Lato 2021, nr 2

Zamów

„Miałem zamiar spędzić noc… obok grobu człowieka, który od dzieciństwa był moim bohaterem”

Po utracie Endurance Shackleton i jego załoga próbowali ciągnąć szalupy po lodzie, rok 1916. Fot. Hulton Archive / Getty Images

Henry Worsley, wnuk dowódcy statku Ernesta Shackeltona, z dwoma innymi potomkami załogi powtórzył trasę legendarnego polarnika.

Fragment książki „Biała ciemność” Davida Granna, przekład Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2021

Kiedy Henry Worsley zaczął dowodzić ludźmi na polu walki, starał się naśladować Shackletona. Rezygnując z przywilejów wynikających z rangi, zaprzyjaźnił się z żołnierzami ze swojej jednostki i dzielił się z nimi obowiązkami. Kiedy jego żołnierze ogolili głowy, też się ostrzygł – chociaż, jak zwrócił mu uwagę jeden z jego przełożonych, „nie pasowało to do oficera”. Worsley starał się wykazywać cierpliwość, optymizm i dać swoim ludziom do zrozumienia, że „ich dobro, ich życie są najważniejsze”.

Nick Carter, do niedawna szef sztabu generalnego, czyli dowódca brytyjskiej armii, powiedział, że Worsley miał „bardzo troskliwe i wyrozumiałe podejście do swoich żołnierzy – albo, jak lubimy ich nazywać, swoich strzelców”. „Należał do ludzi, za którymi inni podążają, ponieważ był przywódcą, którego chce się naśladować. Ludzie chcieliby być tacy jak on” – dodał Carter.

Chociaż Worsley zasadniczo był powściągliwy, miewał też chwile ekstrawagancji. Kiedy nie musiał nosić munduru, lubił założyć jaskrawy pasek albo koszulę. Miał w domu fretki i jeździł harleyem davidsonem, często z cygarem w zębach. Podobnie jak Shackleton, który uważał poezję za „niezbędny lek dla umysłu”, potrafił cytować z pamięci wiersze takich autorów jak Robert Browning i Rudyard Kipling. (…)

W 1988 roku Worsley, wtedy już w stopniu kapitana, został powołany do Special Air Service. Krążyły legendy o niebywałej sprawności i brawurowych wyczynach żołnierzy tych oddziałów odzianych w czarne uniformy. Podobnie jak powstawały poradniki na temat metod Shackletona, ukazywały się też książki o tym, jak opanować „techniki przetrwania” i „praktyczne przywództwo” wzorowane na SAS, a także jak budować „umysł zespołowy” oraz „wolę przetrwania”.

Worsley zapisał się na kurs dla kandydatów do SAS, tak wyczerpujący fizycznie, że ludziom zdarzało się umierać w trakcie. W 2013 roku dwóch mężczyzn podczas długiego marszu dostało zapaści i zmarło z powodu upału, trzeciego przewieziono do szpitala, ale zmarł na skutek niewydolności narządów. (Jak głosi legenda, po tym jak dwóch kandydatów zginęło podczas kursu w 1981 roku, główny instruktor zauważył: „Poprzez śmierć natura mówi ci, że poniosłeś porażkę”).

Kurs trwał sześć miesięcy, a na pierwszym etapie Worsley musiał odbyć serię marszów, które należało ukończyć w określonym czasie, znanych jako marsze śmierci, przez Brecon Beacons, łańcuch górski w Walii. Maszerował przez wiele dni w pełnym uzbrojeniu i z ciężkim plecakiem, jadł niewiele, głównie pił wodę. Widział, jak inni kandydaci załamują się i rezygnują; ich umysły często poddawały się wcześniej niż ich ciała. Kulminacją była próba zwana „Endurance” – marsz prowadzący przez szczyt o wysokości 900 metrów; odcinek o długości ponad 60 kilometrów należało ukończyć w mniej niż 22 godziny, niosąc dwudziestopięciokilogramowy plecak.

