Jesień 2021, nr 3

Zamów

Jerzy Stuhr: Zawsze bałem się ludzi nieufnych

Jerzy Stuhr w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Na czworakach” w Teatrze Polonia. Warszawa, 2015. Fot. Teatr Polonia

Sartre nie miał racji, piekło to my – mówi Jerzy Stuhr.

Fragment książki „Myśmy się uodpornili. Rozmowy o dojrzałości”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Mando (Kraków 2019)

Andrzej Luter: Pan nakręcił „Korowód”, ważny film o lustracji, trochę niedoceniony. 

Jerzy Stuhr: Dla mnie to znowu film wywiedziony z osobistego dylematu. 

Mianowicie? 

– Byłem rektorem szkoły teatralnej w Krakowie. PiS rządził pierwszy raz. (…) i zarządzili tę lustrację. Każdy kierownik każdego zakładu musiał przyjąć oświadczenia wszystkich pracowników. Czytam kolejne pisma, a w nich: „nie byłem”, „nie byłem” (…) „nie byłem”, „byłam”… dziewczyna, w której się podkochiwałem, aktorka, pedagog. I to było straszne brzemię. Dowiedziałem się także, wie ksiądz, że nie można nikomu tego powiedzieć. To było dość ciężkie. Zauważyłem również, że ci ludzie zaczęli mnie unikać. (…).

Żyjemy w mitach solidarności i mądrości tego narodu, lubimy wierzyć, że zawsze przelewał krew za wolność, że jest tak mądry. A nagle widzimy, eee, tacy mądrzy to nie jesteśmy, otumanić dajemy się bardzo szybko

Jerzy Stuhr

Udostępnij cytat

Tak się narodził „Korowód”. Z takiego dylematu, że nie masz prawa oceniać czyichś działań, bo motywy mogą być różne. A jeśli ktoś z miłości został konfidentem? Teraz Matuszyński będzie robił film o Grzesiu Przemyku. (…) Tam jest dramatyczny wątek wojskowego pułkownika, w stanie spoczynku, który zostaje konfidentem SB, żeby ratować syna. Dostojewski! Został konfidentem, współpracownikiem SB, żeby ratować syna, żeby go chronić. Dlatego zrobiłem także „Korowód”. Historia człowieka, który z miłości doniósł, i nie uwolni się od tej winy do końca życia. 

Lustracja w Polsce od początku była postawiona na głowie, nie służyła prawdzie. To był brutalny element gry politycznej. Utrącano ludzi, zabijano ich w życiu publicznym. (…) Zawsze uważałem, że teczki nie można traktować jak Biblii, a zresztą samą Biblię trzeba też umieć interpretować, bo cytatami wyrwanymi z kontekstu można udowodnić wszystko. (…) Rozmawiamy po zamordowaniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. W mediach pada wiele słów, że może to będzie ten wstrząs, który obudzi nasz kraj, że zwycięży dobro. (…) A jak pan odbiera te tragiczne wydarzenia, z nadzieją czy bez nadziei? Wierzy pan w katharsis? 

– Miałem od dawna przeczucie, że coś tak strasznego może się stać w naszym kraju. Jestem aktorem, wychowałem się na systemie Stanisławskiego. Całe zawodowe życie, jak tylko się dało, używałem jego Metody. „Wchodziłem w okoliczności założone” (jego termin), czyli inaczej starałem się postaci kreowane zrozumieć i wczuć się w nie emocjonalnie. Znaleźć motywację. Zrobię to i teraz. Mam dwadzieścia parę lat. Nienawidzę pracy, nie umiem nic, chcę być sławny i mieć pieniądze. One są w bankach. Czytam, że co chwilę je sobie ktoś zabiera. A to w SKOKach, a to w Amber Gold (…)

No to i ja mogę sobie wziąć. Żeby wziąć, muszę udawać napad. Tylko udawać, nikomu krzywdy nie zrobię atrapą pistoletu, najwyżej baby w kasie nastraszę, będą jaja! I pieniądze już mam, jeszcze tylko sława. Wpadam i dostaję wyrok. Ponad pięć lat i to zasądza sędzia, który, jak słyszę w telewizji, jest złodziejem, kradnie w sklepie i, jak mówi jeden minister, zakopuje sztaby złota w ogrodzie. Taka kanalia daje mi, młodemu, niewinnemu człowiekowi pięć lat odsiadki!

