Wiosna 2025, nr 1

Zamów

Jesteśmy erupcją

Erupcja wulkanu Eyjafjallajökull 17 kwietnia 2010 r. Fot. Bjarki Sigursveinsson / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

Może dlatego jesteśmy wobec zmian klimatu tak spokojni, bo nie umiemy sobie wyobrazić, że w perspektywie czasu, który trwa na Ziemi, te kilkadziesiąt lat pozostałych do prognozowanych przez większość naukowców terminów końca jest jak ostatnia milisekunda przed zderzeniem się roweru z TIR-em?

„Nic nie ocaleje, wszystko runie, trzaśnie, / Samo się przewróci, wokół zgliszcza wszędzie” – pisał islandzki poeta Steinn Steinarr. „W ten sposób można postrzegać szeroki kontekst” – dodaje inny poeta, Andri Snær Magnason w niezwykłej książce, łączącej esej z autobiografią, dzieło historyka z pracą futurologa, w której ważną rolę odgrywają… krowy.

Islandzka Nagroda Literacka przyznawana jest w trzech kategoriach: prozy, książki dziecięcej i książki „akademickiej”. Andri Snær Magnason jest jedynym człowiekiem, który otrzymał ją w każdej z tych kategorii. Po raz pierwszy w 2002 r. za LoveStar dystopijną powieść o skutkach wynalezienia transmisji danych bez użycia kabli i dysków twardych. Ludzkość, którą można sterować bezprzewodowo, jest marzeniem niejednej korporacji. W 2006 r. doceniono go za Draumalandið sjálfshjálparhandbók handa hræddri þjóð [Dreamlandia – podręcznik samopomocy dla przerażonego narodu]. Ta książka, krytyczna wobec decyzji islandzkiego rządu o budowaniu tam na rzekach w celu produkcji energii służącej hutom aluminium, stała się bestsellerem, wstęp do angielskiego wydania napisała Björk, a prestiżowy Cornell University zaprosił Magnasona na cykl wykładów. W 2013 r. nagrodzono bajkę Magnasona – Tímakistan. Jednym z jej bohaterów jest zachłanny władca uzurpator, który postanowił uwięzić księżniczkę Hrafntinnę w magicznej skrzyni, do której nie przedostawał się nawet czas. Celem władcy było zachowanie po wsze czasy piękna i młodości księżniczki. Ta krytykująca późny kapitalizm wielowątkowa powieść uczy dzieci sprawczości i pokazuje, że pomiędzy baśniowymi historiami a otaczającą je rzeczywistością istnieją dziesiątki powiązań, a ich odkrycie pozwoli na uratowanie świata.

Jeśli dodać do tej listy osiągnięć fakt, że autor O czasie i wodzie pisze też sztuki teatralne, występuje z eksperymentalnym zespołem múm i w 2016 r. kandydował na stanowisko prezydenta Islandii – zdobywając 26 tysięcy głosów i zajmując trzecie miejsce – można powiedzieć, że mamy przed sobą dzieło człowieka prawdziwie renesansowego.

Dla porządku i zwrócenia uwagi na pewną odmienność od polskiej rzeczywistości politycznej warto wspomnieć, że prezydentem Islandii we wspomnianych wyżej wyborach został Guðni Jóhannesson – profesor historii. Drugie miejsce pośród kandydatów ubiegających się o ten urząd zajęła Halla Tómasdóttir, która buntując się przeciwko męskiej dominacji na rynku usług finansowych, w 2007 r. współzałożyła Auður Capital – firmę mającą na sztandarach włączanie kobiet do pracy w tym trudnym dla nich sektorze. Firma była jedną z nielicznych, które rok później przetrwały upadek islandzkich banków.

Przyjazny wybuch wulkanu

Magnason pisze do nas ze świata pozornie lepszego, bardziej demokratycznego, bogatszego, bliższego też – pozornie – naturze, ale jednocześnie silnie powiązanego z naszym, bo katastrofa ekologiczna jest doświadczeniem wspólnym wszystkim mieszkańcom i mieszkankom planety Ziemia. A miniony rok boleśnie nam uświadomił, że świat przestał być przewidywalny, i choćbyśmy go chcieli obłaskawić, nazywając rokiem ZOZO – przejmując na własny użytek fatalną typografię z plakatu Marszu Niepodległości – choćbyśmy w mroku odnajdywali dziesiątki krótkich, migawkowych pocieszeń, to przyszłość nie tylko nie napawa optymizmem, ale wręcz rysuje się jako przerażająca katastrofa, do której sami doprowadziliśmy, eksploatując ziemskie zasoby.

