Jesień 2022, nr 3

Zamów

Być jak gorejący krzew

„Mojżesz przy krzewie ognistym”. Mozaika z połowy VI wieku w klasztorze św. Katarzyny na Synaju

W człowieczej naturze Jezusa płonie Boskość, jak w gorejącym krzewie mistyczny ogień. A co dla nas jest uobecnieniem Boga w świecie? Jak czytamy znaki naszych niespokojnych czasów?

Trzecia niedziela czasu przygotowania do Paschy odsłania przed nami najpierw obrazy z Księgi Wyjścia. Oto widzimy Mojżesza w kulminacyjnym punkcie jego życia – niespodziewanie doświadcza obecności Boga. Jahwe domaga się od niego odważnego działania, uwolnienia swoich pobratymców z niewoli potężnego władcy Egiptu. To jest nowy początek jego biografii.

I choć się lęka ognia płonącego w krzewie i broni przed nakazem tajemniczego głosu, jednak podejmuje karkołomne zadanie. Trzy razy deklaruje swoją gotowość wobec Boga. „Oto jestem” – powtarza, wierząc, że będzie z nim Ktoś, kto mówi o sobie: „Jestem, który Jestem”. Ta mistyczna scena zatrzymana została w kadrze starożytnej mozaiki w klasztorze na Synaju. Chciałbym się bacznie przyjrzeć subtelnemu arcydziełu bizantyjskich mistrzów.

Żeby najmocniej przeżyć sceny powołania Mojżesza, należałoby udać się na miejsce akcji, na Półwysep Synaj, należący dziś do Egiptu, w pobliże Góry Horeb. Okoliczni mieszkańcy nazywają ją Górą Mojżesza. Dla Żydów i dla chrześcijan to jedno z najważniejszych miejsc świętych. Ale i muzułmanie okazywali mu szacunek. Historia monoteistycznych religii zostawiła tu pierwsze ślady około trzy tysiące lat temu!

„Oto jestem” – oznacza to samo, co w przypadku młodego Samuela, Miriam z Nazaretu i samego Jezusa. To kwintesencja zawierzenia, nawet wbrew ludzkiej nadziei. Znak zapłonięcia Boską gorliwością

ks. Krzysztof Niedałtowski

Udostępnij cytat

Każdy z nas ma choćby mgliste skojarzenia z opowieściami o gorejącym krzewie, tablicach dekalogu czy złotym cielcu. To wszystko wydarzyło się tutaj! Nawet powiedzenie o mannie z nieba wzięło się z tego miejsca. Izraelici obozowali w tej okolicy ponad rok, co opisują aż trzy księgi Tory. Piętnaście wieków temu u stóp majestatycznej góry powstał najstarszy klasztor chrześcijaństwa – nieprzerwanie zamieszkiwany przez mnichów Monaster św. Katarzyny.

Ręka Boga

W głównej świątyni klasztoru, wewnątrz starożytnych murów kościoła Przemienienia Pańskiego, znajdują się mozaiki ufundowane w VI w. przez cesarza Justyniana. W tym samym czasie powstawała pod jego auspicjami w dalekim Konstantynopolu chluba Bizancjum – wielka świątynia Mądrości Bożej. W Rawennie Goci rozpoczynali budowę kościoła San Vitale. W każdym z tych miejsc artyści układali na ścianach barwne mozaiki.

Na pustynnym odludziu, u stóp Góry Horeb, Justynian chciał ozdobić święte miejsce objawienia się Boga młodemu Mojżeszowi najwspanialszą ramą artystyczną. Trzeba przyznać, że cesarski zamiar mistrzowie sztuk plastycznych zrealizowali znakomicie! W absydzie złotym blaskiem zachwyca scena Przemienienia, przechodząca płynnie w dwie mozaiki z Mojżeszem na ścianie czołowej. Jedna z nich prowadzi nas do tajemnicy spotkania z Bogiem w gorejącym krzewie, a druga obrazuje przekazanie Dekalogu. Przy tej pierwszej chciałbym się zatrzymać dłużej.

Oto widzimy smukłego młodzieńca pośród skalistego krajobrazu. Przed nim z kamienistej gleby dosłownie wybucha fontanna świeżej zieleni. Tyle kolorów na pustyni? Skąd ta ognista czerwień pośród liści? To nie są kwiaty, lecz płomienie ułożone z połyskujących kamyków. Nad ognistym krzewem wysuwa się z obłoku typowa dla sztuki orientalnej „ręka Boga” skierowana ku Mojżeszowi. Artysta uchwycił moment, gdy ten zdejmuje sandały. Skupione, nieco przerażone oblicze młodzieńca wyraża doskonale to, co stanowi kwintesencję opisu jego powołania: „Oto jestem”. Po trzykroć!

