Jesień 2021, nr 3

Zamów

Oświadczenie w sprawie ataku na moją osobę

Jacek Pulikowski, 2018. Fot. Mika58 / na licencji CC 4.0

Ktoś musiał się solidnie natrudzić, by wśród tysięcy stron moich publikacji i setek godzin wystąpień znaleźć zdanie (z niefortunnie użytymi słowami), nadające się do tego ataku.

Publikujemy niżej „Oświadczenie w sprawie ataku na moją osobę” Jacka Pulikowskiego, odnoszące się do wielu krytycznych publikacji dotyczących jego wypowiedzi, w tym także do artykułu Ewy Buczek „Kultura gwałtu ma się dobrze”, uzupełnionego później przez autorkę o „Post scriptum”. Poniższy tekst dotarł do nas w poniedziałek 7 grudnia. Redakcja

Opowiadam się, od zawsze, jednoznacznie po stronie wartości, świętości i nienaruszalności ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, nierozerwalności małżeństwa sakramentalnego i świętości aktu małżeńskiego, głęboko rozumianej czystości seksualnej. Do tego, broniąc Kościoła katolickiego, gdy był niesprawiedliwie atakowany, miałem świadomość, że kiedyś atak na moją osobę nastąpi. (Smutne, że z portali nazywających siebie „katolickimi”). Zdawałem sobie sprawę, że propagując metody naturalnego planowania poczęć (NPR), ukazując zło pornografii, samogwałtu (oj, jak nie lubiane słowo prawdziwie oddające naturę rzeczy), antykoncepcji i działań poronnych, aborcji, demaskując złe skutki wszelkich przejawów nieładu seksualnego i dewiacji seksualnych, łącznie z przemocą w tej dziedzinie, przeciwstawiam się potężnemu lobby żywiącemu się wszelką rozwiązłością seksualną. 

Pierwotnie postanowiłem nie reagować, gdy atak nastąpił, w myśl znanych powiedzeń  „by nie kopać się z koniem”, „psy szczekają, a karawana idzie dalej” i wreszcie głęboko chrześcijańskiego: „zło dobrem zwyciężaj”. A swoją drogą, ktoś musiał się solidnie natrudzić, by wśród tysięcy stron moich publikacji i setek godzin wystąpień znaleźć zdanie (z niefortunnie użytymi słowami), nadające się do tego ataku. Smutno mi jedynie, że słuchając i czytając to wszystko, po prostu się nie nawrócił.

Jednak zmieniłem postanowienie o milczeniu i piszę to oświadczenie. Zostałem o to wprost poproszony przez redakcję Wydawnictwa, założonego przez wspaniałych, młodych ludzi, zaangażowanych w szerzenie dobra w świecie. Zostali oni zaatakowani za promowanie takiego „oszołoma” jak ja. (Wydali 3 moje audiobooki i 3 książki mówiące o wychowaniu dzieci, odpowiedzialności i funkcjach mężczyzny oraz o budowaniu szczęśliwych relacji w rodzinie w oparciu o wzajemny szacunek, ofiarną miłość, czystość i dobrą komunikację. Myślę, że nikt, nawet bardzo nieżyczliwy, nie znajdzie w tych publikacjach jednego słowa potwierdzającego, że jestem – co mi zarzucono – za przemocą seksualną, uprzedmiotowieniem kobiet czy wręcz propagowaniem gwałtów w małżeństwie). Zatem atak na Wydawnictwo jest całkowicie bezpodstawny. Dlatego piszę bardziej w obronie całkowicie niewinnego Wydawnictwa niż własnej.

Znajomi poinformowali  mnie o fali „hejtu” (z ang. hate – nienawidzić), czyli o mowie nienawiści przeciwko mnie. Sam z zasady nie czytam żadnych komentarzy wynikających ze sprytnie podsycanych emocji biednych ludzi, zmanipulowanych podaniem im odpowiednio spreparowanych „faktów”. Tak niszczy się niewygodnych przeciwników w walce ideologicznej. 

Podobno wszystko zaczęło się od instagramu i artykułu na DEONIE (Deon.pl – katolicki portal społecznościowo-informacyjny założony i prowadzony przez Towarzystwo Jezusowe oraz Wydawnictwo WAM.) Na instagramie na profilu „drużyna_b” (tytuł w nagłówku „Kultura gwałtu ma się dobrze”) miło wyglądającej Młodej Kobiety, pojawiają się kompletnie wyrwane z kontekstu fragmenty wypowiedzianych przeze mnie zdań opatrzone Jej „nieomylnymi” komentarzami (stop uprzedmiotowieniu kobiet, to jest przemoc) co te zdania oznaczają, czyli co ja miałem na myśli i kończącymi się wezwaniem REAGUJMY.

