Lato 2021, nr 2

Zamów

Rozgrywający. Sylwetka Tomasza Piesieckiego

Tomasz Piesiecki (po środku, na wózku) przed spotkaniem prezydenta Andrzeja Dudy z mieszkańcami Siemiatycz, październik 2016. Fot. Krzysztof Sitkowski / KPRP

Wykorzystanych przepustek do Sejmu ma w szufladzie już ze sto. Zrobił 40 tys. km, jeżdżąc do niego z Białegostoku i z powrotem. Przez prawie pełną kadencję 2015-2019, aż do ostatniego posiedzenia, przekonywał parlamentarzystów do przyjęcia jednej ustawy – nie tyle we własnej sprawie, bo własną w końcu wygrał już w sądzie. Chce systemowych zmian dla innych. Ma 28 lat. Nie ma czasu.

Przeżyłem

Jest rok 1992, 3 października. Tomasz Piesiecki ma wtedy trzy i pół roku. Ze starszą siostrą przechodzą przez ulicę pod Białymstokiem. Gdy są już po drugiej stronie, dwa metry od jezdni, nagle w chłopca wpada samochód. Sprawca jest pijany. Zatrzymuje się, ale zamiast do ofiary, idzie do sąsiedniego domu. Są to jeszcze czasy sprzed telefonów komórkowych, chce u kogoś zadzwonić z domowego. Nie wiadomo, do kogo. Na pewno nie na pogotowie. Karetka zatrzymuje się przy leżącym obok ulicy dziecku tylko dlatego, że właśnie tędy przejeżdża.

Siostrze Tomka nic się nie stało. Chłopiec ma przerwany rdzeń kręgowy, połamane miednicę, nogę. Wyrasta mu krwiak nadoponowy na wysokości kręgów szyjnych i pierwszego piersiowego. O jego życie lekarze walczą przez dwa tygodnie. Gdy nagle dostaje wysokiej gorączki, cieszą się, że organizm też podjął walkę razem z nimi.

Potem o życie Tomka walczą rodzice. Przy okazji wywraca się ich własne: matka rezygnuje z pracy, żeby być w domu, ojciec zatrudnia się na budowach w Belgii, żeby zarobić pieniądze; i tak już zostanie – pracę za granicą podejmuje do dziś.

– Rodzice martwili się przez pierwsze miesiące po wypadku, czy w ogóle przeżyję. Przeżyłem, ale to był dopiero początek – Piesiecki wspomina długie lata spędzone w szpitalach w Polsce i innych europejskich krajach na rehabilitacjach i pracy nad złagodzeniem następstw wypadku. – Moje dzieciństwo to były szpitale. W szpitalu spędziłem pierwszy rok leczenia. Do 15. roku życia byłem w szpitalach w sumie cztery lata. Na dziś czas pobytów w szpitalach pochłonął jedną trzecią mojego życia.

Za późno

Sprawca wypadku nie miał obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej. W takiej sytuacji o odszkodowanie i rentę występuje się do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Rodzice Tomka o pieniądze zaczynają się starać po dziesięciu latach od wypadku, w 2002 roku. Wcześniej nie mają czasu na myślenie o niczym innym niż zdrowie, życie i przetrwanie. Dopiero po latach na tyle oswajają się z sytuacją, że mogą zacząć myśleć o wystąpieniu o jakiekolwiek środki. Wyrok zapada w 2009 roku. Sąd przyznaje odszkodowanie, zadośćuczynienie i rentę z Funduszu w wysokości 1 tys zł. Na świadczenie składają się też zwrot poniesionych kosztów leczenia czy utracone zarobki matki. W sumie 720 tys. zł.

– Odszkodowanie rozeszło się prawie natychmiast, w kilkanaście miesięcy. Nasze wydatki do jego zasądzenia wynosiły już 400 tys. zł. Tyle kosztowało samo leczenie i rehabilitacja, mieliśmy na nie rachunki. To już ponad połowa sumy gwarancyjnej – mówi Piesiecki. Sporo pieniędzy trzeba było pooddawać, bo były pożyczone. Drogi był wózek i inne niezbędne sprzęty.

W pewnym momencie Fundusz wstrzymuje wypłaty na 45 miesięcy, bo uznaje, że wcześniej wypłacał za dużo pieniędzy. Potem przelewy znowu przestają przychodzić. Najpierw o pieniądze walczy matka Tomka. Potem, gdy chłopak dorasta, sam wgryza się w sprawy odszkodowań. – Poszedłem z tym do komornika, ale Fundusz poinformował, że suma gwarancyjna się wyczerpała i więcej wypłat się nie należy. Złożyłem pozew o jej podwyższenie, ale przegrałem – wspomina.

