Jesień 2021, nr 3

Zamów

„Powiedz prawdę…”. Adam Zagajewski kieruje w stronę piękna

Adam Zagajewski (z lewej) i Marek Kondrat. Fot. Adam Walanus / adamwalanus.pl

Bywał postrzegany jako klasyk, ktoś spoza głównego nurtu poezji. A jednak w wybranej samotności był wierny samemu sobie i swojemu poetyckiemu powołaniu.

Odszedł poeta. Poeta, który należał do plejady twórców wyznaczających kierunki rozwoju polskiej literatury minionego półwiecza. Plejady wielkich. Dzięki którym mamy szczęście, że możemy czytać wiersze opisujące i nazywające nas, nasze doświadczenia, lęki i nadzieje.

Zagajewskiego miasta mityczne

Adam Zagajewski urodził się 21 czerwca 1945 roku we Lwowie. Niedługo potem, tuż po zakończeniu wojny, gdy przyszedł pokój, a wraz z nim zmieniły się granice, jego rodzina utraciła rodzinny Lwów i zamieszkała w Gliwicach. Ten motyw – utraty i niedokończonego zakorzeniania się w nowym miejscu – stanie się później u poety jednym z ważniejszych (wspomnijmy poemat „Jechać do Lwowa” czy w esej „Dwa miasta”).

Nie chodziło jednak o samą nostalgię (przecież odziedziczoną, nie własną) ani tym bardziej o historyczny resentyment, ale o opisywanie swojej tożsamości. Lwów był legendą, opowieścią, czymś, za czym trzeba tęsknić, ale co w konkretnym, doświadczanym świecie nie istnieje; bytem idealnym, wykreowanym, istniejącym tylko w wyobraźni, we śnie, ale paradoksalnie przez to – realnym w przeżywaniu.

Po zamachu 11 września 2001 roku „The New Yorker” opublikował wiersz Zagajewskiego „Spróbuj opiewać okaleczony świat” jako poetycki komentarz do tragedii

Udostępnij cytat

Rzeczywiste materialnie i namacalne były natomiast Gliwice, niedorastające do zmitologizowanego Lwowa, a przecież mające szczęście do ważnych ludzi kultury. Tam przed wojną urodził się Horst Bienek, który właśnie to miasto przeniósł do literackiej legendy jako świat utracony – lustrzane odbicie Lwowa Zagajewskiego. Tam wraz z poetą, w jednej kamienicy, dorastał Wojciech Pszoniak. W Gliwicach urodził się i wychowywał Julian Kornhauser. Tam przez kilkanaście lat, akurat w latach dojrzewania Zagajewskiego, Kornhausera i Pszoniaka, mieszkał Tadeusz Różewicz. Wszyscy rozjechali się po świecie, ale genius loci Gliwic w nich pozostał.

Piszę tyle o miastach Zagajewskiego, bo kulturowe zakorzenienie – bądź jego brak – stawało się dla niego punktem odniesienia w twórczości. Tak było z wybranym Krakowem, wybranym dwukrotnie – gdy młody poeta udał się tam na studia, a potem gdy w 2002 roku wrócił z emigracji. Tak było z Paryżem, gdzie mieszkał przez 20 lat, w mniejszym stopniu z amerykańskimi Houston i Chicago, w których wykładał. Jego miejsca zmieniały się w literacki mit, niosły kulturowe znaczenia. Każde odgrywało inną rolę. 

Bo Zagajewski był poetą kultury, szukającym oparcia w literaturze, sztuce, filozofii. Kultura nie była dla niego jednak sferą oderwanego od rzeczywistości ducha. Wręcz przeciwnie – kultura, tak jak ją odczytywał, była mocno zakotwiczona w konkrecie, jej sens polegał na tym, że przedstawiała świat. Dlatego miasta Zagajewskiego, nie tylko dwa, jak w tytule eseju z 1991 roku, to miasta znaki i miasta konkretu.

„Do tego służysz”

Chodziło o opisanie rzeczywistości, słowo w poezji miało nazywać, przylegać do rzeczy, wyrażać prawdę. To był program pokolenia, który najdobitniej wyrazili Zagajewski i Kornhauser w książce krytycznej „Świat nie przedstawiony”, wydanej w 1974 roku. Pokolenie Nowej Fali, nadzwyczaj bogate w talenty (dość przypomnieć nazwiska Stanisława Barańczaka, Ryszarda Krynickiego, Ewy Lipskiej, Rafała Wojaczka, Piotra Sommera, Stanisława Stabry), wprowadziło ferment do literatury przełomu lat 60. i 70. XX wieku (zresztą to pokolenie wydało też wybitnych twórców filmu, teatru, muzyki).

