Jesień 2020, nr 3

Zamów

Źródło i szczyt. Rozmowa z ks. prof. Stanisławem Czerwikiem

Mazur/catholicnews.org.uk

Uzasadnianie soborowych zmian w Liturgii było niewystarczające, a katecheza nie nadążała za reformami – mówił w 1996 roku ks. Stanisław Czerwik, zmarły kilka dni temu profesor teologii liturgii.

Ks. prof. Stanisław Czerwik, były rektor Wyższego Seminarium Duchownym w Kielcach i wykładowca liturgiki, zmarł 4 października. Pogrzeb odbędzie się 10 października w Kielcach. Przypominamy rozmowę, która ukazała się w książce „Dzieci Soboru zadają pytania”

Ireneusz Cieślik i Marek Waluś: Co jest istotnym novum soborowej Konstytucji o liturgii ?

Ks. Stanisław Czerwik: Trzeba pamiętać, że Sobór Watykański II jest pierwszym w dziejach soborem, który zajął się tematyką liturgii i przedstawił integralną naukę o tej dziedzinie życia Kościoła. Konstytucję o liturgii trzeba też widzieć na tle 400 lat, które nastąpiły po Soborze Trydenckim (był to okres centralizacji liturgii; dominowało w nim rubrycystyczne i jurydyczne spojrzenie na liturgię) i na tle tego bezpośredniego przygotowania do Vaticanum II, jakim był ruch liturgiczny.

Największa nowość KL to ukazanie teologicznych podstaw liturgii, tzn. oparcie jej na wizji historii zbawienia (liturgia to aktualny etap historii zbawienia) oraz dostrzeżenie i ukazanie w liturgii podwójnego – zbawczego i kultycznego – nurtu działania Bożego. Istotnym novum jest też podkreślenie kapłaństwa wszystkich wiernych jako podstawy uczestnictwa w liturgii, zerwanie z klerykalizacją dominującą w poprzednim okresie, a także ukazanie liturgii na bogatym tle biblijnym oraz otwarcie skarbca Pisma Świętego dla wiernych – skarbca, który był w jakiś sposób zamknięty z powodu niezrozumiałości języka i tego, że dawniej Biblia nie była w dostatecznym zakresie czytana podczas liturgii.

Bardzo nowatorskim posunięciem było otwarcie dostępu do liturgii językom nowożytnym, ojczystym. Od strony zewnętrznej to chyba trzeba uznać za największe osiągnięcie, ponieważ praktycznie liturgia stała się zrozumiała dla wiernych.

MISTERIUM NIE ZNACZY NIEZROZUMIAŁOŚĆ

Jakie były powody odwrócenia księdza twarzą do wiernych, odwrócenia, które stało się symbolem posoborowej reformy liturgicznej?

– Myślę, że wiąże się to z pojęciem znaku i misterium w liturgii. Misterium to nie jest niezrozumiałość liturgii, ale obecność rzeczywistości zbawczej pod osłoną znaków. Odwrócenie kapłana było konsekwencją wprowadzenia do liturgii języka ojczystego. Jeżeli słowo jest podstawowym znakiem komunikacji w zgromadzeniu, to mówiąc do drugiego człowieka, nie zwracamy się doń plecami. Naturalną więc rzeczą było zwrócenie się mówiącego twarzą do wiernych.

W pewnym czasopiśmie konserwatywno-katolickim można jednak wyczytać, że w ten sposób ksiądz jawi się jako aktor, który podczas Mszy gra rolę Boga.

– To nieporozumienie. Ksiądz nigdy nie „gra roli” Boga. Owszem, obowiązuje zasada, że działa on in persona Christi (mocą Chrystusa, Chrystusa uobecnia, z Nim się sakramentalnie utożsamia), ale spełnia tę czynność w zgromadzeniu i razem z nim. Liturgia jest działaniem dla ludu i z ludem. Nie jest to działanie, które ma być przed ludem ukrywane. Stwierdzenie, że ksiądz „gra rolę” Boga, jest chyba związane z takim patrzeniem na liturgię, że tu jedynie ksiądz jest działającym, a wierni są tylko widzami. Ale taka wizja jest nie do przyjęcia.

Liturgia jest działaniem dla ludu i z ludem. Nie jest to działanie, które ma być przed ludem ukrywane

Trzeba przy okazji wspomnieć, że dzisiaj – po lekturze Katechizmu Kościoła Katolickiego – nie można już mówić, że ksiądz jest celebransem Mszy świętej. Dlatego, że takie sformułowanie przypisuje jak gdyby monopol księdzu. Tymczasem on nie jest celebransem, ale przewodniczącym zgromadzenia. I trzeba mówić o całym zgromadzeniu, że ono tę liturgię celebruje, a ksiądz jest przewodniczącym tej koncelebracji. Zgromadzenie liturgiczne jest znakiem Kościoła jako organizmu, w którym każdy członek ma niezastąpione miejsce i rolę do spełnienia. Nie da się dzisiaj liturgii w ten sposób sprawować, że jest ona celebrowana przez księdza „dla wiernych”. Dlatego nie wolno mówić, że Msza święta jest dla młodzieży, dla dzieci itd. Ona jest: z udziałem młodzieży, z udziałem dzieci etc. – jako działającymi w tej liturgii.

Powiedziałem wcześniej, że liturgia jest działaniem dla ludu, bo – etymologicznie rzecz biorąc – to oznaczał pierwotnie grecki termin leiturgia. Ale dziś i jedno, i drugie znaczenie, jest prawdziwe: liturgia to działanie ludu i dla ludu.

SŁOŃCE PASCHY

Francuski liturgista Pierre Jounel w komentarzu do KL określił ją jako „wzejście słońca Paschy na horyzoncie Kościoła”. Co to znaczy?

– Trzeba by tu sięgnąć do etymologii terminu „pascha” (po hebrajsku, po aramejsku – „przejście”). Paschalne misterium to męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, a więc wydarzenie zbawcze dokonane przez Niego, ale kontynuowane w życiu Kościoła. Owo misterium ma swoją prehistorię w życiu narodu wybranego (wyzwalające przejście Boga przez Egipt, które było związane z wymierzeniem kary za brak zgody faraona na exodus Izraelitów. Dzięki temu przejściu Boga, Izrael mógł przejść z niewoli na wolność, przez pustynię do Ziemi Obiecanej).