Nic nie miałem. O nic nie mogłem się starać. Miałem 24 lata, coraz starszych rodziców, dookoła Podlasie. Dla innych w tym wieku życie się zaczyna. Ja dowiedziałem się, że moje życie się kończy

Tomasz Piesiecki

Udostępnij cytat

Dowiaduje się, jakie jest prawo: nie da się podwyższyć sumy gwarancyjnej po jej wyczerpaniu. Można tylko w czasie jej wypłacania. Oznacza to, że w przepisach czai się pułapka: Fundusz nie musi bowiem informować o bliskim terminie wyczerpania się sumy gwarancyjnej i gdy każdy poszkodowany w wypadku ma na głowie wystarczająco innych spraw, by jeszcze samemu wyliczać i ustalać, ile zostało na koncie Funduszu – a nie jest to wcale proste – pieniądze się wyczerpują. I jest już za późno, żeby cokolwiek zrobić.

Piesiecki argumentuje przed sądem, że odpowiedzialność Funduszu jest bezterminowa, bo ma na celu dostarczanie mu środków na utrzymanie, których nie jest w stanie zapewnić sobie samodzielnie. Jednak sądy w dwóch instancjach uznają, że w jego przypadku odpowiedzialność Funduszu wygasła – wyczerpała się kwota, do której wypłaty Fundusz został zobowiązany. Zatem roszczenia nie mają podstaw.

Piesiecki: – Wyczerpanie się sumy gwarancyjnej spowodowało, że nie mogłem się już sam życiowo podnieść. Nic nie miałem. O nic nie mogłem się starać. Miałem 24 lata, coraz starszych rodziców, dookoła Podlasie. Dla innych w tym wieku życie się zaczyna. Ja dowiedziałem się, że moje życie się kończy.

Nie chcą go przyjąć nawet na kasy w supermarkecie. Wolą osoby z drugą i trzecią grupą inwalidzką. Tomkowi, który ma pierwszą grupę, przysługują sześciogodzinny dzień pracy, trzy-cztery przerwy, w tym jedna 45-minutowa. To z powodu tych „przywilejów” na kasach nie widać osób na wózkach. Pomyślał, że zrobi kurs taksówkarza. Dostał odpowiedź, że przecież nie da rady włożyć klientowi walizki do bagażnika.

Gdyby uległ wypadkowi kilka miesięcy później, przyznana suma gwarancyjna byłaby dużo wyższa, bo akurat niedługo po jego wypadku zmieniają się przepisy. Nie może jednak na tych zmianach skorzystać, bo prawo nie działa wstecz. Nie obejmuje jego przypadku. Jego, ani kilkudziesięciu podobnych w skali kraju.

Początek

Piesiecki nie ma już nadziei na wzruszenie wyroków. Wprawdzie mógłby pójść jeszcze do Sądu Najwyższego, ale brakuje mu na prawnika, który umiałby przedstawić odpowiednie argumenty. Mija termin, który przysługuje mu na złożenie skargi kasacyjnej.

Ale inne terminy obowiązują Rzecznika Praw Obywatelskich. Piesiecki korzysta z okazji i opowiada rzecznikowi o swojej sprawie na regionalnym spotkaniu w Białymstoku w styczniu 2016 roku; Adam Bodnar odbywa takie spotkania regularnie w całej Polsce. 

Chłopak przekonuje, że z powodu niskiej sumy gwarancyjnej z początku lat 90. poszkodowani w tamtym czasie w wypadkach są teraz pozbawieni ochrony i pieniędzy koniecznych do dalszego leczenia i egzystencji. Zdaniem Bodnara można powołać się na Kodeks cywilny, który mówi o ukształtowaniu stosunku prawnego ze względu na nadzwyczajną zmianę okoliczności. Rzecznik zwraca się do Senatu o zainicjowanie zmian w prawie. A w konkretnym przypadku Piesieckiego idzie do Sądu Najwyższego i korzysta z prawa do wniesienia kasacji.