David Grann, „Biała ciemność”
David Grann, „Biała ciemność”, przekład Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2021

Kiedy zaliczył tę część kursu, przewieziono go samolotem do Brunei, a następnie helikopterem do dżungli pełnej orangutanów, panter mglistych i jadowitych węży. Musiał tam przetrwać tydzień, kryjąc się przez oddziałem żołnierzy, których zadaniem było go wytropić. Koordynatorzy kursu mieli w lesie swoich obserwatorów, żeby ocenić, z jakiej gliny Worsley jest ulepiony. Później został poddany przesłuchaniu, które miało go złamać. „Biją cię” – opowiadał reporterowi jeden z kandydatów, dodając, że przesłuchujący wykorzystują każdą twoją słabość. „Jeśli boisz się pająków, użyją tego przeciwko tobie”.

Kurs udaje się pomyślnie przejść zaledwie 15 procentom kandydatów. Worsley był jednym z nich. Jak powiedział pewien oficer SAS i jego znajomy, jego „łagodne, artystyczne usposobienie skrywało prawdziwie żelazny kręgosłup”. Worsley służył w SAS przez dwie tury, co było rzadkim wyróżnieniem dla młodszego oficera.

Pewnego wieczoru w 1989 roku Worsley poznał na przyjęciu w Londynie Joannę Stainton. Podczas gdy on na imprezach towarzyskich był nieco wycofany, Joanna, wysoka, pełna wdzięku kobieta o kasztanowych włosach, czuła się całkiem swobodnie. Pracowała przez jakiś czas w Los Angeles przy produkcji wideoklipów dla MTV. Chociaż lubiła podróżować, nie znosiła biwaków ani zimowego chłodu, a już zwłaszcza fretek. (…) Uwielbiała jednak w Worsleyu to, że jest niby z minionych czasów: „człowiek, który minął się ze swoją epoką”, jak określił go kiedyś jeden z krewnych – który wierzy niezłomnie w ideały odwagi i poświęcenia.

Podobały jej się jego ekscentryczne zainteresowania, to, że recytował jej wiersze i trzymał ją w swoich stalowych ramionach. A on lubił jej tupet i umiejętność nawiązania rozmowy z każdym, czy to na wernisażu, czy w schronisku dla bezdomnych, gdzie często pracowała jako wolontariuszka. Podobało mu się też to, że Joanna potrafi przebić się przez jego stoicyzm i odsłonić jego ukryte ja, zawsze nalegając, żeby „ruszył spełniać swoje marzenia”. Choć tak niezależna, stanowiła najpewniejszą opokę w jego życiu. Nazywał ją swoją skałą.

Pobrali się w 1993 roku. Max urodził się w kolejnym roku, a Alicia w 1996. Nick Carter powiedział: „Worsley tęsknił za przygodą, ale też cieszył się, że może być w domu z rodziną – uczyć swojego syna strzelać albo tropić, albo po prostu rąbać drewno na zimę czy kosić trawę”. Z powodu misji wojskowych sporo czasu jednak spędzał z dala od rodziny, podobnie jak jego ojciec. W 2001 służył w Bośni, kiedy na ulicach wybuchły zamieszki. Jeden z mieszkańców został pobity na śmierć, a tłum zaczął gonić Worsleya. Jak wspominał w swojej książce, próbował się ukryć w kawiarni, ale tłum napierał, ludzie rzucali kamieniami i rozbili okna. „Jak poradziłby sobie Shacks?” – zapytał sam siebie. Wiedział, że jeśli pozostanie w kawiarni, sytuacja tylko się pogorszy.

„Musiałem być zdecydowany i działać, tak jak to robił Shackleton”. Wypatrzył w oddali miejsce, gdzie mógłby się schronić, i ruszył w tamtą stronę, pędząc przez szturmujący tłum i wzywając swój oddział. Potem uspokoił zamieszki, rozstawiając dookoła swoich żołnierzy i przekonując prowodyrów, żeby się wycofali – za pomocą, jak potem określił to Carter, „bardzo subtelnego połączenia przymusu i negocjacji”. W 2002 roku Worsley otrzymał odznaczenie Queen’s Commendation for Valuable Service, „w uznaniu za chwalebną i wyróżniającą się służbę”. (…)

Tymczasem jego fascynacja Shackletonem wyraźnie się pogłębiała. Spędzał godziny w antykwariatach i domach aukcyjnych, poszukując pamiątek, które nazywał „shackletonianami”: książek z autografem polarnika, jego zdjęć, dzienników i innych przedmiotów. „Henry wydał na to wszystko fortunę”, wspominała Joanna. Na jednej aukcji licytował gorączkowo pierwsze wydanie South, książki Shackletona o wyprawie Endurance – egzemplarz, w którym autor wpisał dedykację dla swoich rodziców: „Z uściskami od Ernesta, Boże Narodzenie 1919”.