W tekście są, delikatnie mówiąc „nieścisłości”. Na początku jest podpis pod moim zdjęciem: parafialny doradca… mówiący o sobie „terapeuta par”.  Otóż jest to nieprawda. Nigdy nie powiedziałem o sobie „terapeuta”, ponieważ nie jestem terapeutą. A tak się składa, że ja po prostu nie kłamię (tak, jest to możliwe!) i mówiąc wprost, brzydzę się kłamstwem. A skoro próbuję doradzać tym, którzy o to proszą, mogę siebie nazywać co najwyżej doradcą, tyle, że nie parafialnym (przez lata dyżurowałem w Diecezjalnej Poradni Caritas.)

Przykładowo mówię, że w sytuacji gdy mąż nadużywa alkoholu, to jednoznaczne postawienie przez żonę sprawy, że nie będzie absolutnie zgody na współżycie, gdy on spożył alkohol, może być dla niego pomocą, motywacją dodatkową do zaprzestania picia. Pani Redaktor genialnie komentuje: „to nie jest pomoc, to jest przemoc”. Gubię się, czyja przemoc. Żony na mężu?

Do ataku dołączyła Pani Redaktor z Więzi (Z pozycji katolicyzmu otwartego na świat poruszamy najważniejsze problemy społeczno-polityczne i kulturalne.) W dalszej części zacytuję fragment artykułu dotyczący mojej osoby. Wygląda na to, że „tekstem źródłowym”  dla Pani Redaktor był wspomniany profil na instagramie.

Manipulacja dokonana na moim tekście polegała na wyrwaniu zdania z kontekstu oraz na nadaniu własnej interpretacji Pań Redaktorek miana obiektywnej prawdy. Ba, nawet podyktowano jako prawdę nieomylną, jak złe intencje miałem mówiąc cytowane słowa. 

Wyjaśniam. W teorii komunikacji mówi się o „nadawcy”, który ma pewną intencję i przekazuje ją dostępnymi środkami (słowa, gesty, mimika) oraz o „odbiorcy”, który usłyszany przekaz interpretuje. Zwykle interpretacja nie do końca pokrywa się z intencją, czasem jest z nią wręcz sprzeczna. By zapobiec nieporozumieniom komunikacyjnym (bardzo ważne w małżeństwie), wymyślono tzw. „informację zwrotną”. By odbiorca opisując własnymi słowami,  jak zrozumiał przekaz, mógł uzyskać wyjaśnienie dodatkowe nadawcy, pomagające zrozumieć prawdziwą jego intencję. Komunikację (porozumienie, dogadanie się) utrudnia nieprecyzyjny przekaz po jednej stronie i niezrozumienie (niedobór intelektualny lub nieżyczliwość) po drugiej stronie.

Zarzut nieprecyzyjnego przekazu przyjmuję z pokorą (całe życie się człowiek uczy), jednak ogłoszenie publiczne jakie były moje intencje, (których – takich, jak mi przypisano – nota bene nigdy nie miałem) jest nadużyciem, zwykłą nieuczciwością.

Oburzenie internautów na podaną do publicznej wiadomości intencję (uprzedmiotowienie kobiet, promowanie przemocy, nawoływanie do gwałtu) jest zrozumiałe i całkowicie słuszne, tylko, że intencja została zmyślona przez Panią Redaktor. Czy takie zinterpretowanie moich słów wynikło z przewrażliwienia, czy z chęci przyłapania mnie na słowie, czy wreszcie wykonane zostało na zlecenie, tego nie wiem, mogę się jedynie domyślać.

Jedno jest dla mnie pewne (to wiem obiektywnie) ja nigdy zarzucanej mi intencji nie miałem. To akurat mogę stwierdzić z autorytatywną pewnością. Wszystko o moich intencjach, oprócz mnie, wie tylko Ten, który zna wszystkie intencje ludzkie. Konfrontacji z Nim w tej kwestii nie muszę się obawiać. Namawiam wszystkich konstruktorów ataku na mnie, by o tej ostatecznej konfrontacji z Nim pomyśleli zawczasu. (Skoro występują w mediach katolickich, to zapewne są wierzący.)

