Wiosna 2024, nr 1

Zamów

„Pamiętam ją we wszystkich momentach jej życia”. Pedro Almodóvar o swojej matce

Pedro Almodóvar na wręczeniu nagród Goya, 2017. Fot. Ruben Ortega / Wikimedia Commons

Nauczyłem się wiele od matki, chociaż ani ona, ani ja nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Nauczyłem się czegoś fundamentalnego dla mojej pracy, rozróżnienia między fikcją a rzeczywistością oraz tego, jak rzeczywistość powinna być uzupełniana przez fikcję, żeby życie stało się znośniejsze.

Tytułowy tekst ze zbioru „Ostatni sen”, który 31 maja ukaże się w Polsce nakładem Wydawnictwa Poznańskiego

Kiedy w sobotę wychodzę z domu, odkrywam, że poranek jest bardzo słoneczny. Pierwszy dzień słońca i pierwszy bez mojej matki. Płaczę pod okularami. Tego dnia zapłaczę jeszcze wiele razy.

Wesprzyj Więź.pl

Po bezsennej nocy jako sierota idę ulicą i w końcu łapię taksówkę, która zawiezie mnie do zakładu pogrzebowego Tanatorio Sur.

Chociaż nie jestem typem dziecka wylewnego, jeśli chodzi o wizyty i czułe gesty, moja matka jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Nie byłem na tyle taktowny, żeby włączyć jej nazwisko do mojego nazwiska artystycznego, mimo że jej by się to podobało. „Nazywasz się Pedro Almodóvar Caballero. Co to ma być ten sam Almodóvar!”, powiedziała mi kiedyś, niemal obrażona.

Matki lubią stąpać po twardym gruncie. „Ludzie myślą, że dzieci to kwestia jednego dnia. Ale potrzeba wiele, wiele czasu”, twierdził Lorca. Matki też nie są kwestią jednego dnia. I nie muszą robić nic szczególnego, żeby być bardzo ważne, najważniejsze, niezapomniane, żebyśmy mogli się od nich uczyć.

Moja matka była zawsze niezwykle kreatywna, nie znałem drugiej osoby obdarzonej taką inicjatywą. W La Manchy o takich mawia się, że „potrafią nalać mleka z butelki na oliwę”

Pedro Almodóvar

Udostępnij tekst

Ja nauczyłem się wiele od matki, chociaż ani ona, ani ja nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Nauczyłem się czegoś fundamentalnego dla mojej pracy, rozróżnienia między fikcją a rzeczywistością oraz tego, jak rzeczywistość powinna być uzupełniana przez fikcję, żeby życie stało się znośniejsze.

Pamiętam moją matkę we wszystkich momentach jej życia; najbardziej barwny był chyba czas, który spędziliśmy w miejscowości Orellana la Vieja w Badajoz, pomoście łączącym dwa ogromne wszechświaty, w których mieszkałem, dopóki nie połknął mnie Madryt – La Manchę i Estremadurę.

Chociaż moje siostry nie lubią, gdy o tym wspominam, podczas tych pierwszych lat w Estremadurze nasza rodzina znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Moja matka była zawsze niezwykle kreatywna, nie znałem drugiej osoby obdarzonej taką inicjatywą. W La Manchy o takich mawia się, że „potrafią nalać mleka z butelki na oliwę”.

Na ulicy, przy której mieszkaliśmy, nie było prądu, podłóg z niepalonej cegły nie dało się utrzymać w czystości. Kiedy myło się je wodą, zbierało się na nich błoto. Ulica była oddalona od centrum miejscowości, powstała na terenie z łupków. Dziewczyny nie mogły chodzić po nich na obcasach. Mnie nie przypominało to ulicy miasteczka, tylko jakąś wioskę z westernu.

Życie tam było ciężkie, ale za to tanie. A sąsiedzi okazali się cudowni i bardzo gościnni. Byli też analfabetami.

Żeby dorobić do pensji ojca, matka rozkręciła interes czytania i pisania listów, jak w filmie „Dworzec nadziei”. Miałem osiem lat i to zwykle ja pisałem listy, a ona czytała te otrzymywane przez naszych sąsiadów. Niejeden raz śledziłem wzrokiem czytany przez matkę tekst i odkrywałem ze zdumieniem, że nie odpowiada temu, co napisano na papierze: mama zmyślała część tego, co czytała. Sąsiadki nie miały o tym pojęcia, bo to, co wymyślała, zawsze pasowało do ich życia i były bardzo zadowolone z lektury.

Kiedy upewniłem się, że moja matka nie ogranicza się do oryginalnego tekstu, zacząłem robić jej wyrzuty w drodze powrotnej do domu. „Czemu przeczytałaś, że tak często wspomina babcię i tęskni za tym, jak czesała ją na progu domu, napełniwszy miskę wodą?”, powiedziałem. „A widziałeś, jaka była zadowolona?!”, odparła.

Ostatni sen
Pedro Almodóvar, „Ostatni sen”, tłum. Agata Ostrowska, Katarzyna Okrasko, Wydawnictwo Poznańskie 2023

Miała rację. Matka wypełniała luki w listach, czytała sąsiadkom to, co chciały usłyszeć, często były to rzeczy, o których autor najpewniej zapomniał i z chęcią by się pod nimi podpisał.

Te improwizacje stanowiły dla mnie bardzo cenną lekcję. Pokazywały różnicę między prawdą a fikcją i to, jak rzeczywistość potrzebuje fikcji, żeby stać się pełniejsza, przyjemniejsza, bardziej znośna.