A ja dla żartu chciałem mieć trochę grosza, postraszyłem wiatrówką, chciałem sobie tylko na Kanary pojechać i tu nagle pięć lat! Co za sukinsyny z tej Platformy, która rządzi tym krajem. Jak wyjdę, zrobię coś strasznego, ale muszę być sławny. Już mam upatrzonego takiego jednego. W telewizji mówią, że anty-Polak, naszych żołnierzy nie chciał na Westerplatte wpuścić, oszukuje moją Polskę, kradnie – tak o nim co chwilę mówią w telewizji. Jest prezydentem mojego miasta. Musi zginąć, a ja będę sławny. (…)

Może jakiś nowy zagorzały fanatyk gdzieś właśnie teraz wydaje 26 złotych na nóż… Takie to, proszę księdza, motywy i „okoliczności założone” mógłbym przyjąć, analizując mordercę. Nie powiem za Jurkiem Owsiakiem, że to „dziki kraj”, bo w TVP powiedzieli, że to mowa nienawiści, ale zaczynam się bać! Mój syn Maciek oświadczył publicznie. że bojkotuje Telewizję Publiczną. Nie występuje, nie ogląda. Mnie też tam nie wpuszczają. Sartre nie miał racji, że piekło to inni. Piekło to MY! 

(…) A zatem Chrystus przestrzega konkretnie MNIE przed piekłem, które mogę zgotować sam sobie we własnym wnętrzu. W przeciwnym razie mówienie o piekle staje się czymś neutralnym. Człowiek, który odrzuca „piekło osobowe” potrafi zgotować piekło na ziemi innym, i być nawet z tego dumnym, bo traci świadomość zła. Łaska i dobroć Boga nie znają jednak żadnych granic. (…) Panie Jerzy, ale wróćmy na scenę. Czy polskie podziały ujawniają się także w teatrach? 

– Zawsze bałem się ludzi nieufnych, nie umiałem współpracować z nimi w teatrze. Teatr był dobrym papierkiem lakmusowym, bo tam musisz spojrzeć prosto w oczy komuś w tej fikcyjnej rzeczywistości, którą tworzysz i uwierzyć w nią. Jak widziałem, że ktoś jest niechętny, to ja nie potrafiłem w ogóle z nim nawiązać kontaktu na scenie. (…) bo widzę, że ktoś unika mojego wzroku, ktoś nie patrzy mi prosto w oczy. Nie umiem się przed nim otworzyć, nie umiem znaleźć dziecka w sobie, stojąc przed nim.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

To, co zawsze mówię studentom: „Aktorstwo zaczyna się od momentu, kiedy sobie głęboko spojrzycie w oczy. Ufność jest najważniejsza! Ufność!!!”. 

Jerzy Stuhr – ur. 1947, filolog polski, aktor teatralny i filmowy, reżyser, profesor sztuk teatralnych, nauczyciel akademicki, pisarz. Stworzył około 170 ról filmowych i 80 teatralnych

Przeczytaj także: Andrzej Luter: Odklerykalizować Kościół

Podziel się

1
Wiadomość

Komentarze (2)

Panowie zapomnieli o tym, że donosy łamały życie tym, na których donoszono. Że dzisiaj wygląda to na dylemat moralny pięknoduchów. Nie wspomina się o tych, którzy tracili pracę, trafiali do karnych jednostek wojskowych, byli rujnowani. Tego nie ma w tych wypowiedziach. Bo zwykły robotnik się nie liczy, Satra nie czytał, niech ogląda swoich donosicieli na piedestale i próbuje zrozumieć, że taka była konieczność dziejowa. Napiszcie państwo historię choćby Henryka Jagielskiego…

Donosy (i winy) bieleją z upływającym czasem.
Tę samą miarę przyłożono do krzywd – powinny zbieleć, przestać boleć, powinno się je wybaczyć, a najlepiej zapomnieć.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.