By przybliżyć uczciwemu czytelnikowi, moje prawdziwe podejście do aktu małżeńskiego zacytuję fragmenty mojej książki „Wartość współżycia małżeńskiego, o pielęgnowaniu sfery płciowości”  (IW Jerozolima 2001, posiadającej Imprimatur). Cytuję:

Jak uniknąć najczęściej popełnianych błędów? (str. 104)

Źródłem najczęstszych błędów jest aktywność męża według złych pomysłów własnych i bierność żony wobec złych pomysłów męża. (…) Skoro źródłem błędów jest „zła bierność” żon i „zła aktywność” mężów, to antidotum na błędy byłaby właściwa aktywność żon i swoista „bierność” mężów, którą raczej należałoby nazwać mądrym podporządkowaniem swych działań w delikatnej dziedzinie płciowości temu co żona uważa, lub choćby odczuwa jako właściwe, dobre, pożądane i co jest przez nią upragnione. Słowem, chodzi o to, by mąż liczył się z odczuciami żony w tej delikatnej dziedzinie, w której naprawdę on nie jest „urodzonym ekspertem”. Właściwa aktywność żon powinna polegać na tym, by ujawniły przed mężem to, co im wydaje się odpowiednie, a przeciwstawiały się skutecznie temu, co rozpoznają jako nieodpowiednie, złe moralnie, nieestetyczne, „niesmaczne”. Skuteczne przeciwstawienie się wymaga odpowiedniego przedstawienia sprawy mężowi. Zamiast mówić:  „Nie, bo nie”, „Zostaw mnie w spokoju” czy nawet: „Odwal się, chamie” (cytat z życia wzięty), należałoby poprosić wspaniałego męża, by w wolności swojej ofiarował swej żonie[podkreślenie bieżące moje, bo nawiązuje do atakowanego zdania] takie warunki, jakie dla niej będą dobre, piękne czy wręcz wymarzone. Prawdziwie mądry mąż słysząc, że jakieś warunki współżycia nie odpowiadają żonie, sam będzie dążył do ich zmiany na lepsze. Wie bowiem, że zmuszanie żony do zbliżeń wbrew jej woli (choćby z powodu wyimaginowanych przez nią subiektywnych wyobrażeń) niechybnie zaowocuje niechęcią żony do współżycia, a w dalszej perspektywie będzie prowadziło do przejmującego bólu głowy na samą myśl o współżyciu.  Ten symboliczny ból głowy staje się największą porażką „seksualną” i udręką męża.  Koniec cytatu z książki ilustrujący moje prawdziwe podejście do aktu małżeńskiego.

Po ukazaniu się tej książki, posypały się zarzuty, że za bardzo bronię kobiet i wręcz namawiam je do odmowy współżycia bez powodu. Przemyślałem sprawę i uznałem, że może rzeczywiście dobrze byłoby podpowiedzieć żonom, jak mogą mądrze pokierować sferą intymną. Wiedząc z praktyki poradni, że ostre, nakazowe traktowanie męża (nie, bo nie) często niedojrzałych mężów rozdrażnia, zaproponowałem podejście „miękkie”. Praktyka pokazuje, że dużo więcej osiągnie żona mówieniem o swoich potrzebach, odwoływaniem się do mądrości męża, proszeniem i pokorą niż pryncypialnym pouczaniem męża i odtrącaniem. Rzecz jasna to wymaga mądrości i pokory, na którą nie każdą żonę stać. Tak powstały określenia „poprosić” czy nawet „uprosić”,  by ratować męża i ich małżeństwo przed zniszczeniem relacji intymnej, a za tym całego małżeństwa.

Jeszcze słowo o wątku alkoholowym. Jednoznaczne postawienie przez żonę zawczasu i na spokojnie warunku, że nigdy (dla dobra ich małżeństwa) nie będzie mogła zgodzić się na współżycie, gdy mąż będzie pod wpływem alkoholu, jest bardzo mądre. Zauważmy, że wówczas niezgoda na współżycie nie będzie odtrąceniem męża, a jedynie prostą konsekwencją jego sięgnięcia po alkohol. Mąż pretensje może mieć tylko do siebie. Zasada była jasna. Nie mówiłem tego w sensie, by zamiast terapii „użyć seksu”, tylko by wspomóc motywacje nadużywającego alkoholu w dążeniu do trzeźwości. Znam przypadki z życia (a więc prawdziwe), gdzie stanowcze stanowisko żony w tym względzie bardzo pomogło w zdrowieniu nadużywającego alkoholu męża.

