Wiosna 2024, nr 1

Zamów

„Liczba doskonała”. Ten film trzeba przetrawić, przemyśleć, przeżyć

Andrzej Seweryn w filmie „Liczba doskonała”, reż. Krzysztof Zanussi, Polska 2022. Fot. Materiały prasowe

Zanussi pyta widza, tu i teraz, w 2023 roku: kim jesteś, po co istniejesz, co robisz, i co chcesz robić? Nie odpowiada na te pytania indoktrynacyjnie, niczego nie narzuca. Pozostawia przestrzeń wolności.

Krzysztof Zanussi w swoich najwybitniejszych filmach zadawał kluczowe pytanie teologiczne, filozoficzne, egzystencjalne i moralne. Czy duchowe bogactwo, religia, wiara mogą być wystarczającą i przekonywającą odpowiedzią na zło, cierpienie, które samo w sobie nie ma żadnego sensu, i czy mogą być dostateczną odpowiedzią na tajemnicę śmierci?

Wesprzyj Więź.pl

Reżyser jest katolikiem, nie ukrywa, że wierzy w osobowego Boga, ale jednocześnie w swoich filmach zasiewa wątpliwość. A jeśli wątpi, to znaczy, że wciąż poszukuje. Siłą wiary jest przecież poszukiwanie. Jeśli ktoś twierdzi, że już znalazł Boga, to znaczy, że nie ma w nim wiary.

Nowa „Iluminacja”

„Liczba doskonała”, najnowsze dzieło Zanussiego, przypomina w formie „Iluminację”, jeden z najważniejszych filmów pokolenia ludzi dojrzewających w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Byłem chyba w pierwszej klasie liceum, kiedy widziałem go po raz pierwszy. To było olśnienie, w środku epoki gierkowskiej na ekranie pojawił się obraz antymaterialistyczny, metafizyczny, transcendentny, zrealizowany w formie eseju. Student Franek Retman poszukuje sensu życia. Pragnie także odkryć Boga. Fizyka, którą studiował – podobnie zresztą jak sam Zanussi – nie daje mu niepodważalnych odpowiedzi.

„Liczba doskonała” do złudzenia przypomina tamten esej filmowy, nie tylko artystycznie, ale przede wszystkim tematycznie. Powraca wielka piątka motywów w twórczości Zanussiego: wizja Boga, nauka (tym razem matematyka), śmierć, sens cierpienia i przypadek.

Reżyser nie ukrywa, że wierzy w osobowego Boga, ale jednocześnie w filmach zasiewa wątpliwość. A jeśli wątpi, to znaczy, że wciąż poszukuje. Siłą wiary jest przecież poszukiwanie. Jeśli ktoś twierdzi, że już znalazł Boga, to znaczy, że nie ma w nim wiary

ks. Andrzej Luter

Udostępnij tekst

Bohaterami „Liczby” są Joachim – podstarzały biznesmen, kosmopolita, człowiek zdystansowany do życia, na początku dość odpychający, cyniczny, samotny – oraz podobno spokrewniony z nim Dawid – matematyk rozpoczynający swoją karierę naukową, młodzieniec poszukujący sensu życia.

Joachim, czując zbliżającą się śmierć, pragnie podświadomie powrócić do korzeni. Mówi sam o sobie, że prowadził długie, grzeszne życie. Bogactwo powodowało, że otaczało go zawsze liczne grono ludzi, którzy chcieli od niego coś uzyskać. „Niedoczekanie” – podsumowuje mężczyzna.

A co do grzesznego życia: grzech jest przecież tak samo niejasny jak Bóg, dlatego Joachim żył jakby Absolutu nie było, wtedy grzechu też nie ma. Dziś jednak jako stary człowiek „niczego nie jest pewien”. Władzy nigdy nie pragnął, bo jest ona tym samym co pieniądze, a tych ma pod dostatkiem. Twierdzi, że miłości też nie chciał. Czy to możliwe? A jednak w końcówce życia życzy sobie poznać młodego kuzyna z Polski, niczego od niego nie oczekując. Czemu? Może jednak Joachim zakłamuje samego siebie, i pragnie w finale życia bliskości drugiego człowieka.