Rzecznik rozwija argumentację z przegranych wyroków: mimo że od wypadku minęło 20 lat, Tomasz jest ciągle młodym człowiekiem, przed nim wiele lat zmagania się z niepełnosprawnością, której nie zawinił. Jak można więc twierdzić, że odpowiedzialność państwa wobec niego wygasła? – pyta RPO w Sądzie Najwyższym. Przywołuje konstytucję (wszyscy są wobec prawa równi; wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne; nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny) i stanowisko Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który trzy lata wcześniej w uzasadnieniu jednego z wyroków pisał, „iż zapewnienie poszkodowanym ciągłości otrzymywanych świadczeń znajduje uzasadnienie w zasadzie słuszności i współżycia społecznego”.

Senacka komisja praw człowieka, praworządności i petycji we wrześniu 2016 roku opowiada się za podjęciem inicjatywy ustawodawczej mającej rozwiązać problem wyczerpywania się sum gwarancyjnych. W imieniu RPO występuje jego zastępczyni ds. równego traktowania Sylwia Spurek, wspierana przez przedstawiciela rzecznika finansowego Aleksandra Daszewskiego. Przeciwko występują firmy ubezpieczeniowe. To one zasilają Fundusz Gwarancyjny. 

– Nie chodzi o to, by zwiększać odszkodowania po latach. Chodzi tylko o ciągłość renty. To specyficzne świadczenie. Nie jest to odszkodowanie ani zadośćuczynienie. Wystarczyłby przepis, że w przypadku rent (a one dostarczają podstawowego źródła utrzymania, którego poszkodowany nie może sam sobie zapewnić z powodu wypadku) ma zawsze zastosowanie aktualnie obowiązująca suma gwarancyjna. Wtedy ludzie w takiej sytuacji jak ja nie musieliby z lękiem patrzeć w przyszłość. I tak nie jest nam lekko – mówi na posiedzeniu komisji Piesiecki. – Nie jestem prawnikiem, ale z wieloma prawnikami o tym rozmawiałem i analizowałem problem. Myślę, że dałoby się tu zaproponować rozwiązania, które będą zgodne nie tylko z prawem, ale i z poczuciem sprawiedliwości. Owszem, wypadek był dawno temu i odszkodowanie dotyczyło tamtego czasu. Ale ja nadal żyję, nadal muszę się utrzymać. Myślę, że każdy może to zrozumieć. Mam dziś tylko 620 zł renty… – dodaje. To renta socjalna.

Jestem kłótliwy i nerwowy. Zwłaszcza, gdy w święta wśród rodziny albo na Facebooku widzę, że wszystkim najłatwiej jest narzekać. Każdy jest najmądrzejszy, tylko nikt nic nie robi, by zmienić swoją sytuację

Tomasz Piesiecki

Udostępnij cytat

30 maja 2017 roku Sąd Najwyższy uwzględnia skargę kasacyjną RPO, uchyla wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku i przekazuje sprawę do ponownego rozpoznania. Rzecznik przyłącza się do tego postępowania po stronie Piesieckiego. Razem z kasacją sprawy nabierają tempa. Może dlatego, że odtąd coś się zmienia: Piesiecki zaczyna walczyć już nie tylko o siebie. Teraz chodzi o sprawę. Dla innych, podobnie jak on poszkodowanych, nieraz w gorszej sytuacji, leżących, w zasadzie bez (prawa) głosu.

A inni

Na początku naszej rozmowy Piesiecki skupia się, wyjaśnia, chce być dobrze zrozumiany. Od 2016 roku Fundusz ma obowiązek informowania poszkodowanych, gdy 80 proc. ich sumy gwarancyjnej się wyczerpie. By mogli uniknąć pułapki, w którą wpadł Piesiecki. – Zmiana z 2016 roku miała być „na zaś”, dla tych, którym groziło wyczerpanie się sum gwarancyjnych. To dokładnie 220 osób. Ale potrzebna była też ustawa dla tych, którym sumy gwarancyjne już się wyczerpały. Jest ich zaledwie 66. 

– Na początku senatorowie nie byli za podjęciem inicjatywy. Wszyscy parlamentarzyści byli ostrożni – mówi. – Ubezpieczyciele chcieli ich przestraszyć, więc podawali im ogromne koszty wprowadzenia ustawy. Szacowali je na miliardy złotych. Argumentowałem, że sprawy dotyczą mniej niż 300 osób.

Niebawem na horyzoncie pojawia się nowy sojusznik. Piesiecki widzi, że wszystkie miasta powiatowe odwiedza prezydent Andrzej Duda, a pod koniec 2016 roku planuje być w podlaskich Siemiatyczach. 