Dla narratora to fundamentalna nauka. Ja zrozumiałem to z czasem.

Moja matka pożegnała się z tym światem dokładnie tak, jak chciała. I nie stało się tak przypadkiem, sama o tym zdecydowała, o czym dowiaduję się dopiero dziś, w domu pogrzebowym. Dwadzieścia lat wcześniej matka powiedziała mojej starszej siostrze Antonii, że nadszedł czas, by przyszykować strój do trumny.

„Poszłyśmy na ulicę Postas – opowiada mi siostra obok ubranego do trumny martwego ciała naszej matki – żeby kupić habit Świętego Antoniego, ten brązowy, i sznur”. Matka powiedziała też, że chce mieć przypięty do piersi medalik z wizerunkiem tego świętego. I szkaplerz Matki Bożej Bolesnej. I medalik ze Świętym Izydorem. I różaniec w rękach. „Jeden z tych starych – uściśliła mojej siostrze – te lepsze zostawię wam” (miała na myśli także moją siostrę Maríę Jesús). Kupiły też czarny welon, żeby nakryć jej głowę, teraz spływa jej do pasa z obu stron.

Zapytałem siostrę o znaczenie czarnego welonu. Dawniej wdowy nosiły welon z czarnej gazy, bardzo gęsto tkanej, będący znakiem straty i bólu. W miarę upływu czasu stawał się on coraz bardziej znośny, więc skracały welon. Na początku sięgał im niemal do pasa, a w końcu tylko do ramion. Słuchając tego wyjaśnienia, pomyślałem, że moja matka chciała odejść w oficjalnym stroju wdowy. Ojciec umarł dwadzieścia lat wcześniej, ale oczywiście nie istniał już dla niej inny mąż, ani nawet inny mężczyzna. Powiedziała też, że chce być pochowana boso, bez pończoch ani butów. „Jeśli zwiążą mi stopy – oznajmiła mojej siostrze – rozwiążcie mi je, składając mnie do grobu. Tam, dokąd idę, chcę wejść swobodnie”.

Poprosiła też o kompletną mszę żałobną, a nie samą modlitwę za zmarłych. Spełniliśmy jej życzenie i na mszy zjawiła się cała miejscowość (Calzada de Calatrava), żeby nas uściskać i złożyć kondolencje.

Mamę ucieszyłyby wszystkie te bukiety i wiązanki na ołtarzu i to, że przyszło całe miasteczko. „Przyszło całe miasteczko” to najlepsze, co może się przydarzyć w takich sytuacjach. I tak było. Jestem za to bardzo wdzięczny: dziękuję, Calzado.

Poczułaby się też dumna z roli doskonałych gospodarzy, którą moje rodzeństwo, Antonia, María Jesús i Agustín, odegrało zarówno w Madrycie, jak i w Calzadzie. Ja tylko pozwoliłem im przejąć pałeczkę, z rozmazanym spojrzeniem, wbitym w niewyraźny świat wokół.

Pomimo monotonii wyjazdów promocyjnych, w których rytmie upływa moje życie („Wszystko o mojej matce” ma teraz premierę prawie na całym świecie, na szczęście postanowiłem zadedykować jej ten film, jako matce i jako aktorce; wahałem się długo, bo nigdy nie byłem pewien, czy moje filmy się jej podobają), tak się złożyło, że byłem w Madrycie i przy niej. Czworo jej dzieci zawsze było przy niej. Dwie godziny, zanim „wszystko” się zaczęło, weszliśmy z Agustinem na półgodzinną wizytę dozwoloną na intensywnej terapii, a moje siostry czekały na korytarzu.

Nasza matka spała. Obudziliśmy ją. Sen musiał być bardzo przyjemny i tak absorbujący, że jej nie opuścił, chociaż rozmawiała z nami zupełnie przytomnie. Spytała, czy jest teraz burza, i odpowiedzieliśmy, że nie. Zapytaliśmy się, jak się czuje, i odparła, że bardzo dobrze. Mojego brata Agustina spytała o jego dzieci, które właśnie wróciły z wakacji. Agustín powiedział, że zostaną z nim na weekend i zjedzą razem obiad. Zapytała, czy już kupił coś do jedzenia, a mój brat wyjaśnił, że tak.

Ja powiedziałem, że za dwa dni muszę jechać do Włoch na promocję filmu, ale jeśli chce, mogę zostać w Madrycie. Ona przekonywała mnie, żebym jechał, żebym nie porzucał swoich obowiązków. Podróż martwiła ją tylko, jeśli chodzi o dzieci Tinina. „A kto się zajmie dzieciakami?”, zapytała. Agustín wyjaśnił, że nie jedzie ze mną, zostaje. Ucieszyło ją to. Przyszła pielęgniarka i powiedziała, że czas odwiedzin dobiegł końca, i poinformowała moją matkę, że przyniesie jej posiłek. Mama skomentowała: „Jedzenie w moim ciele już nie narobi wiele dymu”. Uwaga wydała mi się ładna i dziwna.

Trzy godziny później umarła.

Ze wszystkiego, co nam powiedziała podczas ostatnich odwiedzin, utkwiło we mnie pytanie, czy jest burza. W piątek świeciło słońce i część tego światła wpadała przez okno. Jaka burza przyśniła się mamie w jej ostatnim śnie?

Wesprzyj Więź

PEDRO ALMODÓVAR CABALLERO

przeł. Katarzyna Okrasko

Przeczytaj też: Uwodziciel Almodóvar

Podziel się

3
Wiadomość