W poetyce wyraźnie nawiązywali do doświadczeń awangardy, rożnych jej odmian, ale wspólnej dla wszystkich jako szkoły badania możliwości języka. Celem było jednak wyjście poza samą poetykę. Chodziło właśnie o przedstawienie świata, opisanie go, nazwanie. W tamtej sytuacji oznaczało to coś znacznie więcej niż zmaganie z materią wiersza, mocą czy niemocą języka, filozoficznymi roztrząsaniami realizmu i nominalizmu – mówienie prawdy miało konsekwencje etyczne i polityczne. Dlatego wielu autorów pokolenia, wśród nich właśnie Zagajewski, już w latach 70. związało się z opozycją. Przedstawianie świata okazało się aktem niezgody na zakłamanie. Miało daleko idące konsekwencje w życiu poety. 

W wierszu „Prawda” (zamykającym debiutancki tom „Komunikat” z 1972 roku) napisał: „powiedz prawdę do tego służysz w lewej ręce / trzymasz miłość a w prawej nienawiść”. Z jednej strony maksymalizm etyczny zawarty w puencie, a z drugiej – przełamanie patosu. Mówienie prawdy nie jest tu przekraczającą możliwości człowieka powinnością, do tego „służymy”, a zwłaszcza „służą” poeci. Jak narzędzia, ale też wykonujący zadania słudzy. To zwykły obowiązek, przeznaczenie, banalna użyteczność. 

Tej zasadzie Zagajewski był wierny przez wszystkie lata swojej twórczości.

Rozrachunek i ostrzeżenie

Z czasem jednak uściślał rozumienie prawdy. Nie chodziło mu już potem o zwykłe odkłamywanie, ale o szukanie języka do przedstawiania świata w całym jego bogactwie i zróżnicowaniu. Gdy wyjechał z Polski w 1982 roku, zaczął pisać eseje, które złożyły się na książkę „Solidarność i samotność” wydaną w 1985 roku w Paryżu. W kraju książka ta została przyjęta chłodno, a nawet z niechęcią. Mówiono: pięknoduch zwiedzający francuskie muzea i kontemplujący katedry odżegnuje się od poezji obywatelskiej, dezerteruje z walki o wolność, my ryzykujemy, on upaja się pięknem wielkiej sztuki.

Czy poeta zaprzeczył wówczas sobie samemu? Nie. Napisał nie tyle pamflet na literaturę zaangażowaną, ile ukazał dialektykę bycia poetą. Wybór solidarności, czyli bycia razem ze społecznością, oznacza rezygnację z osobnego „ja”, stopienie się z czytelnikami i podporządkowanie się ich oczekiwaniom. Płaci się za to cenę niezależności, ale też jakości estetycznej, bo autor traci dystans, przestaje pisać na swój rachunek, wsłuchuje się w głos innych, który próbuje naśladować. Po drugiej stronie jest samotność, za którą też płaci się cenę, może niezrozumienia, może braku wspólnoty – zyskuje się jednak więcej, bo właśnie w ten sposób można w pełni mówić prawdę, dzięki dystansowi widać więcej.

Ta książka nie tyle stanowiła zerwanie z poezją obywatelską, ile była swoistym (i bardzo osobistym) rozrachunkiem z sobą jako twórcą zaangażowanym, z przedstawieniem zysków i strat. Była też ostrzeżeniem dla poezji lat 80. – zwłaszcza pierwszej połowy – przed nadmiernym uwikłaniem w politykę. I w tej diagnozie odegrała znaczną rolę; rzeczywiście w połowie dekady poezja polska zmieniła kierunek rozwoju, zaczęła z wyprzedzeniem zapowiadać „prywatyzację”, skupienie na doświadczeniu osobistym, które miało się stać jej tematem w latach 90. 

Zagajewski wybrał samotność, ale właśnie po to, by mówić prawdę. Wciąż „do tego służył”.

