Jesień 2022, nr 3

Zamów

Stanley Kramer. Ocalić w sobie człowieka

Stanley Kramer na planie filmu „Kto sieje wiatr” (1960). Fot. Materiały prasowe

Trudno mi znaleźć bardziej empatyczne, wielowymiarowe, mądre kino.

Nigdy nie zdobył Oscara, ale jego filmy były nominowane do tej nagrody aż 80 razy, z czego on sam miał szansę na statuetkę dziewięciokrotnie (i jako reżyser, i jako producent). Wielkie role tworzyli u niego Spencer Tracy, Fredric March, Sidney Poitier, Katharine Hepburn, Tony Curtis, Judy Garland czy Montgomery Clift – cała plejada. Mimo to Stanley Kramer, jeden z najwybitniejszych filmowców w dziejach kina, jest dziś raczej zapomniany.

Uważano go za pierwszego demokratę Hollywood. Stanley Kramer rok po roku tworzył arcydzieła absolutne

Damian Jankowski

Udostępnij cytat

Uważano go za pierwszego demokratę Hollywood. Przyjęło się, że kręcił „społecznie potrzebne” dzieła, w których rozprawiał się z rasizmem; i że czas tego typu moralitetów przeminął. W ciągu kilku ostatnich nocy wróciłem do jego filmów. I mogę powiedzieć tyle: jasne, że czasami technicznie widać po nich upływ czasu (mówimy w końcu o okresie 1958-1967), że nieraz dostrzec można ich teatralność. Ale jeśli chodzi o ducha: nie zestarzały się ani trochę! Więcej nawet: trudno mi znaleźć bardziej empatyczne, wielowymiarowe, po prostu mądre kino.

Dwa spośród nich to arcydzieła absolutne, powstałe rok po roku. W „Kto sieje wiatr” (1960) – wielkim proteście przeciwko wykorzystywaniu wiary – młody nauczyciel (Dick York) zostaje postawiony przed sądem za to, że naucza młodzież o teorii Darwina. Broni go agnostyk (Tracy), oskarża chrześcijański radykał (March). Ale to właśnie z ust tego pierwszego padnie najważniejsze zdanie filmu: chrześcijaństwo ma być religią miłości, a nie ścieżką tropienia wrogów. „Dopóki warunkiem osiągnięcia raju jest ignorancja i nienawiść, do diabła z nim” – rzuci bohater Tracy’ego. I będzie miał rację.

Rok później do kin wszedł „Wyrok w Norymberdze” (1961), o słynnym procesie nazistów, tutaj okrojonym i ze zmienionymi nazwiskami. Porusza mnie aktualność tej trzygodzinnej opowieści. Zwłaszcza w scenach, gdy obrońca (oscarowy Maximilian Schell) przekonuje, że winni Zagłady są członkowie NSDAP, Niemcy jako naród, a tak naprawdę cały świat. W efekcie wina zostaje rozmyta, traci swój ciężar. Sprawiedliwość przywraca dopiero sędzia, który podkreśla, że „obrona państwa nie może być usprawiedliwieniem dla zbrodni”. Warto byłoby te słowa przypominać podczas wszelkich pompatyczno-bogoojczyźnianych uroczystości.

Temat narodzin i rozwoju totalitaryzmu nurtował zresztą amerykańskiego twórcę dłużej. „Statek szaleńców” (1965) rozgrywa się na początku lat 30. Przy elitarnym stoliku kapitańskim pasażerowie słuchają bełkotu zaciekłego antysemity i myślą, że „nikt nie potraktuje poważnie tej jego partii”. Podobnie uważa żydowski kupiec, już wtedy marginalizowany przez towarzyszy. Jego zdaniem agresja narodowych socjalistów sama się wyczerpie, „to się samo załatwi”. Przecież „wszystkich nas nie zabiją” – przekonuje. Podobnie było w „Kabarecie” Fosse’a: niemieccy arystokraci widzieli pierwsze uliczne burdy wywołane przez nazistów i obiecywali sobie, że „potem zrobi się z nimi porządek”. Tyle że nie było żadnego „potem”…

Kramer nie ukrywał, że nie jest przesadnym optymistą. W „Ostatnim brzegu” (1959) pokazał świat po atomowej apokalipsie. Przetrwała tylko… Australia. Jej mieszkańcy (plus zbłąkana załoga amerykańskiej łodzi podwodnej) nie wiedzą nawet, kto zaczął tę wojnę. Jeden z nich (Fred Astaire) dochodzi do bezlitosnego wniosku: ludzkość podpisała na siebie wyrok w chwili, gdy uznała, że gwarancja pokoju jest broń jądrowa… Teraz trwa zabójcze i rozwijające się skażenie środowiska, a ocalałym zostaje pięć miesięcy życia.

Reżyser celowo problematyzował swoje opowieści. W „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” (1967) było dydaktycznie, ale i niebanalnie. Oto biała córka przedstawia rodzicom czarnego narzeczonego. Ojciec nie zgadza się na małżeństwo (bo ich wspólne życie ma być „zbyt trudne”). Nieważne, że sam jest przedstawicielem lokalnej elity, zdeklarowanym liberałem. Czarno-biały podział ulega również rozmyciu miejscami w „Wyroku”. Stygmatyzacji zostaje poddana żona niemieckiego oficera (Marlene Dietrich), a jej dawna służba – nie wiedzieć czemu pozostająca poza podejrzeniem – utrzymuje, że nic nie wiedziała o nieludzkich pomysłach Hitlera.

Kramer empatyzował ze swoimi bohaterami, patrzył na nich całościowo, starał się ich zrozumieć. Nazistowski sędzia Ernst Janning (wielki Burt Lancaster) to postać tragiczna, świadoma, że stała się trybikiem w śmiercionośnej maszynie. Nie przestaje być przy tym wybitnym prawnikiem. Podobnie Brady, oskarżyciel z „Kto sieje wiatr”. To fanatyk i manipulator, który uważa, że daje ludziom nadzieję, a tak naprawdę im ją odbiera. Sprzedając „raj w sklepowej witrynie”, antagonizuje ich i utwierdza w gniewie. Jednocześnie jego dawne zasługi – przez długie lata był znakomity w swoim fachu – nie zostają zapomniane.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

W najwspanialszej scenie tego filmu dwóch adwersarzy siada obok siebie wieczorem na werandzie. Rozmawiają po ludzku. Wspominają, jak kiedyś byli przyjaciółmi. Teraz ich perspektywy się nie spotykają, ale i tak czują ze sobą pewną wspólnotę bezradności: ich czas odchodzi, a czasy, które nadejdą, symbolizuje cyniczny sprawozdawca procesu (Gene Kelly).

Bohaterowie Kramera nie zawsze wygrywają, czasem zostaje im smutny wzrok i przyznanie, że świat bywa strasznym miejscem. Czy można go odmienić? Warto próbować. A nawet jeśli się to nie udaje, starać się ocalić w sobie człowieka.

Przeczytaj też: Sorrentino – metafizyk niespełnienia

Podziel się

1
1
Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.