– Pojechałem na spotkanie i ustawiłem się w rzędzie do przywitania prezydenta [widać tę scenę na zdjęciu na górze tekstu – JHP]. Wstań, będziesz Dudą, pokażę ci, jak to wyglądało – mówi nagle. Tłumaczy, że prezydent do każdego podchodzi, wyciąga rękę, wita się, zwalnia uścisk i idzie dalej. 

Nie tym razem. Piesiecki przytrzymuje mnie mocniej i pociąga do siebie. – Tak zrobiłem. Przytrzymałem prezydenta, powiedziałem o swojej sprawie i poprosiłem o rozmowę. Spokojnie. Prezydent nie odczuł, żeby to był atak. Zobaczył tylko, że mam coś ważnego do powiedzenia.

Co Piesiecki powiedział w ciągu pierwszych sekund, że przekonał głowę państwa do dłuższej rozmowy? „Jestem przedstawicielem osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych. Czy możemy porozmawiać?”. Okazuje się, że to wystarczyło. Tłumaczy mu sprawę, daje dokumenty. W odpowiedzi prezydent obiecuje poparcie inicjatywy ustawodawczej. Odpowiedni dokument wpływa do Senatu w ciągu dwóch tygodni. 

Prezydent Andrzej Duda i Tomasz Piesiecki podczas spotkania w Siemiatyczach
Prezydent Andrzej Duda i Tomasz Piesiecki podczas spotkania w Siemiatyczach, październik 2016. Fot. Prezydent.pl

Do budynków parlamentu Piesiecki po raz pierwszy wchodzi z ekipą telewizji, niedługo po spotkaniu regionalnym Bodnara w Białymstoku. Po publikacji relacji ze spotkania na stronach RPO o sprawie pisze „Gazeta Wyborcza”. TVN nagrywa w Sejmie materiał, Piesiecki ma w nim wystąpić. Poznaje wtedy senator Lidię Staroń. Ta daje mu przepustkę na następne posiedzenie. Na kolejne obrady wejście ułatwia Kancelaria Prezydenta.

Piesiecki uczestniczy we wszystkich posiedzeniach komisji sejmowych i senackich, które dotyczą jego spraw. To on informuje RPO, kiedy się odbędą, nie odwrotnie. Nagrania można obejrzeć na stronach Sejmu; na przykład na posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. osób niepełnosprawnych opowiada o osobach jeszcze bardziej poszkodowanych niż on. Mówi o tych, którzy muszą walczyć przed sądami, mimo że często sami są leżący.

Nie tylko uczestniczy w posiedzeniach komisji, ale wnika w sejmową tkankę. W budynkach parlamentu zostaje przez całe dnie. Zagaduje dziennikarzy, parlamentarzystów. Chce ich zainteresować czynnym udziałem w sprawie. 

Przytrzymałem prezydenta, powiedziałem o swojej sprawie i poprosiłem o rozmowę. Spokojnie. Prezydent nie odczuł, żeby to był atak

Tomasz Piesiecki

Udostępnij cytat

Tłumaczy, że ustawa musi przejść przez parlament do wakacji 2019 roku. – W przeciwnym razie wraz z upływem kadencji Sejmu (2015–2019) proces legislacyjny uległby dyskontynuacji. Oczywiście w nowym Sejmie można by zacząć wszystko od nowa. Ale skoro od pierwszego spotkania z RPO minęły prawie 4 lata, podczas których ubezpieczyciele byli w stanie cały czas blokować zmiany, nie można było tego odpuścić. Ubezpieczyciele poczuliby krew. Jeśli byli skuteczni tak długo, za drugim podejściem czuliby się jeszcze pewniej. Już nigdy by się nie udało.

Chcesz kandydować?

– Były takie momenty, kiedy myślałem, że dam sobie spokój. Bo ubezpieczyciele, bo ostrożność posłów… Ale w lutym 2019 roku rozmawiałem z premier Beatą Szydło i powiedziałem jej wprost, w czym widzę problem. Że moim zdaniem ubezpieczyciele są powiązani z Ministerstwem Finansów. Bo przecież prowadzenie sprawy nie zależy od ubezpieczycieli, ale od posłów, senatorów i Ministerstwa Finansów czy ogólnie rządu. A wygląda to tak, jakby wszystko zależało od ubezpieczycieli. 

To samo mówi na drugim spotkaniu regionalnym RPO w Białymstoku. I dodaje: – Jeśli sprawa nie zostanie załatwiona do końca tej kadencji, to przepadnie, a w każdym razie będziemy mieli mniejsze szanse. Bo nikt z nas nie będzie miał już sił, by pchać tę sprawę od nowa – opowiada. Dopiero po rozmowie z Szydło Piesiecki widzi, że rząd przyspiesza, a ubezpieczyciele odpuszczają.