Krytykowana wypowiedź skierowana była podczas rekolekcji Ruchu Czystych Serc do sakramentalnych małżonków. Zdeklarowanych wierzących, marzących o czystości małżeńskiej. (Do czystości małżeńskiej należy oczywiście wolne od jakiejkolwiek przemocy i lęków naturalne i prawidłowe współżycie płciowe.) Ludzi uznających małżeństwo sakramentalne za nierozerwalne, którego trzeba bronić za wszelką godziwą cenę. Wiedzących, że małżeństwo jest wzajemną pokorną służbą i troską o siebie nawzajem. Mówiliśmy tam sporo o poprawnej komunikacji i konieczności cierpliwego i pokornego tłumaczenia swojego stanowiska (obowiązującego obie strony), nawet przy obiektywnie złym rozumieniu sprawy przez współmałżonka. Każda sytuacja złego zachowania może być wykorzystana dla lepszego zrozumienia istoty zła. Agresywne karcenie za błędy nie jest dobrą metodą wychowawczą i zwykle prowadzi do narastania agresji po obu stronach, co zagraża  rozpadem związku. Po kilku dniach rekolekcji uczestnicy byli przygotowani do przyjęcia trudnych, wymagających pokory treści. Nawet (gdy trzeba) uniżenia siebie dla ratowania małżeństwa. Można było pewne rzeczy mówić tam „na skróty”, bez zbędnych wyjaśnień.

Dodajmy, że w żywej mowie zdarzają się niefortunnie dobrane słowa, przejęzyczenia, a nawet lapsusy słowne i wyciąganie z nich daleko idących wniosków jest, najdelikatniej mówiąc, dowodem nieżyczliwości. Z pewnością gdybym redagował ten tekst na piśmie nie użyłbym słowa „odmówić”, tylko „odtrącić”, a słowo „prosić, uprosić” pewnie bym zastąpił „cierpliwie tłumaczyć i uzasadniać”, a „nieuprawnione” słowem „nierozsądne”, bo mogące przynieść negatywne skutki dla małżeństwa.

Nikt z  uczestników nie odebrał tych słów tak, jak to przedstawiono (jako oczywiste) w cytowanym artykule. Taki był klimat i nastawienie bezpośrednich adresatów mojej wypowiedzi.

Dodam jeszcze, że dotyczyło to wyłącznie współżycia małżeńskiego, bowiem tylko o takim mówię (zwracam się do ludzi wierzących). Twierdzę, że współżycie pozamałżeńskie (cudzołożne) zawsze niszczy tak działających ludzi i ich więzi w dłuższej perspektywie czasu. Słowem, twierdzę niewzruszenie, że Bóg mówiąc człowiekowi nie cudzołóż chciał go obronić przed śmiertelnym niebezpieczeństwem i to Bóg, a nie współczesny „wyzwolony seksualnie człowiek” ma rację. 

Po tych wyjaśnieniach cytuję dotyczący mnie fragment artykułu w „Więzi” pt. „Kultura gwałtu ma się dobrze”. Pani Redaktor pisze: 

Autor nie jest mówcą niszowym, o którym mało kto słyszał. Bez wątpienia w swojej wieloletniej pracy spotkał setki tysięcy osób. Dlatego dreszcz przechodzi po plecach na myśl o skali zasięgu krzewionej przez niego wizji seksualności. Podczas rzeczonego nagrania Jacek Pulikowski mówi: Ale posłuchajcie, panie, bardzo uważnie, co teraz powiem: żona nigdy nie powinna odmówić mężowi współżycia, gdy on proponuje. Jeszcze precyzyjniej: mąż nigdy nie powinien czuć się odrzucony! Bardzo łatwo go zranić. Wobec tego odpowiedź: »– Nie. – Dlaczego? – Bo nie« jest absolutnie nieuprawniona. Odpowiedź: »– Nie, bo nie mam ochoty« też jest absolutnie nieuprawniona. To nie od ochoty ma zależeć. (…) Jeśli tylko jest to możliwe [kobieta] ma się zgodzić.