W O czasie i wodzie Magnason przypomina o innym wydarzeniu, które na chwilę zatrzymało przynajmniej część świata – o erupcji wulkanu Eyjafjallajökull w 2010 r. Powstała w jego efekcie chmura pyłów sprawiła, że międzykontynentalna i europejska komunikacja lotnicza została na ponad tydzień sparaliżowana. Na Wikipedii można przeczytać informacje o tym, że straty linii lotniczych z tego powodu wynosiły 200 milionów dolarów dziennie. Nie znajdziemy jednak danych pokazujących, że dzięki zawieszeniu lotów o połowę zmniejszyła się emisja dwutlenku węgla i „tym samym mieliśmy do czynienia z pierwszym przyjaznym dla środowiska wybuchem wulkanu w historii”. Eyjafjallajökull wyemitował 150 tysięcy ton CO₂, czyli tyle, ile ludzie emitują w ciągu… dwóch minut. „Jesteśmy erupcją”, ale nie umiemy zobaczyć płomieni – pisze Magnason.

Magnason łączy różne tradycje i kultury, próbuje zlepić skrawki nieprzystających do siebie materiałów, aby dać nam siłę do namysłu nad zmianą

Wojciech Szot

Udostępnij tekst

Olga Tokarczuk w noblowskim wykładzie Czuły narrator wspomniała o „efekcie motyla”. Zjawisko to odnosi się do nieprzewidywalności wydarzeń i pierwotnie dotyczyło prognozowania pogody, dzisiaj jednak często bywa używane jako wyjaśnienie tego, że – trawestując noblistkę – skończyła się „epoka niezachwianej ludzkiej wiary we własną sprawczość, zdolność kontroli”, a zatem – jak wnioskuje pisarka – „poczucie supremacji w świecie”.

Czy człowiek, nawet taki, który odnajdzie sposób na opowiedzenie otaczającego go świata – porzucając antropocentryczną perspektywę, oddając głos „czwartoosobowemu narratorowi”, pielęgnując „czułość” i „ratując świat”, jak pisze Tokarczuk – będzie w stanie coś zmienić? Jedno jest pewne, jak mówi w książce Magnasona Wolfgang Lucht* z Poczdamskiego Instytutu Badań, „człowiek nie rozumie liczb i wykresów, ale rozumie opowieści”. I dlatego nowe sposoby opowiadania – ekopoetyka, badająca to, w jaki sposób język może pomóc nam uchronić się przed katastrofą, oraz światotwórczość, umożliwiająca dokonywanie symulacji alternatywnych rzeczywistości czy próby zmiany hegemonii opowiadającego „ja” – są niezwykle ważne w naszej epoce jako propozycje implikujące możliwość zobaczenia nowych perspektyw. Choć można też uciec się do bardziej klasycznych rozwiązań.

Najlepiej zacząć od mitów

Magnason udowadnia, że tego rodzaju rozważania – podobnie jak używanie określenia ZOZO w odniesieniu do roku 2020 – choć przybliżają nas do problemu, to zupełnie niepotrzebnie nas uspokajają. Wciąż wierzymy w to, że musimy wymyślić coś nowego, coś, czego do tej pory nie było: nową poetykę, nowego narratora, nową opowieść. Człowiek nawet w sytuacji katastrofy ekologicznej myśli kategorią innowacji, która zakłada, że musi powstać coś nowego. Stąd propozycje nowych kategorii opisu, nowych sposobów przyglądania się rzeczywistości czy – w świecie o walorach bardziej biznesowych niż humanistycznych – nowych metod wychwytywania dwutlenku węgla, co zaproponował pod koniec stycznia 2021 r. Elon Musk, jeden z najbogatszych ludzi na świecie.