Jeszcze na sam koniec sprawa zawisa na włosku. Tuż przed sejmowymi wakacjami Krystyna Skowrońska, wiceprzewodnicząca komisji finansów publicznych, wnosi poprawkę, która blokuje cały projekt, bo wymaga opracowania stanowiska rządu, a Ministerstwo Finansów nie jest w stanie go przygotować w dwa dni, do końca posiedzenia. Tymczasem po sejmowych wakacjach już do wyborów miało nie być żadnego posiedzenia Senatu. Projekt by przepadł. Udaje mu się przekonać posłów. Wycofują projekt do komisji finansów publicznych, którą na dziesiątą wieczorem zwołuje Janusz Szewczak. Skowrońska odwołuje poprawkę. Posiedzenie kończy się godzinę później. 

Wychodząc z Sejmu, Piesiecki patrzy jeszcze na monitor z transmisją z sali plenarnej. Widzi premiera Mateusza Morawieckiego. Dzwoni do posłanki Małgorzaty Wypych, prosi, by zapytała premiera, czy nie zechciałby porozmawiać o problemie poszkodowanych w wypadkach. – O trzeciej w nocy premier obiecał mi, że sprawa zostanie załatwiona w tym parlamencie. Mówiłem mu, że nie robię tego dla siebie, że problem mnie dotyczy, ale trzeba go rozwiązać systemowo. A gdybym nie miał z nim styczności, w ogóle nie wiedziałbym, że istnieje. Premier zapytał, czy działam w czyimś interesie. Mówię, że nie, prywatnie. Zapytał, czy nie myślałem o kandydowaniu do Sejmu.

Na razie w wyborach do Sejmu nie kandydował. Choć gdyby w przyszłości pojawiła się taka możliwość, to by chciał. Jakkolwiek by było, będzie robił to, co zamierza. Może uda się poprawić życie innym osobom – mówi.

– W sposób szczególny chciałbym podziękować panu Tomaszowi Piesieckiemu, który siedzi o, tam [na sali posiedzeń Senatu – JHP], który jest taką osobą, której wyczerpała się suma gwarancyjna, i który na drodze sądowej uzyskał dla siebie powiększenie takiej sumy, a wziął na siebie ten trud wielu miesięcy, wręcz lat przeprowadzania tej ustawy od momentu petycji, żeby taką sytuację, w której sam się znalazł, stworzyć dla innych, nie dla siebie – mówi senator Jan Filip Libicki, szef parlamentarnego zespołu ds. osób niepełnosprawnych, przed głosowaniem w Senacie. – Spotkałem w swoim życiu dużo osób, które miały wiele samozaparcia. Ale dawno mi się nie zdarzyło spotkać kogoś, kto by w sposób tak heroiczny dążył do tego, abyśmy dziś tutaj stanęli i mogli powiedzieć, że na tym ostatnim etapie procesu legislacyjnego jesteśmy – dodaje.

– Nie wiem jak. Udało się! – puentuje Piesiecki.

19 lipca 2019 roku Sejm przyjmuje nowelizację ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Na jej podstawie wystarczy złożyć wniosek o kontynuację wypłat.

Sąd przyznaje Piesieckiemu rentę z Funduszu Gwarancyjnego po dwóch latach procesu, 24 września 2019 roku. Trzy dni później w życie wchodzą przepisy, które dają osobom w takiej sytuacji jak on prawo do występowania z roszczeniami. Dzisiejsza suma gwarancyjna to ponad 5 mln euro – więc jest praktycznie niewyczerpywalna, wystarcza na całe życie.

Rozmawiam

Spotykamy się w listopadzie na turnieju drugiej ligi Koszykówki na Wózkach. Start Białystok z Piesieckim w składzie pokonuje OSW Olsztyn. – Dwa tygodnie temu byłem u Andrzeja Dudy – mówi. Wiem, widziałem na YouTubie.

Piesiecki przyznaje, że politycy się z nim fotografują, filmują, publikują materiały w mediach społecznościowych. – Nie przeszkadza mi to. W moją sprawę zaangażowali się politycy wszystkich partii. 415 posłów było za ustawą, i wszyscy senatorowie. Pojawiły się komentarze, że prezydent prowadzi kampanię, ale przecież on się zaangażował już kilka lat temu. Natomiast ogromna część sukcesu to zasługa Adama Bodnara i dobrze przygotowanej kasacji przed Sądem Najwyższym.