Za każdym razem, kiedy Worsley składał ofertę, ktoś licytujący anonimowo przez telefon podbijał stawkę, aż w końcu zdobył łup za cenę 7000 dolarów. Kilka tygodni później, z okazji dziesiątej rocznicy ślubu, Joanna dała mu prezent: ten właśnie egzemplarz z dedykacją. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, kim jest drugi licytujący. Worsley uważał tę książkę za „najcenniejszą rzecz, jaką ma”.

W listopadzie 2003 roku odbył pielgrzymkę do miejsca, o którym marzył jeszcze jako chłopiec: na Georgię Południową. Shackleton i Frank Worsley znaleźli tam schronienie po zatonięciu „Endurance”, a potem wrócili na tę wyspę w 1922 roku, szykując się do kolejnej polarnej wyprawy. Niestety dzień po przybyciu Shackleton dostał zawału serca i zmarł. („Jego bezruch był dla mnie zdumiewający, bo bezruch był ostatnią rzeczą, jaka mogłaby go dotyczyć”). Kiedy Frank Worsley wraz z innymi członkami ekspedycji pochowali Shackletona na cmentarzu na wyspie, zebrali kamienie i ułożyli kopiec, by zaznaczyć miejsce pochówku. Jak wspominał Worsley, gdy wznieśli ten prowizoryczny pomnik, „uderzyła w nas zawieja, niczym duch huraganu, w jakim zbliżaliśmy się do Georgii Południowej po przepłynięciu łodzią z Elephant Island”.

Ponad osiemdziesiąt lat później Henry Worsley, niosąc plecak i śpiwór, otworzył furtkę cmentarza i wszedł do środka. Był zmierzch, więc ledwo mógł dostrzec kopiec i granitowy nagrobek, na którym wyryto parafrazę słów z wiersza Roberta Browninga: „Uważam, że człowiek powinien z całych sił dążyć do przeznaczonego mu celu”. Worsley położył śpiwór na ziemi i wsunął się do niego, twarzą do nagrobka. „Wyciągnąłem rękę, żeby go dotknąć, i poczułem wtedy, jaka to ważna chwila w moim życiu” – pisał później. „Miałem zamiar spędzić noc… obok grobu człowieka, który od dzieciństwa był moim bohaterem”.

Moje dni szybko zmieniały się w bezwzględną walkę ze zmęczeniem
„Moje dni szybko zmieniały się w bezwzględną walkę ze zmęczeniem” – pisał Worsley

Potem znalazł sonet, napisany przez podróżnika z Nowej Zelandii o nazwisku Hugh de Lautour, oddający jego uczucia tak bardzo, że zapisał go sobie i często recytował z pamięci:

Spoczywaj, sir Erneście, tu, pod swoją gwiazdą,
Co wiodła cię przez trudy aż do „życia celu”:
Nie naukowe laury, lecz sławę przywódcy
Zdobyłeś; takiej chwały nie zaznało wielu

Niech cię noc długa tuli. Bóg wie, żeś zasłużył
 Na odpoczynek, boś bitwę zwyciężył niełatwą
Z bieguna białą armią, a tych, co szli z tobą
Z ciemnego progu śmierci wywiódł znów ku światłu

Jakże wielką musiałeś mieć w sercu wytrwałość,
By dzień po dniu wypełniać to samo zadanie:
Pośród głodu i mrozu nie poddać się śmierci,
Choć nie byłaby hańbą, walczyć o przetrwanie?

Jak zdołałeś ocalić wszystkich towarzyszy?
Bóg wie. On był tam z tobą w antarktycznej ciszy.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Po podróży na Georgię Południową Worsley jeszcze bardziej zapragnął odbyć własną wyprawę polarną, by osiągnąć „cel swego życia”, ale wątpił, czy mu się kiedykolwiek uda. Jak to ujął: „Obawiałem się nieznanego – planowania, treningu, zbierania funduszy, i oczywiście ryzyka porażki”.

Tytuł od redakcji

Przeczytaj także: Czy Asyryjczycy muszą zginąć?

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.