O czasie i wodzie
Andri Snær Magnason, „O czasie i wodzie”, Karakter, Kraków 2020

Gdy Musk uśmiechał się do dziennikarzy zgromadzonych na konferencji prasowej, na jego majątek pracowały dziesiątki rafinerii ropy naftowej i kopalnie wydobywające cenne kruszce, a sto milionów dolarów, które zaoferował dla zespołu, który do 2025 r. zaproponuje rozwiązanie problemu emisji dwutlenku węgla, stanowi zaledwie 0,05% jego majątku. Na tyle Elon Musk wycenił przyszłość świata. O tym, że Ziemia posiada już technologię, która z powodzeniem wychwytuje dwutlenek węgla, właściciel Tesli nie wspomniał. Tą technologią są bowiem… drzewa. Podobnie – i to zdaje się udowadniać Magnason – posiadamy opowieści, które gdy się w nie wczytamy, mówią nam, jak świat może działać na innych zasadach, pozbawionych współzawodnictwa, dążenia do zbudowania czy opracowania czegoś nowego. Najlepiej zacząć od mitów. Tych powszechnych, przekazywanych sobie przez kolejne pokolenia, jak i tych prywatnych, dostępnych, gdy zaczniemy słuchać bliskich.

Moja babcia urodziła się na początku lat 30. XX wieku. Znała swoją babcię, która urodziła się w epoce wielkiej zmiany, chwilę po tym, jak zniesiono pańszczyznę, a gdy była już dojrzałą kobietą, wydobycie ropy naftowej w Galicji zwiększyło się w ciągu dekady dziesięciokrotnie, zaś cena spadła w tym samym okresie o 90%. Z niej – z ropy, choć też z mojej babci – my wszyscy. Ja z kolei znam J., córkę mojego przyjaciela. Prognozowana, według dotychczasowych skal, data jej śmierci to 2100 rok. Jest więc szansa na to, że J. pod koniec życia będzie trzymała w rękach prawnuczkę, która umrze – wciąż jesteśmy w modelu statystycznym, o katastrofie klimatycznej jeszcze zdążę tu napisać – pod koniec XXII wieku. Mogę zatem myśleć o sobie jako łączniku pomiędzy dwoma światami oddalonymi od siebie o 350 lat – światem wkraczającym w epokę industrialną i tym, o którym nic nie wiem, poza jednym: chcę, żeby się wydarzył.

Tej wyliczanki nie wymyśliłem sam. Zaproponował ją Magnason jako punkt wyjścia do rozważań o roli pokoleń i międzygeneracyjnego dziedziczenia pamięci o zmieniającej się rzeczywistości. Ale warto ją dostosować do naszych polskich warunków. Gdy islandzki pisarz spytał swojego dziadka Björna, kiedy w jego długim życiu nastąpiły najistotniejsze zmiany na świecie, usłyszał: „W ciągu ostatnich dziesięciu lat”. Świat przyspieszył jak nigdy dotąd i nie jest to kwestia wyłącznie naszego narcystycznego patrzenia na oś czasu. Mamy na to dziesiątki dowodów, które Magnason przytacza, jak choćby ten: w latach 2004–2007 Chiny zużyły więcej cementu niż Stany Zjednoczone w całym XX wieku.

Czy w tej sytuacji rok 2200 się wydarzy? Raporty omawiające przyszłość naszej planety mówią jasno i wprost: wydarzy się, ale już bez nas. Kto będzie wtedy odliczał czas? Zapewne jakieś ekstremofilne archeony, a jedyne wrotki, które wciąż będą w ruchu, to Rotifera, osiągające do dwóch tysięcy mikrometrów bezkręgowce. Magnason zadaje sobie i nam w tej niezwykłej książce pytanie najważniejsze: co my z tą wiedzą robimy? Bo to, że katastrofa się wydarzy, już wiemy. Nie wiemy tylko kiedy, co znacznie ułatwia nam codzienne funkcjonowanie.

Wyobraźmy sobie, że jedziemy na rowerze i widzimy nadjeżdżającą wprost na nas ciężarówkę – czy nie spróbujemy choć minimalnie zmienić kierunku jazdy? Może dlatego ze spokojem słuchamy naukowca, który na konferencji opowiada, że przy natychmiastowym zatrzymaniu wzrostu produkcji dwutlenku węgla, zniszczeniu ulegnie nie 90, a 70% raf koralowych, bo nie umiemy sobie wyobrazić, że w perspektywie czasu, który trwa na Ziemi, te kilkadziesiąt lat pozostałych do prognozowanych przez większość naukowców terminów końca jest właśnie jak ostatnia milisekunda przed zderzeniem się roweru z TIR-em?