Stop. Tu wtrącam, bo w oryginale było inaczej: „Jeżeli jedno z małżonków proponuje ten wyraz miłości, to drugie jeżeli tylko jest możliwe, ma się zgodzić. A jeżeli to jest niemożliwe… to ma wytłumaczyć”.  Chodziło o sposób odmowy, co tłumaczę przez kilka minut, by rezygnacja była dobrowolna, po zrozumieniu i by uniknąć poczucia odtrącenia, które często rozdrażnia i bardzo niszczy relację. Chodziło o podmiotowe potraktowanie współmałżonka, nawet gdy błądzi. W tym duchu wzywam do pokory i pojawiają się (jak się okazało nieszczęsne) słowa „poprosić, uprosić”, „nieuprawniona”. Słuchacze bezpośredni zrozumieli te słowa zgodnie z moją intencją, a jak widać osoby z zewnątrz nie. Tu przyznaję, że użyłem ich nierozważnie, skoro  (usłyszane przez nieprzygotowanych odbiorców) wywołały furię kobiet, które nie zrozumiały istoty przekazu, albo celowo wykorzystały wyrywając je z kontekstu. Dalej cytuję artykuł:

 (…) Kobieta ma poprosić, nie gniewajcie się, panie, gdy mąż proponuje w chwili, kiedy ty naprawdę nie możesz. Masz go poprosić, a nawet uprosić, uprosić (!), żeby sam zrezygnował. Bo ty naprawdę nie możesz. »– Wybacz, ale ja naprawdę nie mogę. Nie gniewaj się, ale ja naprawdę nie mogę«. Tu skwapliwie ominięto zdania tłumaczące intencje mówiącego i wprowadzającego w wątek dotyczący alkoholu. (…) niektóra musi powiedzieć: bez alkoholu. Jest to piękny sposób wyprowadzenia męża z nadużywania alkoholu. Każdy na to pójdzie! »– Za trzy dni, nawet bez piwa do telewizora, ja ciebie zapraszam do łóżka«. Każdy na to pójdzie! Nawet dość ciężko uzależniony. To nie mówię, tak wymyślam. Mam na to dowody. Takiej konkretnej pomocy”. Koniec cytatu.

Autorka jako redaktorka „Więzi” (w tym samym atakującym mnie artykule) powołuje się na autorytet Michaliny Wisłockiej, broni edukacji seksualnej, zaprasza do przeczytania artykułu broniącego Konwencji Stambulskiej. Te poglądy są całkowicie sprzeczne z moimi.

(W tym miejscu chciałem zacytować serię niewybrednych epitetów, pomijając wulgarne, które padły pod moim adresem, lecz na prośbę żony usunąłem ten fragment tekstu. Dziękuję Jej za to.) Czy o taką agresywną reakcję podpuszczonych odbiorców Pani Redaktor chodziło?

W jednym się z Panią Redaktor zgadzam: Myślę, że widząc wizję pięknej czystej miłości, którą od dziesięcioleci wytrwale propaguję rzeczywiście „dreszcz przechodzi po plecach na myśl o skali zasięgu krzewionej przez niego (czyli mnie) wizji seksualności” – wszystkim tym, którzy żyją z rozwiązłości seksualnej, głoszą  i propagują i stosują ją jako narzędzie walki z wartościami prawdziwie chrześcijańskimi i głoszącym je niestrudzenie Kościołem Katolickim, którego staram się być wiernym członkiem i obrońcą.

Myślę, że całą akcję napędziły siły m.in. spod znaku „błyskawicy” („złamane” S – „błyskawica” jest znakiem okultystycznym, w Piśmie Świętym oznaczającym szatana, niszczyciela, a dziś jest symbolem używanym przez nieszczęsne, zmanipulowane kobiety polskie, żądające zabijania własnych dzieci). Umiejętnie zagrano (doceniam fachowość) na, od lat budowanym, buncie kobiet przeciwko „ciemiężycielom” mężczyznom. Nuta udręczenia kobiet przez „hegemonów” mężczyzn jest bardzo łatwa do uruchomienia i świetnie nadaje się do podsycania wrogich emocji i agresji.

PS. Uczciwych czytelników   odsyłam do wysłuchania całości tamtej wypowiedzi, a zainteresowanym szerzej tematyką pięknej i świętej sfery seksualności (już bez niezręcznych sformułowań) polecam lekturę książek mojego autorstwa (posiadających Imprimatur):

„Warto uprawić seks małżeński,  bo pozamałżeński zawsze pozostanie bezowocnym ugorem, czyli o pielęgnowaniu sfery płciowości i życiu w czystości seksualnej” (IW Jerozolima 2018)

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

„Wartość współżycia małżeńskiego. O pielęgnowaniu sfery płciowości” (IW Jerozolima 2001)

„Warto zadbać o te sprawy” (IW Jerozolima 2008)

„Miejsce płciowości w miłości” (IW Jerozolima 2009).

Podziel się

20
6
Wiadomość