Zawołany przez Boga

Mojżesz, gdy uciekł z Egiptu, zapragnął stabilizacji, chciał założyć rodzinę. Żeby zapracować na żonę, musiał przez dłuższy czas wypasać owce swojego przyszłego teścia. Nudna rutyna zwykłego śmiertelnika. Zabrał stado na pustynię, daleko od ludzkich siedzib. Trafił w pobliże świętej góry Horeb. W środku upalnego dnia nagle zobaczył na zboczu coś, co go zdumiało – płonący krzew. Ten osobliwy krzak nie spalał się, nie ubywało go. Mojżesz bardzo się tym faktem zdziwił. I to jego zdziwienie jest pierwszym ważnym symbolem w scenie spotkania z Najwyższym. To znak jego uważności. W płonącym krzewie był Anioł Przedwiecznego. Mojżesz jeszcze nie wiedział, kto go wzywa, ale postanowił podejść bliżej. Ktoś zawołał go dwukrotnie po imieniu: „Mojżeszu, Mojżeszu”. 

Wyobraźmy sobie, że w czasie naszej medytacji, skupionej modlitwy ktoś do nas mówi po imieniu. To może oznaczać, że ten ktoś nas oczekuje, że chce nas mieć przy sobie, że domaga się naszej uważności i gotowości. Może chce w nas zapalić ogień?

Mojżesz odpowiada po prostu: „Oto jestem”. Tajemniczy głos domaga się, żeby pasterz zdjął z nóg sandały, bo ziemia, na której stoi, jest święta. On uświadamia sobie, że zbliża się do sacrum, do czegoś absolutnie innego. Nie można wejść tutaj z rozpędem, z tym, co w człowieku jest nieczyste. Więc Mojżesz zdejmuje buty. Widzimy ten moment na synajskiej mozaice jako kluczowy akt spotkania i przemiany.

Na Bliskim Wschodzie to znak czytelny do dzisiaj. Do meczetu (podobnie jak do wielu orientalnych kościołów) wchodzi się bez butów, z kimś ważnym rozmawia się na boso. To wyraz pokory, szacunku a jednocześnie doświadczenie dobrego kontaktu z ziemią, z rzeczywistością. 

Tu zaczyna się droga do wolności dla samego Mojżesza i dla jego uciemiężonego narodu. Wydaje się, że to on teraz będzie jak gorejący znak dla swojego ludu pogrążonego w ciemności. „Oto jestem” – oznacza to samo, co w przypadku młodego Samuela, Miriam z Nazaretu i samego Jezusa. To kwintesencja zawierzenia, nawet wbrew ludzkiej nadziei. Znak zapłonięcia Boską gorliwością.

Okna otwarte na nieskończoność

Powróćmy do Monasteru św. Katarzyny. Jeśli strudzony pielgrzym dotarł po nocnej wspinaczce na szczyt Góry Synaj, a potem w porannych promieniach słońca zszedł do klasztoru, będzie miał ciarki na plecach. Ze zmęczenia, ale też ze zdumienia. Krajobraz widziany na żywo podczas marszu w dół po skalistych stopniach ukaże się jego oczom we wnętrzu kościoła jeszcze raz – jako barwne tło w mozaice z Mojżeszem w roli głównej.

Gdyby wzrokiem przeniknąć mury, za wschodnią ścianą świątyni widać byłoby pustynię i poszarpane szczyty. Bardzo podobne do tych, które zostały ułożone z kolorowych kamyków ręką genialnego artysty nad ołtarzem sanktuarium. Kilka kroków dalej rośnie domniemany potomek „gorejącego krzewu” sprzed tysiącleci. To jakby ktoś pootwierał okna na wielkie tajemnice Objawienia, znajdujące się za horyzontem codzienności. Tutaj są na wyciągnięcie ręki.

O twórcach subtelnych, mozaikowych arcydzieł niewiele wiadomo. Historycy sztuki są pewni, że nie ułożyli ich jacyś przypadkowi, lokalni rzemieślnicy. Prawdopodobnie genialny artysta ze swoimi pomocnikami przybył tu z Konstantynopola, przysłany przez cesarza. Kto jak nie on umiałby wyliczyć kąty skrótów perspektywicznych, pozwalających widzieć Mojżesza na pionowej ścianie wysoko nad głowami tak, aby nie jawił się jako bardziej smukły od sąsiednich figur zobrazowanych w scenie Przemienienia na pochylonej ku widzom czaszy absydy? Tę samą zasadę znali też średniowieczni mistrzowie rzeźbiący sceny ukrzyżowania umieszczone pod gotyckimi sklepieniami. Prawidła optyki kazały im zmieniać naturalne proporcje figur, aby z perspektywy widza wyglądały właściwie.