Natomiast w Chrystusie (który przeżywa swoją Ofiarę w kontekście Paschy żydowskiej) ta Pascha polega na przejściu z tego świata do Ojca, ze śmierci do zmartwychwstania i życia. Przedłuża się ona w Kościele przez sakramenty: chrzest i Eucharystia są sakramentami paschalnymi, które sprawiają, że z Chrystusem przechodzimy ze śmierci do nowego życia, ukoronowanego powszechnym zmartwychwstaniem. W wizji KL to misterium jest numerycznie jedno, obejmuje Chrystusa i nas, którzy jesteśmy w Niego wszczepieni. To, co się w Nim dokonało, dokonuje się w nas. Chrystus wprowadza nas w to misterium w życiu sakramentalnym Kościoła, On jest sprawcą naszego przejścia, które się dokonuje każdego dnia.

Ponowne odkrycie misterium paschalnego jest czymś bardzo istotnym dla liturgii i teologii. W teologii potrydenckiej akcentowano pojednanie dokonane przez śmierć Chrystusa, utożsamiano odkupienie z zadośćuczynieniem. Zmartwychwstanie było jakby na dalszym planie, jako tylko pewna konsekwencja dzieła dokonanego przez śmierć Chrystusa. Ukazanie zbawczego wymiaru zmartwychwstania w teologii jest też związane z odkryciem misterium paschalnego w liturgii. Dzisiaj traktuje się całą liturgię jako promieniowanie Paschy. Wszystkie sakramenty – mówi Sobór (KL 61) – przez które Chrystus uświęca różne podstawowe wydarzenia naszego życia, czerpią swoją moc z paschalnego misterium Jezusa Chrystusa.

Czy to znaczy, że wcześniej misterium paschalne nie było zauważane, że było nieobecne w liturgii?

– Liturgia pierwszych wieków (gdzieś do VI w.) była związana z bardzo głębokim rozumieniem misterium paschalnego. Później to „słońce Paschy” jak gdyby zaszło w świadomości Kościoła. Nie można jednak powiedzieć, że misterium paschalne nie było obecne w liturgii. Kościół zawsze nim żył; wiele do życzenia pozostawiała tylko świadomość tego i wyrażenie tej prawdy w przepowiadaniu, w katechezie.

Nie można mówić, że ksiądz jest celebransem Mszy świętej. Dlatego, że takie sformułowanie przypisuje jak gdyby monopol księdzu. Tymczasem on nie jest celebransem, ale przewodniczącym zgromadzenia

Podobnie zresztą wygląda kwestia pneumatologii. Kościół pierwotny był bardzo wrażliwy na działanie Ducha Świętego. Wrażliwość tę nadal zachowuje Kościół Wschodni. Natomiast na Zachodzie myśmy ją trochę zatracili. Na Soborze Watykańskim II dokonało się też ponowne odkrycie obecności i działania Ducha Świętego w liturgii. Choćby przez powrót do epiklezy konsekracyjnej – wzywania Ducha Świętego nad darami chleba i wina, aby przemienił je w Ciało i Krew Pańską.

Wydaje się, że epikleza (i jej rola) w bardzo skromnym zakresie funkcjonuje w świadomości ludzi Kościoła. Trzeba więc zapytać o wzajemny związek między liturgią a tą świadomością.

– To bardzo istotny problem: co zrobiliśmy z tymi pięknymi treściami, z tą bogatą teologią? Czy znaleźliśmy „pas transmisyjny” między dokumentami a kaznodziejstwem, katechezą, przeżywaniem liturgii? Trzeba tu ze smutkiem powiedzieć, że często ten „pas transmisyjny” jakby się zatrzymał.

Czy np. fakt opornego docierania do polskich parafii reformy Triduum Paschalnego to objaw zatrzymania się „pasa transmisyjnego” odnośnie do rozumienia misterium paschalnego?

– Triduum Paschalne sprawujemy w zasadzie tak, jak trzeba. Najwięcej jednak zastrzeżeń budzi Wigilia Paschalna. Fakt, że rozpoczyna się ją jeszcze przed zachodem słońca, to jest nieporozumienie! To, że sprawuje się ją przy wystawionym Najświętszym Sakramencie w Grobie Pańskim – też jest nie do przyjęcia. Ale największa bolączka to rozpoczynanie jej bezsensownie jeszcze przy świetle dziennym. W ten sposób traci ona połowę swojego sensu i wymowę swej symboliki, zwłaszcza ciemności i światła.

Optowałbym także, aby procesja rezurekcyjna – jeśli już ma być – odbywała się zaraz po Wigilii Paschalnej. Ale decydują tu wielowiekowe lokalne tradycje polskiej rezurekcji…

Jest taka zasada łacińska: lex Romae datur, Poloniae ignoratur – w Rzymie wydaje się prawa, a w Polsce się je ignoruje. Dziękujemy Ojcu Świętemu za nowe encykliki, ale ich nie czytamy; dziękujemy za nauczanie, ale się nim nie przejmujemy. Kilka lat temu, 16.01.1988 r., ukazał się list okólny Kongregacji Kultu Bożego, w którym rozpoczynanie Wigilii Paschalnej przed zapadnięciem nocy określa się jako nadużycie, jakiego nie wolno tolerować.

Bodaj najczęściej cytowanym sformułowaniem KL jest określenie liturgii jako „szczytu i źródła całej działalności Kościoła” (KL 10), a mimo to nie wydaje się, by miało ono odbicie w świadomości. W praktyce nie bardzo wiadomo, co ono znaczy.

