Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Trzeba zapić tę miłość

Maciej Stuhr i Teodor Koziar w filmie „Powrót do tamtych dni”, reż. Konrad Aksinowicz, Polska 2021. Fot. Konrad Chmielowski / Materiały prasowe Kino Świat

W „Powrocie do tamtych dni” pijackiej jazdy nic nie zapowiada, ale wszyscy wiedzą, że nastąpi. Film Konrada Aksinowicza pokazuje, jak powolny rozpad dotyka rodzinę uzależnionego.

W „Powrocie do tamtych dni” nie widzimy retrospektywy (choć oryginalna, bardziej rozbudowana wersja scenariusza napisanego przez Konrada Aksinowicza w trzy dni zaczynała się od powrotu dorosłego bohatera do rodzinnego domu), którą zapoczątkowałoby dramatyczne wyznanie. Gorzkie słowa padają choćby w „7 uczuciach” Marka Koterskiego, kiedy dorosły Adaś Miauczyński informuje, że właśnie rozpadło mu się małżeństwo, przyznaje się do nieumiejętności budowania trwałych relacji i dodaje, że stale towarzyszą mu lęk i smutek (film Koterskiego opatrzony jest zresztą cytatem z książki „Ani grzech, ani choroba…” Wiktora Osiatyńskiego, poświęconej alkoholizmowi). U Aksinowicza mamy oglądane w sobotni poranek „5-10-15”, klocki Lego i paczkę kumpli jeżdżących na desce. Chwilę później niespodziewanie z Ameryki wraca ojciec alkoholik, Alek (Maciej Stuhr), choć to rodzina miała przyjechać do niego.

Wesprzyj Więź.pl

Może dziwić tak proste wyłożenie filmowej sytuacji. Problem w tym, że takiego szybkiego przejścia dokonuje sam reżyser. „Powrót do tamtych dni” do pewnego momentu zanosi się na oryginalne, jak na polskie warunki, kino coming-of-age. Deskorolka automatycznie odsyła do amerykańskich pierwowzorów, m.in. klasyka lat 90. – „Dzieciaków” Lenny’ego Clarka czy niedawnego spojrzenia na ten okres – „Najlepszych lat” Jonaha Hilla (oryginalny tytuł „Mid90s” wydaje się odpowiedniejszy).

Twórca „Powrotu do tamtych dni” przeszedł terapię, dlatego alkoholowe upodlenie postanowił pokazać na poważnie

Radosław Góra

Udostępnij tekst

W obu filmach brutalizacja mieszała się z dziecięco-nastoletnimi fantazjami. Deska nie tylko stanowiła sposób na ucieczkę z dysfunkcyjnych domów, lecz także była tożsamościowym głosem tamtego pokolenia, próbą indywidualnej ekspresji, również możliwością postawienia się opresyjnemu systemowi – przeganiającej skaterów policji. Z kumplami robiło się wszystko – przede wszystkim dzieliło się seksualnymi doświadczeniami, choć już niekoniecznie opowiadało o prywatnych problemach. Jasne, te relacje często były płytkie, a ryzykowne i niebezpieczne zachowania, na jakie decydowali się bohaterowie, wynikały właśnie z doznanych krzywd i konieczności dowartościowania oraz akceptacji ze strony innych, ale mimo wszystko potrzebę przynależności można potraktować jako poszukiwanie zdrowego pierwiastka w swoim życiu.

Tego w „Powrocie do tamtych dni” nie zobaczymy. Zarys towarzyskiej sytuacji Tomka (po raz pierwszy na ekranie Teodor Koziar) zamyka się tak naprawdę w początkowej ekspozycji i nie wykracza za bardzo poza to, co zaprezentowano w trailerze. Koledzy nie mają ojców alkoholików, ale tylko dlatego, że się bez nich wychowują, seks natomiast to dla nich próba osiągnięcia erekcji przy oglądanym na wideo zagranicznym porno, chęć dotknięcia piersi klasowej koleżanki i szczeniackie dowcipasy. Ostatecznie „rywalizacja” o nowo przybyłą dziewczynę naraża na szwank kumpelskie relacje, skazując Tomka na jeszcze większą samotność. Wspólny język znajdzie na moment z równie skrzywdzonym klasowym prymusem – zalęknionym sztywniakiem.

Aksinowicz nie buduje żadnej przeciwwagi dla alkoholowej scenerii, którą za chwilę będzie nieprzerwanie epatował z ekranu, choć sam w wywiadach przyznawał, że to właśnie podwórko i przyjaciele byli dla niego ratunkiem. Ekranowy Tomek jest całkowitym przeciwieństwem twórcy z dzieciństwa. Decydując się na taki zabieg, reżyser zrobił – jak określiła ten film Anita Piotrowska w „Tygodniku Powszechnym” – kino interwencyjne.