Dawid z kolei, błyskotliwy umysł ścisły, chce znaleźć swoje miejsce. Jest skupiony na sobie. Stara się zrozumieć świat. Łączy matematykę z transcendencją. Matematyka podpowiada, że świat nie jest przypadkowy. Jego ulubioną figurą jest wstęga Möbiusa, inspirująca do najważniejszych pytań o istotę świata, o stworzenie. Sam Zanussi mówił kiedyś o wstędze Möbiusa jako o uniwersalnej metaforze: przedstawia ona formy geometryczne w postaci przestrzennej ósemki – forma ta ma pozornie dwie strony, w rzeczywistości można ruchem ciągłym przejść z jednej strony na drugą.

Jako metafora wstęga Möbiusa może służyć do zilustrowania wszelkiej dwoistości zjawisk (niby dwie strony a jedna). Nawet jeśli Ktoś, powiedzmy, że Bóg – twierdzi Dawid – przebiłby tę wstęgę palcem, to płaszczaki zobaczą tylko kółko, a człowiek ze swoją trójwymiarowością widzi w tym wielką metaforę życia. Być może jednak istnieją stworzenia, które patrzą na nas jak my na płaszczaki? „Może czas się odwraca, i to co będzie, już było?” – zastanawia się młody matematyk. Wierzy on, że nasze życie w jakimś innym wymiarze ma inny sens i dopowiada: „Ja tego sensu nie rozumiem, ale się staram…”.

Bóg jest też w przypadku?

Przez cały film przysłuchujemy się rozmowom dwóch fascynujących egocentryków, zadających sobie pytania, na które nie potrafią przekonująco odpowiedzieć. Wzbudzają w widzu z jednej strony sympatię, a z drugiej – niepokoją, bo zmuszają do myślenia. W końcu to także nasze pytania, na pewno moje, i też próbuję na nie znaleźć odpowiedź. Ale na końcu – tak jak u Zanussiego w najlepszych filmach bywało – zawsze pozostaje znak zapytania.

A zatem: czy życie jest konsekwencją świadomego wyboru, przypadku, czy przeznaczenia? Można w ogóle te trzy aspekty rozdzielić? Co ostatecznie triumfuje? Przeznaczenie? Przypadek? Wola Boga? Inne pytania filmu: czy Bóg wtrąca się w nasze życie? A jeśli tak, to dlaczego tyle zła dokonuje się bez kary? A może Stwórca wszystko zostawia sobie na Sąd Ostateczny? I wtedy poprzez Jego miłosierdzie wszystko zostanie wybaczone. Co ciekawe: w filmie Joachim wypowiada słowo „miłosierdzie” z sarkazmem, Dawid zaś stara się zrozumieć „niesprawiedliwość” Boga.

Zanussi podejmował wielokrotnie problem przypadku w życiu jednostki. Po raz pierwszy temat ten pojawił się u niego w telewizyjnej noweli „Hipoteza” z 1972 roku, która kilka lat później zainspirowała Krzysztofa Kieślowskiego do zrealizowania legendarnego „Przypadku”. Czy wszyst­ko w naszym życiu jest sprawą właśnie przypadku: miejsce, jakie zajmujemy w społeczeńs­twie, krąg idei, nawet obiekt miłości, na­wet religia? Idzie się w końcu zawsze po czyichś śladach, taką albo inną drogą, nigdy obie­ma naraz. Wyznaje się te albo inne prawdy, jakich nauczyli nas ludzie, któ­rym zawierzyliśmy. Nie mamy czasu pojąć tego wszystkiego, ani sprawdzić do końca. Tylko wierność jest wartością stałą, ale już nie obiekt wierności. Nie poglądy.

Co więc pozostaje constans? Nieznane przeznaczenie, które nas cze­ka, i sumienie. Wszystko inne to przy­padek. Z tym, że „constans” może dla każdego oznaczać coś innego. Dla mnie jest to Bóg, Jezus, i wszystko, co z tego faktu wynika. Nie wierzę w przeznaczenie, predestynacja to dla mnie jakaś szalona, nieludzka idea. Wierzę w Boga. Ale ten fakt nie chroni mnie przed śmiercią, także przed śmiercią całkowicie bezsensowną i przypadkową. A może pozornie przypadkową? Więc jednak Bóg jest też w przypadku? Czy jest jakieś Potem? Bo jeśli jest, to jest również życie wieczne, zbawienie i potępienie. A czym jest potępienie? To zapewne świadomość, że jest zbawienie.

I tak właśnie o najnowszym filmie Zanussiego można bez końca rozmawiać, filozofować, teologizować, a ostatecznie zawsze znajdziemy się w punkcie wyjścia. Bo reżyser, powtarzam, nie daje odpowiedzi, pozostawia je widzowi. W chwilach, kiedy wydaje się, że tonacja filmu zmienia się w nazbyt „homiletyczną”, Zanussi natychmiast przebija kaznodziejski balon dowcipem, szyderstwem i ironią Joachima lub dystansem Dawida.