– Dotykamy tu hierarchii wartości, którą żyje Kościół. Przytoczony cytat zawiera wyrażenia obrazowe: szczyt w jakimś pasmie górskim; źródło, z którego tryska woda, zwłaszcza na pustyni, oaza. Od strony teologicznej trzeba by powiedzieć tak: Kościół nie dysponuje większymi dobrami niż obecność Chrystusa i działanie Ducha Świętego, niż sakramenty. To pojęcie „szczytu i źródła” odnosi się w najdoskonalszy sposób do Eucharystii. W DK 5 jest sformułowanie, że w Eucharystii zawiera się całe duchowe dobro Kościoła. Ona jest szczytem i źródłem całego organizmu sakramentalnego w Kościele. Dlatego że Eucharystia to sam Chrystus – nasza Pascha i Chleb Żywy, który przez swoje Ciało ożywione i ożywiające Duchem Świętym daje życie ludziom.

W pojęciu „szczytu i źródła” mieści się także stwierdzenie, że liturgia nie wyczerpuje całej działalności Kościoła (KL 9-10). Są trzy nurty życia Kościoła: leiturgia, martyria (głoszenie Słowa, świadectwo, wszelkie formy przepowiadania) i diakonia (cała dziedzina działalności charytatywnej, służba ubogim, chorym). Rozróżnienie tych trzech nurtów wiąże się z funkcjami Chrystusa jako kapłana, proroka i króla-sługi. Nie sposób całego życia Kościoła zredukować do liturgii. Pojęcie liturgii jako „szczytu i źródła” trzeba rozumieć w kontekście całego życia Kościoła.

Wydaje się jednak, że w powszechnej świadomości liturgia funkcjonuje jako jeden ze środków działalności pasterskiej Kościoła, a nie jej szczyt.

– Zgadzam się, że od tej hierarchii wartości do świadomości jest jeszcze daleka droga. To wymaga jakiegoś przewartościowania. Nie czynimy zadość tej zasadzie, jeśli Msza święta jest przy każdej okazji sprawowana jako dodatek do wszystkich możliwych obrzędów i obchodów. Nie jest to droga do owocowania świadomości, że jest ona „źródłem i szczytem”. Patrząc na to, co dzieje się w naszych parafiach, należy pytać, czy Msza święta jest traktowana przez ogół wiernych jako najważniejsze wydarzenie w ich życiu, szczyt i źródło ich życia? Spójrzmy na spadającą jednak frekwencję obecności na Mszy, sposób uczestniczenia, zachowania się ludzi; przyjrzyjmy się, jak duszpasterz traktuje Mszę świętą w kontekście innych swoich zadań.

CO JEST LITURGIĄ?

Czy moglibyśmy tu sprecyzować, co jest liturgią, a co nią nie jest oraz jaka jest hierarchia działań Kościoła w tej dziedzinie?

– To ważna sprawa. Rozróżnienie między liturgią a nieliturgią nie zawsze jest umiejętnie ujmowane, choćby np. w samym sposobie mówienia o porządku nabożeństw w kościele (wg KL trzeba rozróżniać między liturgią a nabożeństwami). Liturgia jest rzeczywistością złożoną. W jej centrum jest celebracja Eucharystii, ale ta centralna rzeczywistość promieniuje na inne sakramenty, na liturgię godzin, na sakramentalia, na strukturę roku liturgicznego. To wszystko jest liturgią. Czymś innym natomiast są nabożeństwa: majowe, czerwcowe, Gorzkie żale, Droga Krzyżowa, prywatna adoracja, pacierz dziecka czy modlitwa wspólna w rodzinie.

Kryterium rozróżnienia trzeba upatrywać w „intensywności” działania Chrystusa i Kościoła jako Jego Ciała. Są pewne czynności przez Chrystusa ustanowione, które mają swoje źródło w Nim i w Jego czynach (Eucharystia, sakramenty) lub w jakimś autorytatywnym akcie Kościoła (tzn. Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów). Natomiast pewne czynności pochodzą z pobożności prywatnej i nie angażują Chrystusa i Kościoła w taki sam sposób jak sakramenty, z taką samą intensywnością.

Nie sposób całego życia Kościoła zredukować do liturgii

Sobór uznaje potrzebę nabożeństw, ale też podkreśla, że rangą i godnością nie dorównują one liturgii: „Zaleca się usilnie nabożeństwa ludu chrześcijańskiego (…) zwłaszcza te, które odbywają się z woli Stolicy Apostolskiej. (…) Nabożeństwa te należy tak uporządkować, aby zgadzały się z liturgią, z niej poniekąd wypływały i do niej prowadziły, ponieważ ona ze swej natury znacznie je przewyższa” (KL 13).

W praktyce parafialnej jest stosunkowo sporo nabożeństw, natomiast liturgia w zasadzie ogranicza się do sprawowania Mszy świętej. Czy nie należałoby tu zmienić proporcji?

– Boleję nad tym, że nastąpiło zubożenie naszej liturgii parafialnej, spowodowane pewnym przeakcentowaniem Mszy świętej. Wiadomo, że dawniej (do okresu, gdy zaczęto odprawiać Msze wieczorne) wieczorem w parafiach odbywały się nieszpory, które teraz niemal zanikają. Na pewno nie jest to zgodne z duchem odnowy liturgicznej, która przecież doprowadziła także do odnowienia liturgii godzin, potraktowała ją jako modlitwę całego Ludu Bożego, a nie tylko księży. Odkrycie liturgii godzin, choćby nieszporów parafialnych, to zadanie, które jeszcze stoi przed nami. Na pewno wymaga to poważnych starań, bo zredukowanie całej liturgii tylko do Eucharystii jest jednak pewnym zubożeniem przejawów uświęcającego i kultycznego działania Kościoła.

Właśnie. Według KL liturgia godzin to szczególna (poza Eucharystią) forma uwielbienia Boga i zbawczego wstawiennictwa (KL 83). Tymczasem praktyka liturgiczna w Polsce zdaje się odcinać większość wiernych od tego „źródła pobożności” (KL 90) i pozbawiać udziału w tym „głosie Kościoła” (KL 99). Jak to pogodzić z tak mocno przez Sobór podkreślanym powszechnym powołaniem do świętości?