Magnason pisze, że słuchając takich słów i prognoz, powinniśmy być przereżeni i robić wszystko, co w naszej mocy, by nie doprowadzić do katastrofy. A jednak nawet uczestnicy i uczestniczki opisywanej konferencji twarze mieli spokojne, rozmowy w kuluarach były uprzejmie stonowane, nikt nie wybiegał z sali z okrzykiem na ustach. Bo to wciąż nie jest opowieść o nas. Czas, by stała się nam bliższa, bardziej familiarna, jak krowa, której uśmiechnięte oblicze patrzy na nas z niejednej reklamy mleka pozyskiwanego niehumanitarnymi metodami od dręczonych zwierząt.

Krowiooka bogini

Homer nazywał Herę, boginię niebios i patronkę macierzyństwa, krowiooką (βοῶπις). I choć chodziło mu o piękno oczu bogini, to nie można aojdzie odmówić czułego stosunku do tych zwierząt, czego z kolei nie da się, niestety, powiedzieć o polskich tłumaczach i tłumaczkach. Ci najwyraźniej nie cenili sobie krów. Franciszek Ksawery Dmochowski na przełomie XVIII i XIX wieku wspominał co prawda o bogini „wielkimi oczyma wspaniałej”, ale czy były to wole czy krowie oczy, nie dodawał. Paweł Popiel w 1880 r. uznał Herę za „wypukłooką”, a siedem lat później Augustyn Szmurło opiewał jej białe ramiona, co wybrała też ostatnia tłumaczka Iliady, Kazimiera Jeżewska, czasem pisząc o „wielkookiej” bogini. Jedynie Bolesław Świderski wspomniał o „wolookiej” Herze, ale jego przekład znany jest raczej bibliofilsko. A mitologia – jak przypomina nam Magnason – pełna jest krów.

„Według Eddy Snorriego świat począł się od krowy stworzonej ze szronu”, czyli Auðhumli, a pramatką wszystkich krów z Indii jest Kamadhenu, „krowa dostatku i bogactwa”, która to jest „blisko spokrewniona” z Prythiwi** – ziemią, często ukazywaną pod postacią krowy. W ikonografii u stóp Kamadhenu często spoczywają Himalaje. Idąc tym tropem, Magnason pozwala sobie na poetycko-eseistyczne pomieszanie mitów. U stóp świętej góry buddyzmu i hinduizmu, Kajlas, wznoszącej się w tybetańskiej części Himalajów, znajduje się jezioro Manasarovar, a w jego okolicach swoje źródła mają cztery najświętsze rzeki Azji: Indus, Satledź, Brahmaputra i Karnali; dwie ostatnie łączą się z Gangesem. Stworzona ze szronu krowa, Auðhumla, jest zatem lodowcem, z którego wypływają białe jak mleko, bo nasycone minerałami, rzeki. Nawet islandzkie Niebiańskie Góry, czyli Himinfjöll, przypominają nieco z nazwy Himalaje. Szukając skojarzeń między mitologiami, Magnason dochodzi do wniosku, że lodowce i woda z nich wypływająca są, jak pramatka, źródłem równowagi i dobrobytu, a ich zniszczenie doprowadzi – co pokazują raporty klimatyczne – do unicestwienia planety, na której stoją święte, boginiczne krowy.

Poruszając się pomiędzy mitami, historią rodzinną, wywiadami z Dalajlamą oraz streszczeniami naukowych raportów i artykułów, Magnason przypomina o tym, że nie ma jednej opowieści o katastrofie klimatycznej. Przestrzega przed „białym szumem”, czyli połączeniem strachu przed skutkami rabunkowej działalności człowieka z radosnym uczestnictwem w tymże procederze, co robimy na co dzień. Pokazuje również, że trzeba szukać nadziei mimo beznadziejnych perspektyw.