Moc nadawania sobie ludzkiej twarzy

Oglądając „Liczbę doskonałą”, przypomniałem sobie „Imperatyw”, zagraniczny film Zanussiego (z 1982 roku), który nawiązywał do wcześniejszej „Iluminacji”. W ascetycznej scenerii reżyser opowiadał historię duchowego rozdarcia Augustyna – już samo imię jest znaczące – młodego idealisty próbującego określić sens własnego istnienia. Pytał więc o obecność Boga w świecie zlaicyzowanej zachodniej kultury, o zasadę przyczynowości, obiektywne prawa natury. Teraz w „Liczbie doskonałej” powtarzają się te pytania, ale w zupełnie innym kontekście historycznym, cywilizacyjnym i kulturowym.

Problem śmierci obecny jest niemal w każdym filmie Zanussiego. Już w „Śmierci prowincjała”, swoim dyplomie studenckim, zajął się umieraniem. Młody historyk sztuki przybywa do klasztoru benedyktyńskiego jako konserwator zabytków. Obserwuje rytm życia zakonników. Jest świadkiem umierania starego prowincjała. Na początku ze zwykłą ciekawością podgląda fizjologię agonii, potem jednak konanie starego mnicha narzucającego swojemu organizmowi rygor, pomimo wielkiego cierpienia, staje się dla chłopaka początkiem zmiany, nawrócenia. Nawiązują ze sobą kontakt, choć w filmie nie pada ani jedno słowo dialogu, wszystko rozgrywa się w spotkaniu spojrzeń. Student zobaczył poprzez śmierć sens życia. Dawid z „Liczby doskonałej” przeżywa w obliczu śmierci Joachima podobną matanoję: „Nikt nigdy mnie nie obchodził. A teraz płaczę, nad sobą”.

Słuchaj też na SoundcloudYoutube i w innych aplikacjach podcastowych

Joachim i Dawid są egzemplifikacją prawdy, że człowiek ma moc nadawania sobie lub odbierania ludzkiej twarzy. W pewnym momencie życia, niech to będzie nawet chwila ostateczna, człowiek staje wobec świata wartości. Może siebie zbudować lub może siebie zniszczyć. Trzeźwy rachmistrz może stać się uczuciowcem i entuzjastą, a idealista – kłębkiem instynktów, całym sobą przyrośniętym do ziemi.

Bohaterowie „Liczby doskonałej” nie wpadają na szczęście w takie skrajności, ale powracają do świata wartości. Przywołam tylko dwie niezwykłe, przejmujące sceny. Joachim przeczuwający śmierć „spowiada się” Dawidowi. Już bez szyderstwa i maski, żałuje, że nigdy nikogo nie kochał: „Chyba tylko ciebie, Dawidzie, jakbym trochę pokochał. Za nic. Pomyślałem przez chwilę, co by było dobre dla ciebie. I to jest właśnie miłość”. Pomyśleć, choćby przez chwilę, co jest dobre dla drugiego człowieka – oto miłość.

Wcześniej Joachim spotyka na ulicy żebraka (ostatnia rola Jana Nowickiego) i zachowuje się w stosunku do niego jak prawdziwy kusiciel: „Powiedz, że nie ma Boga i sto dolarów twoje”. Żebrak odpowiada za darmo: „Bóg nie musi być, żeby był”. Traci szanse na dolary, ale zasługuje na zbawienie. Chociażby dla tych dwóch scen warto „Liczbę doskonałą” obejrzeć.

Zbliżający się do śmierci Joachim zdiagnozował u siebie acedię, czyli brak żywotności, utratę motywacji do życia, atawistyczny lek przed śmiercią. Acedia dopadła jednak także młodego Dawida, jeśli rozumiemy przez nią obojętność na otoczenie, oziębłość, chłód, nieczułość. Ich finalna przemiana fascynuje, choć jest niejednoznaczna i niepewna.

W roli Joachima wystąpił Andrzej Seweryn. Stworzył kolejną genialną kreację. Na początku wydaje się odpychający, wręcz odrażający w swoim cynizmie. A jednak przechodzi metamorfozę i potrafi pokazać ludzką twarz. Seweryn bezbłędnie odczytuje fałsz i prawdę swojego bohatera, jego cynizm i otwartość, niesympatyczność i ciepło. Wielki aktor w takich sprzecznościach czuje się jak ryba w wodzie.