Scenografia Objawienia

Byłem tam przed laty i wspinałem się na Górę Synaj. Doświadczyłem czegoś, co trudno zapomnieć. Do dziś noszę pod powiekami zarówno skaliste szczyty wyrastające z pustyni, jak i obrazy ukryte za wysokimi murami warownego siedliska mnichów.

Marzyłem o pielgrzymce do tego miejsca od wczesnej młodości. Kiedy po lekturze całej Biblii w wieku siedemnastu lat rozmyślałem o krajobrazach opisanych w świętych księgach – przenosiłem się duchem w regiony wówczas dla mnie niedostępne. To górzyste pustkowie na dalekim mitycznym półwyspie działało na moją wyobraźnię w sposób szczególny. Po latach wreszcie się udało! Podczas studyjnego wyjazdu do Egiptu znalazłem sposobność i lokalnego kierowcę. Długa, sięgająca za horyzont droga wspinała się na pustynny płaskowyż jak drabina patriarchy Jakuba łącząca ziemię i niebo.

Potraktowaliśmy tę pustynną wyprawę jako biblijne rekolekcje. Głośna lektura opisów tamtych wydarzeń sprzed tysiącleci w samym miejscu akcji! To było więcej niż suchy scenariusz dramatu. Scena z Księgi Wyjścia przy płonącym pustynnym krzewie, który mieliśmy wkrótce zobaczyć na dziedzińcu klasztornym, zapładniała wyobraźnię.

Klasztor otwierał ciężkie wrota i wpuszczał gości za kamienne mury kilka godzin po świcie. I znowu drżenie duszy. Najpierw na widok krzewu rosnącego tuż za absydą świątyni. Nie bardzo wiadomo, czy to potomek tamtego, w którym objawił się „Jest, który Jest”, ale sama świadomość miejsca i ciągłości podszeptywała mi zdjęcie butów. Potem we wnętrzu zadziwiający fresk, który ukazuje Bogurodzicę jako płonący krzew. Czerwone gałęzie przenikają cały korpus Maryi. To wyrafinowany koncept teologiczny przełożony na język ikonografii miejscowej szkoły malarskiej. Boski ogień, który przenika bez reszty, ale nie niszczy dziewictwa.

Między gorejącym a nieurodzajnym

Dzieje Mojżesza stały się dla ewangelistów kanwą do opisania życia i misji Jezusa. Ten nowy Mojżesz ustanawia nowe prawo, powołuje do istnienia nowe Królestwo Boga między ludźmi. Tym razem zaproszenie skierowane jest do wszystkich ludzi. W człowieczej naturze Jezusa płonie Boskość, jak w gorejącym krzewie mistyczny ogień. Możemy tym tropem iść dalej, pytając, co dla nas jest uobecnieniem Boga w zjawiskach empirycznego świata? Jak czytamy znaki naszych niespokojnych czasów? A może każdy z nas powinien stać się gorejącym krzewem przenikniętym Boskim duchem? Przecież święta żarliwość nie niszczy ludzkiej natury. Wręcz przeciwnie, ma moc ją przemienić, przebóstwić!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Najgorsza jest obojętność, nieurodzajność. Ale nawet wtedy Jezus zapowiada niezwykłą cierpliwość. W ewangelicznej perykopie trzeciej niedzieli Wielkiego Postu Łukasz przywołuje przypowieść Jezusa o cierpliwym ogrodniku. Figowiec, który nie przynosi owoców, chce on wziąć pod szczególną opiekę. Zatroszczyć się o niego bardziej niż o urodzajne drzewa. Może to spowoduje oczekiwany skutek, roznieci iskrę Boskiego ducha płodności?

Między Mojżeszowym „Oto jestem”, wypowiedzianym wobec gorejącego krzewu a smutkiem i troską Jezusa wyrażoną przy nieurodzajnym figowcu, rozpościera się przestrzeń na nasze decyzje o zaangażowaniu w odnawianie oblicza ziemi… Tej ziemi, która niszczona jest przez przemoc, zachłanność, plemienność. Jak za czasów faraonów, cezarów i wszelkiej maści dyktatorów. Właśnie jest czas na owocowanie.

Przeczytaj też: Przemienienie – Boskie i nasze

Podziel się

5
Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.