Jesień 2020, nr 3

Zamów

Szaleństwa Marii Janion

Maria Janion. Warszawa, lipiec 2003. Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta

Tropiła obszary nienazwane, niewyrażalne, graniczne. Była swego rodzaju medium – poprzez kontakt z rozsypaną literaturą polskiego romantyzmu, która nieświadomie rezonowała we współczesnych twórcach.

Być może najprzystępniejszą formą obcowania z Marią Janion są rozmowy Kazimiery Szczuki „Janion. Transe – traumy – transgresje”. Dobrze nadają się także na rozpoczęcie poznawania wątków – zmiennych, dodajmy – jej twórczości, stale jednak mających ścisły związek z polską tożsamością.

Janion zawsze chciała zaglądać pod podszewkę rzeczy, docierać do najgłębszych i najbardziej ukrytych sensów dzieła literackiego, które było traktowane przez nią jak rezerwuar zbiorowej nieświadomości. Szukała esencji literatury, i dlatego też przywiązywała ogromną wagę do metodologii, tak by nie popadać w nadmierny socjologizm w zderzeniu z tekstami polskich wieszczy romantyzmu.

Fascynacje i poszukiwania

Odczuwała odpowiedzialność roli historyka literatury, jak mówi w rozmowach Szczuki: „w tradycji polskiej nauka o literaturze miała status dziedziny namaszczonej, dobra narodowego. Mieliśmy być sługami świętego kanonu, którego sednem był właśnie romantyzm”.

Ślady romantyzmu, rozumianego przez nią jako moment skrystalizowania się polskiej tożsamości, widziała w całej polskiej kulturze, ona tylko „odkrywała znaczenia”, jak wskazywał tytuł jednej z jej książek. Romantyzm znajdowała i u Czapskiego (którego parafrazowała: „tylko duch poezji polskiej pozwala odczytać istotę polskości”), i u pokrewnego jej duchowo Konwickiego (który mówił gdzieś, że dopiero diagnoza Janion pozwoliła mu dostrzec cały repertuar romantycznych gestów stosowanych przez niego), a nawet i u klasycyzującego przecież Iwaszkiewicza (który zadedykował jej opowiadanie „Zarudzie”).

Janion tropiła obszary nienazwane, niewyrażalne, graniczne, które najczęściej przecież można odnaleźć w literaturze. Była swego rodzaju medium – poprzez kontakt z rozsypaną literaturą polskiego romantyzmu, która nieświadomie rezonowała we współczesnych twórcach (sama zresztą manię szukania romantyzmu w „dziś” nazywała szaleństwem; widziała je przecież też i u Białoszewskiego, który odczytując swoją poezję przed audytorium w mrówkowcu wydawał jej się romantycznym wieszczem).

Fascynowała się figurami postaci odrzuconymi przez społeczeństwo, nieprzystosowanymi, zmuszonymi do życia na uboczu (z tego wynika jej ogromne zainteresowanie wczesnymi filmami Wernera Herzoga i fotografiami Diane Arbus, figurami wampirów, kobietami takimi jak Maria Komornicka).

Jako nazwę dla poszukiwań, urządzanych wspólnie ze studentami nowo powstałego Uniwersytetu Gdańskiego, wybrała „transgresje”, termin zaczerpnięty z francuskiego kontrowersyjnego filozofa Battaille’a. Była niezwykle płodna i pracowita, wychowała imponujące grono magistrantów i doktorantów – kontynuowała rolę intelektualnej mentorki nawet po zakończeniu seminariów w 2008 r.

„Życie po życiu jakby”, czyli Janion prywatnie

Wywiady przeprowadzone przez Kazimierę Szczukę (uczennicę Mistrzyni), publikowane kolejno w 2013 i 2014 r., pokazują Janion bardziej prywatną, choć przecież dla niej prywatność była ściśle związana z pracą. Janion zaczyna opowieść od wczesnych lat dziecinnych, zupełnie niesielankowych. Urodzona w litewskich Mońkach, żyła w cieniu biedy i ojca alkoholika, od którego wcześnie uciekła z matką i bratem do Wilna.

Mówiła, że właśnie przez katolickich księży doradzających jej matce wytrwanie w małżeństwie mimo przemocy wzięła się jej niechęć do Kościoła – choć potem, po stanie wojennym, całkiem często wygłaszała wykłady o romantyzmie w salkach katechetycznych Warszawy; dodajmy, że na zaproszenie dominikanina o. Jacka Salija. Wykładała jako ateistka, której, jak ironizowała, i Salij nie chciał nawracać.

Dzieciństwo Janion przypadło na czasy zmieniających się okupacji: i niemieckiej, i sowieckiej. Widziała założenie getta w Wilnie, w którego likwidacji wzięli udział Litwini, nadzorujący wyprowadzenie Żydów na śmierć do Ponar. To wtedy miała zdecydować, że ich w jakiś sposób pomści: zrobiła to, pisząc o nich książki – zwłaszcza „Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi”. Przylgnął do niej przydomek „duchowej Żydówki”.

