim – „Chadzaj przed mym obliczem i bądź kompletny” (Rdz 17,1). To zaproszenie do przeżywania swej egzystencji ze świadomością, że zawsze znajdujemy się wobec Boga, żyjemy przed Nim – oraz do nierozpraszania się, niegubienia sensu życia (relacji z Panem), nietrwonienia samego siebie przez wybór czegoś, co mnie degraduje.

Również Jezus apeluje o ufną wiarę (pistis), że On JEST (por. J 8,24.28) – że stanowi krystalizację Bożej obecności, która ocala i scala. Takie znaczenie ma biblijne pojęcie pokoju – šalom, tożsamego ze spełnieniem, integralnością, harmonią, szczęściem. Jezus jest tym, który daje autentyczny Boży pokój (por. J 14,27) i pozostaje przy nas obecny „przez wszystkie dni, aż się dopełni ta era” (Mt 28,20).

Marta z Ewangelii robi błąd nie wtedy, gdy usługuje przybyłym, lecz wtedy, gdy się w tym zapamiętuje

Marek Kita

Udostępnij tekst

A więc każda chwila jest interakcją z Nim, przychodzącym pod powierzchnią okoliczności, zdarzeń, spotkań. W każdym momencie jesteśmy zaproszeni do odpowiadającej okolicznościom praktyki miłości – afirmacji drugiej osoby i bycia dla niej w jakiś sposób darem (bez narzucania się, jak Chrystus).

Łaska chwili obecnej

Chrześcijańska pobożność oraz duchowość są proste, choć niełatwe – bo miewamy skłonność do ich komplikowania. Nie dowierzamy bliskości i otwartości naszego Boga. Żeby przeżywać relację z Nim, potrzebne jest w istocie tylko jedno – uważność na konkretne, chociaż subtelne przejawy obecności Tego, który jest i przychodzi. Uważność na bazie wiary dawanej odczuciu dobra lub tęsknocie za nim, bo jako stworzenia Miłości wyczuwamy jej zew. Do tego Duch Chrystusa, wielki Wspierający (Paraklētos), jest każdemu z nas bliższy niż własny oddech. 

Momenty urzeczenia pięknem, wewnętrznego pokoju, doznania radości to doświadczenia dotyku Ożywiciela, wyczuwanego (jak to ujmuje Anselm Grün) przez tkaninę stworzonych realiów. Z kolei chwile smutku, godziny ciemności, doznania cierpienia, niemocy i bezsensu świadczą o drzemiącym w nas pragnieniu pokoju-pełni. Ta tęsknota za Boskim šalom to echo powołania do życia „w obfitości” (por. J 10,10).

W każdym ze wspomnianych momentów i doświadczeń wierzący może spotkać Boga błogosławiącego lub pocieszającego i ratującego. Każde z tych doznań stwarza przestrzeń do modlitwy, choćby do westchnienia Alleluja lub Kyrie, eleison

Podobnie każdy kontakt z inną osobą pozwala na celebrowanie dyskretnej obecności Boga w łasce spotkania – lub trud przebijania się do tej obecności przez znoszenie problematycznych cech innych „z całą pokorą, łagodnością i wielkodusznością” (por. Ef 4,2). Czasem także przez walkę o wygaszenie w sobie doznanej od kogoś wrogości (por. Ef 2,16).

Wesprzyj Więź

Każda chwila ma swoją (czasem niełatwą do przyjęcia) łaskę i swój sposób wchodzenia w nią. Trzeba tylko uważności na Ducha Mistrza.

Tekst ukazał się na stronie wiam.pl pod tytułem „Prostota pobożności”. Obecny tytuł od redakcji Więź.pl

Przeczytaj też: Wielkie TAK dla wszystkiego i dla każdego. Taki jest Bóg

Podziel się

1
Wiadomość