– Na Soborze zostało na nowo powiedziane, że modlitwa w Kościele jest przedłużeniem modlitwy Chrystusa, że jest to zadanie całej wspólnoty Kościoła – liturgia godzin wyrosła przecież z modlitwy zanoszonej we wspólnotach parafialnych i katedralnych; zwłaszcza modlitwa poranna i wieczorna, które dały początek późniejszej jutrzni i nieszporom. Z czasem nastąpiła klerykalizacja tej modlitwy – brewiarz kojarzy nam się nadal tylko z powołaniem księdza. Liturgia godzin powinna odzyskać swoją rangę, ale jeszcze nie doszliśmy do tej świadomości, żeby na powrót czynić ją modlitwą całego Kościoła. Są pewne grupy, zwłaszcza w ruchu oazowym czy w innych ruchach, które się modlą w ten sposób, ale daleko do upowszechnienia tej modlitwy w parafiach.

WIZYTÓWKA KOŚCIOŁA

KL mówi, że poprzez liturgię – zwłaszcza Eucharystię – widzimy, czym jest Kościół. Czy nie jest tak, że nasza liturgia może nie tylko objawiać, ale i maskować Kościół?

– Liturgia jest manifestacją, epifanią Kościoła – taka jest prawda. A jaka jest rzeczywistość? Myślę, że przebiega ona przez serce każdego uczestnika, każdego księdza, każdego wiernego. Zachowanie się nas wszystkich przy wykonywaniu tej centralnej czynności, która ma manifestować Kościół, zdradza czasem dość mizerny obraz Kościoła. Istnieje sprzężenie zwrotne między liturgią i Kościołem, między celebracją liturgii i świadomością Kościoła. Nie bałbym się tu powiedzieć, że w Polsce mamy często zawężone, niepełne pojęcie Kościoła, ograniczone tylko do hierarchii, instytucji, urzędów.

Mizerne pojęcie czy mizerny Kościół?

– Gdybyśmy przez pryzmat niedzielnej liturgii oceniali nasz Kościół, samych siebie, trzeba powiedzieć, że mamy takie pojęcie Kościoła, jaki jest nasz udział w Eucharystii. Choć nie chciałbym tego tak powiedzieć, żeby kogokolwiek obarczać winą, a siebie z niej zwalniać.

Oczywiście, cieszymy się, że w liturgii uczestniczy jeszcze dość dużo wiernych, ale jaki procent tych, którzy powinni by uczestniczyć, uczestniczy? A jak my przeżywamy Mszę świętą? Między ideałem a rzeczywistością jest jeszcze bardzo długa droga. Przyznajmy to w pokorze.

Jest taka zasada łacińska: lex Romae datur, Poloniae ignoratur – w Rzymie wydaje się prawa, a w Polsce się je ignoruje. Dziękujemy Ojcu Świętemu za nowe encykliki, ale ich nie czytamy; dziękujemy za nauczanie, ale się nim nie przejmujemy

W komisji Synodu Plenarnego, której przewodniczę, pracujemy teraz nad tym, żeby wszystkie niedociągnięcia dotyczące życia liturgicznego w Polsce przynajmniej sobie uświadomić. Powstaje z tego ogromna lista. Tak ogromna, że aż można się przerazić.

Czy można tu przynajmniej w skrócie przedstawić tę listę?

– Przekracza to w tej chwili moje możliwości. Podczas ostatniego spotkania zatrzymaliśmy się jedynie nad zarejestrowaniem braków w dziedzinie sprawowania Mszy świętej. To jest taaaka lista! Oto 32 lata po ogłoszeniu KL stwierdzamy, że istnieje mnóstwo niedociągnięć w urządzeniu wnętrz kościołów, w usytuowaniu ołtarza, ambony, w samym sposobie przewodniczenia Eucharystii przez księży; tyle niedociągnięć związanych z brakiem czynnego udziału wiernych świeckich, np. fakt, że po staremu ksiądz wszystkie czynności spełnia sam, że nie ma świeckich lektorów, śpiewaków, że liturgia nadal jest sklerykalizowana; zauważyliśmy fatalną słyszalność w naszych kościołach, brak funkcjonalności słowa, brak proporcji między liturgią Słowa a liturgią eucharystyczną, za długie kazania i ogłoszenia, pośpiech w sprawowaniu liturgii eucharystycznej, brak ciszy. W wielu miejscowościach całe grupy wiernych, zwłaszcza młodych, stoją poza kościołem, rozmawiają, nie widzą, nie słyszą tego, co się dzieje przy ołtarzu. To jest mizerny obraz naszego Kościoła. To tylko przykłady bardzo niepokojących braków.

Liturgia objawia Kościół, a jest on – jak mówi Sobór – znakiem, sakramentem zbawienia całego rodzaju ludzkiego. Z tego, co Ksiądz mówi, wynikałoby, że jest to znak nieczytelny czy mało czytelny i trudno dziwić się np. ateistom, że tego znaku nie rozpoznają.

– Na szczęście te sformułowania odnoszą się do Kościoła w wymiarze powszechnym i do liturgii w wymiarze powszechnym. To nie przez pryzmat naszej, często dalekiej od ideału, parafialnej liturgii mamy oceniać liturgię całego Kościoła.

Ale dlaczego to objawianie pełni Kościoła mamy odnosić jedynie do liturgii w wymiarze powszechnym? Przecież każda Eucharystia jest działaniem Chrystusa i całego Kościoła, uobecnia Kościół powszechny – podobnie jak Chrystus uobecnia się w pełni w każdej Eucharystii, a nie tylko w liturgii w jej wymiarze powszechnym.

– Zgoda. Grecki rzeczownik ekklesia ma w Nowym Testamencie trzy kręgi znaczeniowe: po pierwsze, oznacza Kościół w wymiarze powszechnym, dotyczy wszystkich ochrzczonych, złączonych z Chrystusem – to najszersze jego znaczenie. Nieco węższe, drugie znaczenie obejmuje Kościoły lokalne. I najwęższe – kiedy treść tego wyrazu dotyczy konkretnego zgromadzenia. Jeżeli na oznaczenie tych trzech rzeczywistości używamy tego samego terminu „Kościół”, to znaczy, że wszędzie jest ta sama rzeczywistość Kościoła. Ale na pewno siła przemawiania znaku jest różna.