Wykładała jako ateistka, której, jak ironizowała, i Salij nie chciał nawracać

W czasach wojennych należała do harcerstwa, uczestniczyła w kompletach, „przeżywała silne poruszenia patriotyczne”. To ważne dla jej późniejszej formacji intelektualnej i etosu, już po – jak to nazywała – ekspatriacji, czyli po przesiedleniu jej rodziny do Polski i rozpoczęciu życia w Łodzi.

Janion opowiada o fascynacji socjalizmem, z której przecież rozliczała się już w wywiadzie Jacka Trznadla w „Hańbie domowej”. Jeszcze raz wspomina, że nie da się rozpatrywać jej marksizmu i socjalizmu czy wstąpienia do partii bez powiązania z doświadczeniami wojny i okupacji: bez zobaczenia na żywo łapanek, wywózek (i tych niemieckich, i sowieckich), doświadczenia przesiedlenia. Mówi, że osoby, które przeżyły wojnę, miały jakieś poczucie dziwnej klęski: „los wygrany, a zarazem właśnie brzemię, nie dar. Dziwna taka kondycja, życie po życiu jakby”.

Łączyło ją to z przyjaciółką, Marią Żmigrodzką, saperką z AK, z którą potem napisała kilka dzieł o romantyzmie (Janion o poezji krajowej, Żmigrodzka o emigracyjnej). Jak mówiła: „obcowanie z Maryną Żmigrodzką uświadomiło mi, że doświadczenia ludzi z AK bywały traumą na miarę Holocaustu (…) istniał cały akowski syndrom posttraumatyczny, na ogół pełen sympatii wobec Żydów”.

Wiele osób z jej pokolenia żyło z brzemieniem przypadkowości, niesłuszności przeżycia wojny, jak Żmigrodzka właśnie. Wiara w socjalizm u Janion wynikała więc przede wszystkim w chęci wiary w pokój. Miała też określoną strategię: do partii wstąpiła, ale czekała, by ją wyrzucono (co nastąpiło w 1978 r., gdy podpisała akt założycielski pod Towarzystwo Kursów Naukowych, będących częścią Uniwersytetu Latającego). Naciskana przez Szczukę, przyznała jednak, że być może za długo to trwało.

Janion wszystkożerna

Nie mówi o prześladowaniach opozycjonistów, nie mówi o etosie intelektualisty czy inteligenta: całą uwagę poświęca na pracę. No właśnie – praca. To chyba u Janion podziwiam najbardziej. Pracowała non stop, od świtu do zmierzchu; niekiedy pozwalała sobie na kino czy wieczór w małym gronie przyjaciół. Najważniejsze było jednak to, by ciągle czytać i pisać.

Jej erudycja, jak sama przyznaje, była starego, dziewiętnastowiecznego typu, „wyniesiona z grobu młodości, lat spędzonych nad źródłami w bibliotekach, [która] staje się podstawą dla pomysłów interpretacyjnych mających poszerzać czy odnawiać rozumienie współczesności”.

Maria Janion, Kazimiera Szczuka, „Janion. Transe – traumy – transgresje”, tom 1.
Maria Janion, Kazimiera Szczuka, „Janion. Transe – traumy – transgresje”, tom 1., Wydawnictwo Krytyka Polityczna, Warszawa 2013

Niesamowita była jej wszystkożerność czytelnicza, niezwykłe obycie z literaturą światową. Sama biegle znała przecież rosyjski, niemiecki i francuski – i prenumerowała francuskie pisma, by z nich czerpać najnowsze idee filozoficzne. Opowiadała więc, że dzięki jej kontaktom studenci mieli możliwość zapoznania się na świeżo z Foucaultem czy Althusserem, powtarzała swoim słuchaczom: „tu, gdzie jesteśmy, jest Europa, tu poziom intelektualny w niczym nie może ustępować uczelniom europejskim”.

To niezwykle imponujące, jak wiele od siebie wymagała i jak wiele chciała wyciągnąć z innych, traktując studentów jak twórcze, zdolne jednostki. Zdawała sobie sprawę z istnienia tych miałkich odtwórców, którzy nawet nie zająkną się w przypisie, że pomysł zaczerpnęli od niej; wiedziała, że miała też swoich epigonów – to dlatego często przerzucała tematy, by nie dać się naśladować (jaka to wspaniała cecha! A ja się kiedyś zachwycałam, że Świetlicki niekiedy nie śpiewał o „nastroju nieprzysiadalnym”, gdy publiczność za bardzo znała słowa jego tekstów).

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Dostrzegała upadek polonistyki, ale nie wskazywała, gdzie obecnie tworzy się znaczenia istotne dla polskiej tożsamości (chyba na socjologii?).

I jeszcze jedna rzecz mnie w Janion zachwyciła: jej przekonanie, że owszem, media (dodam: a zwłaszcza social media) nie dają należytego uznania porządnym tekstom naukowym czy esejom, co oznacza, że trzeba szukać innej drogi dla propagowania własnych pomysłów. Sama wybrała po prostu akademię i seminaria naukowe – to studenci, dyskutujący z Mistrzynią i twórczo rozwijający jej idee, stali się najważniejszymi odbiorcami jej tekstów.

Tekst opublikowany pierwotnie na stronie Wodzirejki

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.