Natychmiast i bez taryfy ulgowej

„Świat jest pełen różnych historii, lecz zbyt wiele z nich ginie we mgle” – pisze Magnason, odkrywając przed czytelnikami i czytelniczkami przynajmniej kilka z nich, zdecydowanie godnych zapamiętania. O dwóch, stanowiących rodzaj optymistycznej puenty, warto tu wspomnieć. Jedną z nich jest rozmowa z Dalajlamą, przekonującym, że rozwój duchowy i zabieganie o światowy pokój mogą zapewnić światu stabilność; kolejną – propozycja odkrywania wizjonerów i wizjonerek przyszłości, choćby Sandry Ó. Snæbjörnsdóttir – geolożki, która kieruje zespołem zajmującym się mineralizacją dwutlenku węgla w skałach bazaltowych i jego wykorzystaniem w geotermii. Magnason przypomina jednak, że „rozwiązanie po części polega na tym, co wciąż powtarzały nasze babcie: należy dokończyć posiłek, donaszać ubrania po starszym rodzeństwie, cerować skarpety i nauczyć się umiaru”.

„Nie wiadomo, czy to się uda, wszystko się kiedyś kończy”, także ludzkość – pisze eseista-ekolog. Co możemy zrobić z radami, proroctwami, wizjami, ale też opowieściami o przeszłości, którymi Magnason hojnie nas obdarza? Wybrać strategię krzyku i gniewu? Jeśli tak, to warto się zastanowić, jaki sens ma to, co teraz robimy. Po co recenzować książkę, która wieszczy rychły koniec świata? Po co poświęcać czas na jej pisanie czy lekturę? Może powinno się w zamian nieustannie nawoływać do działania?

To, że katastrofa się wydarzy, już wiemy. Nie wiemy wciąż kiedy – co znacznie ułatwia nam codzienne funkcjonowanie

Wojciech Szot

Udostępnij tekst

Magnason wielokrotnie powtarza, że działać trzeba natychmiast i bez taryfy ulgowej dla samych siebie. Z drugiej strony – nie powinniśmy się oszukiwać. Świat przyzwyczajony jest do form, które sprawdził i dobrze zna. Czuły narrator Olgi Tokarczuk, będący krytycznym namysłem nad „rzeczywistością wielogłosowych narracji pierwszoosobowych” i postulujący nowe narracje, też zaczyna się od autobiograficznego „ja”. Podobnie każda recenzja i esej rządzą się ustalonymi prawami, które – nawet podważane – nie wpłyną globalnie na zmianę gatunku literackiego. Nie da się nas oderwać od świata takiego, jakim go zbudowano, nie da się zamazać przeszłości, ale możemy przeżywać antropocen bardziej świadomie, z poczuciem tragiczności naszego losu, starając się, by nie zgotować gorszego przyszłym pokoleniom. Choć i tak już to robimy.

Opowieść o katastrofie klimatycznej wciąż przypomina mi – bardziej niż krowę – jungowskiego uroborosa. Uczeń Junga, Erich Neumann, w książce The Origins and History of Consciousness [Geneza i historia świadomości] pisze, że we wczesnym rozwoju człowieka ego przypomina uroborosa, który nie może dostrzec świata poza nim samym. Jest zatopione w samoprzeżyciu, rozkoszy czerpanej ze snu. Zjawisko to znajduje swój odpowiednik w buddyzmie, w bhavanie, stanie oczyszczenia umysłu prowadzącym do nirwany.

Więź.pl to personalistyczne spojrzenie na wiarę, kulturę, społeczeństwo i politykę.

Cenisz naszą publicystykę? Potrzebujemy Twojego wsparcia, by kontynuować i rozwijać nasze działania.

Wesprzyj nas dobrowolną darowizną:

Można mieć tylko nadzieję, że to dążenie do wyjścia z fazy uroborosa i osiągnięcia nirwany będzie procesem zbiorowym, który uratuje nas przed katastrofą. Rozważania Magnasona, w porywający sposób łączące różne tradycje i kultury, czasami jakby próbujące zlepić skrawki nieprzystających do siebie materiałów, dają nam siłę do namysłu nad zmianą. A to już w świecie pełnym łatwo dostępnej beznadziei naprawdę dużo.

* Tu trzeba jednak wytknąć autorowi błąd – Lucht nigdy nie był, jak pisze Magnason, „zwierzchnikiem” Instytutu, a jest i był w trakcie pisania O czasie i wodzie współkierownikiem Działu Badań ds. Analizy Systemów Ziemskich – Forschungsabteilung für Erdsystemanalyse.
** Tłumacz książki Magnasona, Jacek Godek, wybrał błędną formę „Priviti”– bogini staroindyjska w translacji z dewanagari to Prthivī, po angielsku Prithivi, a po polsku – Prythiwi.


Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2021.

Podziel się

Wiadomość