Ale czy nasza Eucharystia nie zaciemnia tego znaku, jakim jest Kościół?

– Może nie tyle zaciemnia, co nie jest wystarczająco czytelnym znakiem.

Czy nie jest to też związane z masowością naszego Kościoła?

– Warunkiem przeżywania liturgii jest istnienie jakiejś więzi społecznej między ludźmi, którzy się gromadzą. Im głębsza jest ta więź w życiu codziennym, tym większa szansa głębszego przeżywania liturgii. Niewątpliwie, Eucharystia w mniejszych grupach daje większe szanse głębszego przeżycia. Jednakże dokumenty (np. wydana przez Kongregację Kultu Bożego Instrukcja o kulcie tajemnicy Eucharystii z 25 maja 1967 r.), mówiąc o liturgii w małych grupach, zaznaczają, że nie należy organizować tych zgromadzeń w niedzielę, aby nie przeszkadzać zgromadzeniu się całej wspólnoty w dzień Pański.

Jak w takim razie odnieść się do praktyki np. wspólnot neokatechumenalnych, które z założenia sprawują niedzielną Eucharystię w swoim zamkniętym gronie?

– Trzeba by mówić o niezgodności tej praktyki z duchem liturgii, gdyby ksiądz zamykał się z małą grupą w jakiejś kaplicy czy domu prywatnym w niedzielę, kiedy ta grupa powinna włączyć się we wspólnotę parafialną. Nie należałoby natomiast odmawiać prawa do celebracji w małych grupach w dni powszednie. Pod warunkiem, że grupy te nie będą zamknięte w sobie, nie będą zespołami wzajemnej adoracji. Cytowany przeze mnie dokument mówi też o tym, że każda grupa zbierająca się na sprawowanie liturgii powinna być tak formowana, żeby przeżywała swoją łączność z Kościołem lokalnym, powszechnym, a nawet z całą ludzkością. Nie można mówić: „To jest moja msza, nasza msza, a tobie nic do tego”. Takie zjawiska izolowania się wynikające z jakiejś mentalności getta trzeba eliminować. Jeśliby wspólnoty neokatechumenalne miały takie skłonności, byłbym temu przeciwny. Trochę się boję, że niekiedy mają taką tendencję, a przynajmniej są postrzegane jako wspólnoty, które się zamykają.

Wielu ludzi naszego pokolenia poznawało odnowioną liturgię właśnie w małych grupach, poprzez różne ruchy odnowy. Jak Ksiądz Profesor ocenia ich rolę w procesie wprowadzania w życie reformy liturgicznej?

– Dużą zasługę trzeba przyznać oazom, całemu ruchowi odnowy „Światło-Życie”, jaki rozpoczął w Polsce ks. Franciszek Blachnicki. Wiadomo, że ośrodek oazowy w Krościenku promieniował przede wszystkim właśnie nowymi formami posoborowej liturgii. Oazy przyciągały młodych ludzi pięknem liturgii reformowanej po Soborze. To były pierwsze środowiska, w których młodzież poznawała odnowioną liturgię. Postawiłbym na pierwszym miejscu tę właśnie grupę, nie ujmując oczywiście zasług innym.

Generalnie trzeba powiedzieć, że jeżeli te ruchy służą pogłębieniu religijnemu, uwrażliwiają na modlitwę, na działanie Ducha Świętego, na rzeczywistość chrztu, otwierają na życie parafii, to powinny one sprzyjać także recepcji odnowy liturgii. Trzeba tylko pilnie strzec się izolacjonizmu – żeby grupy czy ruchy nie oddzielały się od wspólnot parafialnych, ale były elitami, które je ożywiają.

LITURGICZNA NUDA?

Czasem – patrząc okiem chłodnego obserwatora na to, co się dzieje w kościołach – wydaje się, jakby liturgia była czynnością nudną, spełnianą z konieczności, nie sprawiającą radości, nie przeżywaną jako rzeczywiście nadzwyczajne wydarzenie. Próbuje się ją więc uatrakcyjniać. Czy jest to dobry sposób na przezwyciężanie pewnego bezwładu wierzących?

– Chrześcijanin nie może być nigdy „chłodnym obserwatorem” Kościoła. Użył Pan wyrażenia, że Msza święta może wydawać się nudna. Sądzę, że to wrażenie nudy i zniechęcenia może się udzielać wzajemnie i księdzu, i wiernym. Ksiądz na przykład patrzy, jak spora część wiernych stoi na zewnątrz kościoła i myśli: „Co ja mam zrobić, żeby oni weszli?”. Jest też z drugiej strony dla mnie tajemnicą, gdzie leży przyczyna niechęci świeckich wiernych do czytania Pisma Świętego w liturgii. Niedawno byłem we Włoszech i widziałem, jak ludzie dorośli z wielką kompetencją wykonują czytania mszalne, ładnie i chętnie. A u nas? Wierni dorośli zachowują się często jak analfabeci i obserwatorzy, jak kibice na meczu. Czy to brak inicjatywy księży, czy niechęć świeckich? Nie wiem, ale bardzo się tym martwię.

Eucharystia w mniejszych grupach daje większe szanse głębszego przeżycia. Nie należy jednak organizować tych zgromadzeń w niedzielę, aby nie przeszkadzać zgromadzeniu się całej wspólnoty w dzień Pański

Przyczyna nudy leży w sercu człowieka, w jego letniej wierze, a nie w strukturze obrzędów. Oczywiście, jeżeli np. uczestnicy Mszy będą mieli wrażenie, że się ich lekceważy, nie docenia, że nie wkłada się wystarczająco wiele troski w to, by liturgia była piękna, to będzie to powodowało nudę i zniechęcenie. Nie można zaniedbać niczego, co służy pięknu liturgii. Ona ma prawo być piękna! Dlatego trzeba traktować serio wszystkie sprawy dotyczące komunikacji, estetyki, przygotowania liturgii – to ma być normalną drogą do jej atrakcyjności. A nie jakiś show, jakaś nadzwyczajność.