Pijackiej jazdy nic nie zapowiada, ale wszyscy wiedzą, że nastąpi. Żona (Weronika Książkiewicz) na powrót męża reaguje nerwowo, Tomek na widok ojca czuje się zmrożony i dopiero po chwili biegnie, by się przytulić. Nadchodzący krach w głębi duszy przeczuwa chyba także sam Alek. Zanim jeszcze dojdzie do pierwszego incydentu, kamera w zbliżeniu pokazuje jego zaszklone oczy wyrażające samotność i strach. Prawdziwym katalizatorem wódczanej agresji nie jest wcale scysja przy rodzinnym stole podczas – nomen omen – zakrapianych alkoholem urodzin Alka, lecz jego chorobliwa zazdrość, narastająca w bachicznym ciągu. 90-metrowe mieszkanie okazuje się wówczas za małe – staje się klaustrofobiczną przestrzenią, pułapką, królestwem pana domu. Paranoiczne stany, do jakich doprowadza się mężczyzna, przypominają te Jacka Torrance’a z „Lśnienia”. Aksinowicz przyznawał się zresztą do studiowania filmu Stanleya Kubricka, podkreślając, że reżyser pominął wątek alkoholizmu bohatera, obecny w powieści Stephena Kinga. W „Powrocie do tamtych dni” zamiast siekiery, z którą latał Jack Nicholson, mamy Stuhra uzbrojonego w nóż.

Naturalistyczne sceny (kamera Jakuba Jakielaszka przypatruje się nawet, jak na wpół przytomny Alek zasikuje łóżko) zbliżają film Aksinowicza do „Pod Mocnym Aniołem” Wojciecha Smarzowskiego, z kolei syn starający się ratować ojca z alkoholowego nałogu przywodzi na myśl „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego. „Powrót do tamtych dni” w swoich najmocniejszych momentach pozbawiony jest jednak zabawnych nut. Nie trzeba być specjalistą – wystarczy spojrzeć na Chandlera Binga z „Przyjaciół”, dziecko rozwiedzionych rodziców – by wiedzieć, że śmiech to w gruncie rzeczy mechanizm obronny, mający na celu rozładowanie nieprzyjemnych emocji i odzyskanie utraconej kontroli. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Aksinowicz, który przeszedł terapię, dlatego alkoholowe upodlenie postanowił pokazać na poważnie.

„Piję, bo muszę” – mówi Alek, niejako cytując Gospodarza z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Wewnętrzny przymus sięgania po alkohol różnił się, co oczywiste, na przestrzeni dekad. Pisze o tym Iwona Kurz w tekście „Kieliszki w dłoń. Motyw alkoholu w powojennym kinie polskim”, odwołując się do pism niemieckiego filmoznawcy Siegfrieda Kracauera, który twierdził, że ukazana sytuacja jednostki w rzeczywistości odzwierciedla kondycję całego społeczeństwa. Picie na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy ludność mierzyła się z wojenną traumą, różniło się od tego z lat sześćdziesiątych, gdy socrealizm dał przyzwolenie na powszechne sięganie po procentowe trunki. Pijaństwo dotykało wszystkie klasy, w tym inteligencję. Na ekranie spożywanie wódki stanowiło wyraz jej wewnętrznych rozterek. 

Pijącym inteligentem jest też Alek. Klasowy charakter filmu podkreśla scena z nauczycielką, która zauważa, że z Tomkiem dzieje się coś niedobrego – dostaje ostatnio same jedynki, a przecież pochodzi z inteligenckiej rodziny. Nałóg ojca to jednak już inny alkoholizm – sprzęgnięty z kapitalizmem. American dream w wypadku Alka okazał się zwodniczym hasłem. Tamtejszej rozgłośni radiowej nie zawojował, za to stał się prekariuszem. To właśnie wtedy wrócił do picia, mimo że przed wylotem mógł się pochwalić kilkuletnią abstynencją. Choć w filmie aż tak bardzo to nie wybrzmiewa, niepewnością o przyszłość podszyty jest również jego powrót do Polski – żona się pyta, co będzie teraz robił, a od właściciela wypożyczalni, eksemigranta, słyszy, że pieniądze trzeba w coś zainwestować, bo inaczej szybko się rozejdą.

Wesprzyj Więź

Powolny rozpad dotyka natomiast rodzinę. Niczym w „Zagładzie domu Usherów” Edgara Allana Poego wewnętrzny rozkład obrazuje stan mieszkania, stopniowo przypominającego coraz bardziej melinę. Rodzinna próba zapanowania nad nałogiem w postaci racjonowania procentów udać się po prostu nie może, zwłaszcza gdy chory odmawia fachowej pomocy. Rzucone przez kogoś „Chce pić, będzie pić” brzmi jak echo słów pijaka Władka z „Pętli” Wojciecha Jerzego Hasa: „Kto pije, będzie pił. To zabawa bez mety”. Noce upływają pod znakiem rozrób, za dnia trzeba to z kolei odespać. I tak bez końca.

Aksinowicz „zapętla” rzeczywistość, pozbawiając bohatera nawet poczucia czasu. Kiedy Alek nie może już mówić, przemówi za niego nagranie. Obiektyw skierowany na twarz to powtórzenie gestu z finału „Amatora” Krzysztofa Kieślowskiego, w którym Filip Mosz, grany przez Jerzego Stuhra, swoisty „nałóg”, jakim było kręcenie filmów, przypłacił utratą rodziny.

Przeczytaj też: Długość dźwięku bezradności. „Żeby nie było śladów”

Podziel się

2
Wiadomość