Na filmiku przygotowanym przez Kancelarię Prezydenta widać przy stoliku Andrzeja Dudę, Tomasza Piesieckiego i jego narzeczoną. Bo – to też część tej historii – czas walki o sprawy publiczne to dla Piesieckiego czas wchodzenia w dorosłość. Wcześniej towarzyszyła mu mama. Teraz planuje ślub. W międzyczasie kończy studia – zarządzanie.

Na spotkaniu z prezydentem mówi o innych problemach do rozwiązania. Na przykład takim: osoby, które przed wypadkiem nie miały okresu składkowego jako zatrudnieni, dostają renty socjalne, a te, które miały okresy składkowe – renty z tytułu niezdolności do pracy. Obie grupy mogą dorabiać, ale osoby z rentą socjalną są rozliczane w cyklu miesięcznym, a niezdolne do pracy – rocznym. Druga grupa jest w lepszej sytuacji; osoby te mogą zarabiać w jednych miesiącach więcej, na przykład w sezonie, w innych mniej, a ich zarobki będą uśredniane. Tymczasem osoby z pierwszej grupy muszą w każdym miesiącu uważać, żeby nie zarobić za dużo i nie stracić uprawnienia do renty. 

W moją sprawę zaangażowali się politycy wszystkich partii. 415 posłów było za ustawą, i wszyscy senatorowie. Pojawiły się komentarze, że prezydent prowadzi kampanię, ale przecież on się zaangażował już kilka lat temu. Natomiast ogromna część sukcesu to zasługa Adama Bodnara i dobrze przygotowanej kasacji przed Sądem Najwyższym

Tomasz Piesiecki

Udostępnij cytat

Druga duża sprawa to bariery architektoniczne. – Wiele podjazdów jest nieużytecznych. Są na przykład podjazdy, przy których nie ma barierek, to problem dla niepełnosprawnych czy rodzin z dziećmi w wózkach. Niech te udogodnienia będą testowane na etapie projektu – postuluje Piesiecki. Chce, tak jak dotąd, rozmawiać ze wszystkimi i szukać poparcia szeroko; a politycy je deklarują. Choćby prezydent. Gdy podczas jednego ze spotkań, tym razem z mieszkańcami Kolna na początku 2020 roku, pracownicy Kancelarii Prezydenta widzą, że przyjechał Piesiecki, podchodzą do niego i mówią, że Andrzej Duda chętnie z nim porozmawia.

Gdy się budzę

Nie wybucha przy tym entuzjazmem, jak mogłoby się wydawać. Jego historia to nie jest przygoda chłopaka, który przechodzi ekscytujące dorastanie, podbijając parlament. Przeciwnie – to ciągła walka od chwili, gdy u progu dorosłości poczuł, że jego życie się skończyło. A jednak do pewnych rzeczy przywykł. – Wózka już nie czuję, jak ty okularów. Pierwsze, co robię rano, to nie wyciąganie nóg do kapci. Chwytam wózek – tłumaczy.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Do innych przywyknąć nie chce. – Jestem kłótliwy i nerwowy. Zwłaszcza, gdy w święta wśród rodziny albo na Facebooku widzę, że wszystkim najłatwiej jest narzekać. Każdy jest najmądrzejszy, tylko nikt nic nie robi, by zmienić swoją sytuację, nie wierzy, że dla chcącego nic trudnego. To mnie drażni. Albo kiedy ludzie mówią, że mi się udało, bo jestem niepełnosprawny. „Tobie łatwiej” – słyszę czasem. – A przecież był choćby protest niepełnosprawnych. Czy było im łatwo?

Przed naszym spotkaniem stoję na trybunach i oglądam mecz. Na boisku Piesiecki jest najszczuplejszy i najdrobniejszy. Jest rozgrywającym. Odpowiada za kreowanie ataku. Przeprowadza piłkę z własnej połowy na połowę przeciwnika. Toruje drogę innym zawodnikom.

Tomasz Piesiecki
Tomasz Piesiecki (na zdjęciu w środku, gra z numerem 4) na turnieju drugiej ligi Koszykówki na Wózkach. Jego Start Białystok pokonuje OSW Olsztyn. Warszawa, listopad 2019. Fot. Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Tekst powstał w ramach konkursu „Od samorządu do samorządności” organizowanego przez Krajową Izbę Gospodarczą z okazji jej 30-lecia i został opublikowany w zbiorze reportaży, który można pobrać bezpłatnie tutaj

Podziel się

1
2
Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.