Jeżeli słowo „atrakcyjność” rozumieć dosłownie jako „przyciąganie” (bo attrahere po łacinie znaczy przyciągać) – jeżeli nas nie będzie przyciągał Chrystus, to na nic zdadzą się wszystkie próby udziwnienia czy uatrakcyjnienia liturgii! Chrystus powiedział: Ja gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie (J 12, 32) – „Ja będę siłą przyciągania dla nich!”. Jeżeli tej „atrakcji” nie ma, to naprawdę nic nam nie pomoże! Jeśli sobie uświadomimy, że każda Msza święta jest uobecnieniem tej jedynej Ofiary Chrystusa złożonej raz na zawsze na krzyżu, to czym my możemy ją dodatkowo „uatrakcyjnić”?! Czy w ogóle mówienie o atrakcyjności jest tu na miejscu?

PYTANIE O NASZĄ WIARĘ

Jak można – w świetle KL i nauki liturgiki – ocenić posoborową odnowę liturgiczną?

– Tego typu przemiany, jakie inicjują sobory, wymagają czasu. Pamiętajmy, że jesteśmy (no, może Panowie nie, ale ja na pewno) wychowani w epoce, którą nazwaliśmy potrydencką. Dopiero z perspektywy 400 lat można mówić, jak na kształcie zachodniej liturgii zaważył Sobór Trydencki i jego reformy. Mówimy tu z perspektywy zaledwie 32 lat, stąd też byłbym bardzo ostrożny w ferowaniu ocen.

Czy można mówić o zmianie na lepsze? Myślę, że zdecydowanie tak. Nie do pomyślenia byłoby już dzisiaj celebrowanie po dawnemu – powrót do niezrozumiałego języka, zwrócenie się plecami do wiernych; trwanie w zgromadzeniu, które w żaden sposób nie uczestniczy w liturgii. Odczucie liturgii jako działania wspólnego jest obecne w świadomości wiernych. Dokonała się reforma tekstów, formuł modlitw, struktury obrzędów, przepisów. Czy to jednak jest już pełna reforma?

Odeślę tu do listu Jana Pawła II ogłoszonego z okazji 25. rocznicy uchwalenia KL. Papież pisze: „Jeżeli dziś można uznać, że reforma liturgii, taka, jakiej chciał Sobór Watykański II, została już zrealizowana, to zadaniem do wykonania pozostaje wciąż jeszcze duszpasterstwo liturgiczne, które pozwoli z bogactwa liturgii obficie czerpać moc spływającą z Chrystusa na wszystkie członki Jego Ciała, którym jest Kościół”. I jeszcze: „Liturgia jest czymś znacznie większym niż reforma liturgiczna. Najpilniejszym zadaniem jest formacja biblijna i liturgiczna Ludu Bożego, pasterzy i wiernych”. W myśl tego listu została dopiero wykonana pierwsza część tej pracy, tzn. zreformowano program liturgii, natomiast formacja nas wszystkich jest zadaniem, które ciągle pozostaje do wykonania. Wydaje mi się, że w Polsce to zadanie formacji jest jeszcze całe do wykonania. Całe!

Ale chyba się tego nie dostrzega. Funkcjonuje raczej świadomość, że odnowę liturgii w Polsce mamy już za sobą, bo ksiądz stoi twarzą do ludzi, odprawia Mszę po polsku, nie ma właściwie grup sprawujących liturgię przedsoborową itp.

– Być może pocieszamy się tym, że u nas nie doszło do lefebvryzmu, ponieważ reformy były przeprowadzane stopniowo. Tak było. Ułatwiły to także warunki polityczno-społeczne, bo księgi liturgiczne ukazywały się z wielkim opóźnieniem (odległości między wydaniami typicznymi i polskimi są znaczne).

Ale mam wyrzut sumienia – i wyrażam go także w imieniu innych – że uzasadnianie zmian było niewystarczające, katecheza nie nadążała za reformami (choćby to, że wśród listów pasterskich Episkopatu niewiele jest „listów mistagogicznych”, które wystarczająco by uzasadniały wprowadzone zmiany). Brak tej katechezy powoduje, że do dzisiaj wierni nie nadążają świadomością za dokonanymi zmianami.

Wymaganie, aby księża na każdej Mszy świętej konsekrowali chleb do Komunii świętej wiernych, pojawia się od Benedykta XIV, od XVIII wieku! Papież Pius XII o tym mówi, instrukcje posoborowe, nowy Mszał… i jakoś nie dociera to do księży

Przed sobą mamy rachunek sumienia z tego, co nie zostało dokonane, z dziwactw, które nam się przydarzają i które rejestruje w tej chwili liturgiczna komisja Synodu Plenarnego. Mamy do wykonania ogromne zadanie formacji liturgicznej; musimy postawić sobie pytanie: dlaczego mimo przybliżenia ołtarza do wiernych, wprowadzenia języka ojczystego, maleje liczba uczestników liturgii? Jest to pytanie o naszą wiarę. Poza tym na pewno trzeba przemyśleć pewne formy liturgii sprawowanej publicznie, np. w związku z różnymi obchodami patriotycznymi. Grozi nam niekiedy, że traktujemy liturgię jako dodatek do różnych imprez, gromadzimy na niej ludzi, którzy przychodzą bez wiary i przekonania na rozkaz, z konieczności (żołnierze czy przedstawiciele władz, którzy nie wierzą). Jaki jest sens ich udziału?

Właśnie, w wydanym niedawno modlitewniku żołnierskim liturgia zdaje się być podporządkowana ceremoniałowi wojskowemu…

– Wyrażam ubolewanie, że pewne ustalenia podejmowane dla udziału wojska w liturgii nie zostały przekonsultowane z Komisją Episkopatu Polski ds. Liturgii. Na posiedzeniach Komisji wielokrotnie stwierdzano, że pewne zachowania czy przepisy obowiązujące w tych gronach są nie do pogodzenia z duchem liturgii, np. rozkazy wydawane w czasie Mszy świętej, operowanie bronią. Tak nie powinno być.

KL 1 mówi, że reformie liturgicznej przyświecał cel ekumeniczny. Jakie są ekumeniczne walory odnowionej liturgii?