Klasyk spoza nurtu

Prawdą był świat. Postrzegany w ambiwalencji. Przede wszystkim w pięknie. Tom „Jechać do Lwowa”, wbrew tytułowi, nie polityczny czy historyczny rewizjonizm przynosił, nawet nie nostalgię, ale nade wszystko skierowanie uwagi na bogactwo nieogarnionego świata. Mówiono o poezji afirmacji. Trzeba jednak zauważyć, że zachwyt Zagajewskiego nie był bezgraniczny, mocno podszyty był melancholią. Co prawda dwuznaczność świata, zwłaszcza natury, nie była u niego, jak choćby u Miłosza, wyznaczona przez napięcie między urodą a okrucieństwem, jednak obecność cierpienia, zła, nie-prawdy była dostrzegalna.

Właśnie w radzeniu sobie ze zgrozą miała jednak pomagać kultura jako forma oswajania świata. Był w tym swoisty stoicyzm, rozumiany jako filozoficzny heroizm akceptacji natury, ale też próba okiełznania lęków egzystencjalnych i lęków wyznaczonych przez historię, rozterek etycznych. 

Z biegiem lat Zagajewski coraz bardziej stawał się samotny i odmienny. Poezja polska szła w innym kierunku. Autor „Sklepów mięsnych” wydawał się mało solidarny, nie tyle nawet w sensie politycznym (choć czasem zabierał, nawet dosyć dobitny, głos w sprawach publicznych), ile w odpowiadaniu na oczekiwania czytelników. Bywał postrzegany jako klasyk, ktoś spoza głównego nurtu poezji. A jednak, zgodnie ze sformułowanym bez mała czterdzieści lat wcześniej programem, właśnie w wybranej samotności był wierny samemu sobie i swojemu poetyckiemu powołaniu, tak jak je rozumiał. Mówił prawdę.

Melancholijny i sarkastyczny

Był tłumaczony na języki obce i czytany – to bodaj najlepiej rozpoznawalny na świecie polski poeta po odejściu Miłosza, Szymborskiej, Herberta. „The New Yorker” po zamachu 11 września 2001 roku opublikował wiersz Zagajewskiego „Spróbuj opiewać okaleczony świat” jako poetycki komentarz do tragedii. Komentarz stanowiący kontrapunkt. W świecie jest zło, jest cierpienie, a jednak uwagę trzeba skierować w inną stronę, stronę piękna, które jest, istnieje, które nadaje sens naszemu życiu pomimo wszystkiego, czego doświadczamy.

Być może to jest klucz do zrozumienia obcojęzycznych czytelników znajdujących u Zagajewskiego pocieszenie tam, gdzie najprościej można byłoby dostrzec źródło rozpaczy. Przesłanie, które w różnym natężeniu pojawiało u wszystkich wielkich poetów polskich XX wieku. Konieczna odwaga w zmaganiu się z grozą świata.

Melancholia Zagajewskiego miewała też charakter sarkastyczny. W wierszu „Klęska” napisanym w 1982 roku, a więc w najmroczniejszym momencie stanu wojennego, napisał: „Naprawdę potrafimy żyć dopiero w klęsce”, co spuentował gorzkim proroctwem: „Oby / nie zaskoczyło nas zwycięstwo”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ten sarkazm wracał, ilekroć poecie przychodziło podejmować sprawy publiczne. Próbował się dystansować i przyjmować perspektywę kulturową – bo ona pozwala widzieć z oddalenia, a więc lepiej. Nie zawsze mu się to jednak udawało. Był poetą polskim do głębi duszy, a więc mocno przeżywał sprawy polskie, nawet gdy patrzył na nie z  Luwru i naw gotyckich katedr. Tłumaczył kiedyś, że bezdomni są wszędzie, ale jego boli widok bezdomnego w Polsce, bo to jest jego bezdomny i za niego czuje się odpowiedzialny. Czuł się odpowiedzialny za Polskę, polską poezję i całe gospodarstwo polskiej kultury. Może jako ten, kto jeździł po świecie i na świecie był czytany, tym bardziej. 

Pisał prawdę, bo „do tego służył”. Odkrywał ją w „mówieniu wprost”, jak postulowała Nowa Fala, i w metaforze, której nauczył się u twórców awangardy. W przedstawianiu świata i w dorobku kultury. Aby nazwać, opisać i ocalić to, co warte jest ocalenia – piękno, dobro i prawdę.

Przeczytaj także: Zagajewski: Poezja nie jest modna. W dzisiejszym świecie wszyscy chcą mówić tylko o zbiorowości i o polityce

Podziel się

9
Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.