Dawida zagrał Jan Marczewski, absolwent sprzed kilku lat krakowskiej szkoły teatralnej. Dał już się poznać w filmie „Piłsudski” Michała Rosy, gdzie doskonale i przejmująco wcielił się w Walerego Sławka, najwierniejszego druha i przyjaciela Marszałka. Jego Dawid z „Liczby doskonałej” zachwyca inteligencją, konsekwentnym poprowadzeniem postaci młodego naukowca, który musi znaleźć siebie na nowo, powrócić do świata uczuć.

Ważna postacią jest także Ola w wykonaniu Julii Latosińskiej. Jerzy Sosnowski w tekście na Wyborcza.pl zauważył, że „jej przykuwającą uwagę obecność trudno przeoczyć…. Gdyż w jakimś, nieuchwytnym fizycznie wymiarze to ona patronuje czułości, z jaką zaczną się traktować Joachim i skuzynowany z nim matematyk. Natomiast gdy w finale filmu reżyser przewrotnie skupi naszą uwagę na wydarzeniu trudnym do racjonalnego objaśnienia (czyżby – cudzie?), możemy nie zauważyć, że prawdziwy cud odbywa się w związku z Olą, w przestrzeni duchowej, nie fizycznej”.

Jeżeli masz do wyboru coś, albo nic, to co wybierasz?

Zanussi pyta widza, tu i teraz, w 2023 roku: kim jesteś, po co istniejesz, co robisz, i co chcesz robić? Nie odpowiada na te pytania indoktrynacyjnie, niczego nie narzuca. Pozostawia przestrzeń wolności.

Ma chyba jednak rację Jerzy Sosnowski, gdy pisze we wspomnianym artykule: „Kiedy miałbym wskazać artystę, dla którego polsko-polska wojna kulturowa stała się wyjątkowo bolesnym osobistym kłopotem, wymieniłbym bez wahania Krzysztofa Zanussiego. Wierny tematyce metafizyczno-religijnej, zaczął być nagle przez liberalną część inteligenckiej widowni traktowany jako ktoś podejrzanie «kościółkowy» i nieprzyjemnie odporny na uroki nowego ateizmu à la Richard Dawkins. Zarazem zawsze europejski i po inteligencku skłonny do zadawania pytań, został przez zwolenników «rewolucji konserwatywnej» uznany za wyrzutka, nieumiejącego iść w nogę z «dobrą zmianą». A dla publiczności masowej (dodaję dla porządku, bo to oczywiste) był zawsze zanadto wyrafinowany, co wyraziło się powrotem złośliwego przezwiska «Zanudzi», jakby bez świadomości, że wymyślił je krytyk, którego nieżyczliwość dla kina Zanussiego dziwnie zbieżna była z zamówieniem władz PRL…”. 

„O «Liczbie doskonałej» reżyser mówi, że jest to jego pożegnanie z ekranem – kontynuuje mój redakcyjny kolega. – Tymczasem uważam, że pozostanie ona jednym z najważniejszych filmów Zanussiego, nawet gdyby widzowie odkryli to nie teraz, ale za rok czy za dekadę. Jakby poczucie, że oto artysta zamyka swój warsztat, uwolniło go wreszcie znowu z ograniczeń, z troski o box-office i o recenzentów, na których uważność i tak od dawna nie mógł liczyć. Otrzymaliśmy obraz, który można postawić obok jego najznakomitszych dzieł”.

Po parokrotnym obejrzeniu „Liczby doskonałej” przyznaję Sosnowskiemu rację. Ten film trzeba przetrawić, przemyśleć, przeżyć.

Wesprzyj Więź

Dawid lubi przywoływać Szekspira, w szczególności słowa Hamleta wypowiedzianego do Horacego, że są rzeczy na niebie i na ziemi, które się nikomu nie śniły.

Jeden z bohaterów filmu zadaje pytanie rodem z zakładu Pascala: „Jeżeli masz do wyboru coś, albo nic, to co wybierasz?”. Oczywiście: Coś. Na szczęście nienazwane i nieukonkretnione przez reżysera. Dawid tylko powie: „Nie wykluczam, że jest Coś. I mnie to bardzo pociesza”.

Przeczytaj też: Zgoda na brak odpowiedzi. Rozmowa z Krzysztofem Zanussim

Podziel się

22
8
Wiadomość