– Chciałbym tu zwrócić uwagę na przyznanie Pismu Świętemu w liturgii tak wielkiej rangi – przecież to gest zbliżający nas do Kościołów wyrosłych z reformacji, które w czci dla Biblii nas prześcignęły, a właściwie zbliżający do wspólnego źródła naszej wiary. Można także mówić o wyjściu w kierunku chrześcijaństwa wschodniego, choćby przez dowartościowanie sztuki sakralnej, obrazu w liturgii, uwrażliwienie na misterium, zwiększenie liczby formuł modlitwy eucharystycznej (np. wprowadzenie IV modlitwy eucharystycznej, która jest bardzo bliska formułom wschodnim).

Poza tym warto tu wymienić powrót do całościowej wizji chrześcijańskiego wtajemniczenia. W pierwszych wiekach trzy sakramenty: chrzest, bierzmowanie i Eucharystię sprawowano łącznie, w jednym obrzędzie.

Czy można mówić o powrocie, skoro nie sprawuje się tych sakramentów ani łącznie, ani nawet w tej kolejności?

– W praktyce ta pierwotna wizja zachowana jest jedynie przy wtajemniczeniu dorosłych.

KL 71 mówi, że powinien być jasno uwydatniony ścisły związek bierzmowania z całym wtajemniczeniem chrześcijańskim. Czy fakt, że I Komunia święta jest przed bierzmowaniem, nie zaciemnia tego związku?

– Myślę, że nie trzeba tu przesuwać punktu ciężkości na samą kolejność, tylko na świadomość więzi tych trzech sakramentów w życiu chrześcijanina. Na pewno człowiek ochrzczony i bierzmowany jest bardziej wyposażony przez Ducha Świętego do tego, by pełniej uczestniczyć we Mszy świętej. Chodzi o to, by uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii nie traktować jedynie jako spełnienie nakazu wynikającego z IV przykazania, ale jako konsekwencję chrztu i bierzmowania. Dlatego uczestniczę we Mszy świętej, bo jestem człowiekiem ochrzczonym…

…i bierzmowanym! Tutaj jest problem dzieci i młodzieży dopuszczonych do Eucharystii, a jeszcze nie bierzmowanych. Jest to też problem ekumeniczny, np. z prawosławnego punktu widzenia jest to trudne do przyjęcia. Czy nie dałoby się odwrócić kolejności? Byłby to taki ekumeniczny gest.

– Teoretycznie nie widzę przeszkód. Zresztą, także i pontyfikał stwierdza, że zależy to od decyzji Episkopatu, że bierzmowanie może być udzielane po dojściu do wieku rozeznania przed pierwszą Komunią świętą.

Istnieje też dzisiaj tendencja przesuwania chrztu dzieci. Stawia się niekiedy pytanie: czy chrzcić dzieci, skoro one nie wiedzą, co się dzieje? Wierzymy jednak, że Bóg działa w dziecku i bez jego świadomości. Ale potem trzeba mu uświadamiać to, co się stało w chrzcie – tu ma sens całe chrześcijańskie wychowanie. Rzecz sprowadza się do tego, że sakramenty wymagają współdziałania człowieka – są darem i zadaniem.

Nie mówmy o bierzmowaniu jako sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej, bo jej nie da się utożsamić z dojrzałością fizyczną; mówmy o ciągłości działania Trójcy Świętej w życiu chrześcijańskim przez te trzy sakramenty. Dla mnie problemem bardziej niepokojącym niż kolejność jest to, czy młodzież – która nawet w wieku 16 lat przyjmuje bierzmowanie – odpowiednio reaguje potem na ten fakt? Nieraz duszpasterze zauważają bardzo niepokojące zachowania u nowo bierzmowanych.

OŻYWIĆ SOBOROWY ZAPAŁ

Czy w odniesieniu do liturgii zasadne jest rozróżnianie „litery” i „ducha” Soboru? Widzimy bowiem, że w niektórych punktach praktyka poszła zdecydowanie dalej (np. języki narodowe, koncelebracja), a w innych – nie (np. Komunia pod dwiema postaciami).

– Faktem jest, że niektóre decyzje Soboru rodziły się w wielkim bólu, np. w odniesieniu do koncelebracji, języków narodowych czy Komunii świętej pod obiema postaciami (akurat wybrali Panowie problemy najbardziej zaognione w soborowej dyskusji). Stąd w środowiskach, gdzie istniał opór ze strony biskupów czy teologów, będą one napotykały trudności w realizacji.

Na pewno nikt nie ma w tej chwili oporów wobec języka polskiego w liturgii, chyba tylko taki, że ujawnia on często nędzę naszego sposobu mówienia, którą miłosiernie kryła dawniej łacina. Także koncelebracja – po pierwszych zastrzeżeniach – jest przyjmowana.

Natomiast, gdy chodzi o Komunię pod dwiema postaciami – tu jest sporo trudności praktycznych, których nie chcemy może łatwo przezwyciężać i stąd rzadko udziela się jej w ten sposób. A z punktu widzenia i teologii znaku sakramentalnego, i ekumenizmu, byłoby to bardzo wskazane.

A Komunia święta na rękę? Jest tu obawa przed profanacją, ale czy ten sposób nie wyraża bardziej ducha Soboru?

– Sobór akurat tym się nie zajął, zostało to pozostawione Konferencjom Episkopatów. Sprawa wraca u nas na wokandę, choćby ostatnio na posiedzeniu Komisji Episkopatu ds. Liturgii. Ku jakiemuś pluralizmowi w tej dziedzinie trzeba będzie pójść – zwłaszcza z uwagi na częstą obecność u nas chrześcijan z Europy Zachodniej. Na Zachodzie sposób przyjmowania Komunii świętej (do ust lub na rękę) jest pozostawiony uznaniu wiernych i nie ma z tego powodu żadnego zamieszania. Gdyby więc Konferencja Episkopatu w Polsce podjęła w tej sprawie decyzję, myślę, że nie byłoby z tym większego kłopotu.

KL 55 zaleca, by wierni przyjmowali Komunię świętą z tej samej ofiary, co i kapłan. Zalecenie to widziałem w niejednej instrukcji liturgicznej. Dlaczego – generalnie rzecz biorąc – praktyka w Polsce jest diametralnie odmienna? Ba! Rozmówcy – także księża, z którymi poruszałem ten temat – wyglądają zazwyczaj na bardzo zdziwionych; jakby nie rozumieli, o co mi chodzi…

– Niestety! Pozostaje mi tylko uderzyć się w piersi w imieniu moich współbraci. Rzeczywiście (na wykładach mówię o tym alumnom), to wymaganie, aby księża na każdej Mszy świętej konsekrowali chleb do Komunii świętej wiernych, pojawia się od Benedykta XIV, od XVIII wieku! Papież Pius XII o tym mówi, instrukcje posoborowe, nowy Mszał… i jakoś nie dociera to do księży. Napiszcie to! Że to nie dociera do księży! Do wielu księży nie dociera, że nie jest rzeczą bagatelną, aby wierni mogli nawet w znaku doświadczyć, że uczestniczą w tej oto ofierze. Przecież bez trudu można by to zrobić. Niestety, nieraz sił brakuje, by się o to upominać.

Czy fakt, że nie wprowadzono w Polsce stałego diakonatu i akolitatu (taką możliwość dopuścił Sobór) jest wyłącznie wynikiem wystarczającej liczby księży, czy też jest to przejaw klerykalizmu Kościoła w Polsce, który bardzo powoli przyjmuje udział świeckich w jakichś konkretnych czynnościach liturgicznych?

– Trzeba tu rozróżnić między diakonatem a posługami. Można by się zgodzić z twierdzeniem, że w Polsce nie ma jeszcze potrzeby ustanawiania stałych diakonów, bo jest wystarczająca liczba księży i diakonów przygotowujących się do prezbiteratu. Nie można się natomiast zgodzić, że tak samo nie są potrzebni lektorzy i akolici, czy nadzwyczajni szafarze Komunii świętej. Kościół ujawnia się nie tylko w posłudze prezbiterów, ale i w innych posługach, które nie domagają się święceń.

Rozniecony przez Sobór zapał i entuzjazm jakby został przytłumiony

Jeśli mowa o klerykalizmie, to jest on chyba po jednej i drugiej stronie. Istnieje bowiem u nas dziwne zjawisko nieprzychylnego komentowania czynnego udziału niektórych osób w liturgii, np. młodzież w szkole potrafi mówić o koledze, który jest lektorem, że musi być księdzem. Jest jakaś presja negatywna, odstraszająca.

Ale czy nie wynika to z faktu, że posługi są zmonopolizowane, że ludzie widzą tylko jedną posługę – prezbitera?

– Być może wszelka posługa spełniana w prezbiterium jest odbierana jako tylko posługa duchownego.

Właśnie. Gdyby istniała wielość posług, być może zmieniłoby się również nastawienie. Wracając do diakonatu stałego – czy z liturgicznego punktu widzenia argumentowanie względami ilościowymi jest właściwe? Czy nie powinno się bardziej zwracać uwagi na wizję Kościoła, jaką prezentuje ta wielość posług?

– Chyba też. Ale od czegoś trzeba zacząć. Trzeba tych lektorów wprowadzić – słuchajcie: oto jest Kościół! Mężczyzna, kobieta czytają – widzicie: macie do tego prawo. Niechby to wierni widzieli: wszyscy jesteśmy Kościołem – Ciałem Chrystusa!

Ksiądz Profesor przebywał podczas rozpoczęcia Soboru w Rzymie. Czym był dla Księdza Sobór, a w szczególności Konstytucja o liturgii?

– Przeżyłem w Rzymie koniec pontyfikatu Piusa XII i cały pontyfikat Jana XXIII, aż do wyboru i koronacji Pawła VI. Moje osobiste doświadczenie z dnia rozpoczęcia Soboru (11 X 1962 r.) było doświadczeniem powszechności Kościoła. Byłem wtedy młodym księdzem, uczestniczyłem na placu św. Piotra w procesji wejścia ponad 2 tys. biskupów – ojców Soboru z Pałacu Apostolskiego do bazyliki św. Piotra. Ta wielość przypominała mi Apokalipsę – języki, narody, obrządki, różne stroje, kolory skóry, rysy twarzy.

Później uważnie śledziłem obrady nad pierwszym, teologicznym rozdziałem KL – jednym z jego architektów był mój profesor C. Vagaggini OSB. Było dla nas wielką radością, gdy się okazało, że ten rozdział został przyjęty bez większych trudności.

Myślę, że warto byłoby, żeby ta publikacja odwołała się jakoś do tego entuzjazmu, zapału, z jakim wtedy przyjmowaliśmy KL. Pamiętam moje pierwsze przeżycia, pamiętam reportaże ks. Michała Czajkowskiego z Rzymu publikowane w „Tygodniku Powszechnym”… Już Pius XII powiedział, że odnowa liturgii to znak przejścia Ducha Świętego przez Kościół i opatrznościowy znak wyroków Bożych dla naszych czasów (por. KL 43). Było to powiedziane z jakimś ogromnym przejęciem się tą sytuacją.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jan Paweł II w swoim liście na 25-lecie soborowej Konstytucji o liturgii pisze, że nadszedł czas najwyższy, by ponownie odżył ten powiew Ducha Świętego. Wydaje mi się, że rozniecony przez Sobór zapał i entuzjazm jakby został przytłumiony. Publikacja, która ma się ukazać w 30 lat po Soborze, powinna nawiązać do tych stwierdzeń, pobudzić ten zapał i zachwyt; żebyśmy się nie przyzwyczaili, żebyśmy się wszyscy przebudzili!

Rozmawiali Ireneusz Cieślik i Marek Waluś

Ks. Stanisław Czerwik – ur. 1933, zm. 2020, polski duchowny katolicki diecezji kieleckiej, profesor teologii liturgii, były rektor Wyższego Seminarium Duchownym w Kielcach i wykładowca liturgiki. Doktor honoris causa Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, gdzie także wykładał.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.