Lato 2021, nr 2

Zamów

Kairos przed lustrem. Czy naprawdę każde pokolenie musi mieć „swój faszyzm”?

Jakub Wygnański. Fot. Więź

Ma długi pukiel włosów z przodu i… całkowitą łysinę z tyłu. W ten sposób Kairos reprezentuje czas rozumiany jako chwila, właściwy moment, okazja, którą trzeba szybko chwytać. Zrobić to można tylko od przodu. Jak nas Kairos minie, nie ma go za co złapać – od tyłu jest gładka łysina.

Spojrzałem niedawno w lustro. Jak zwykle, byłem rozczarowany. Ale do zwykłych powodów dołączył się jeszcze jeden, związany z pozostawaniem w długiej izolacji spowodowanej pandemią. Nie byłem od trzech miesięcy u fryzjera.

Kiedyś mierzono czas, obserwując tempo spalania specjalnie oznakowanych świec. Teraz okazuje się, że można go też mierzyć porostem… Ale dla mnie tego było już za dużo. Zastosowałem środki radykalne. Chwyciłem maszynkę do strzyżenia brody i zacząłem nią wywijać. Nie miałem odwagi pojechać „centralnie”, zacząłem od „skrzydeł”. Pamiętacie fryzurę na „czeskiego piłkarza” – z przodu krótko, z tyłu długo? U mnie wyszło całkiem odwrotnie.

Teraz już wiem. To jedna z tych rzeczy, których nie należy robić samemu w domu. Mój widok w lustrze po zakończonej operacji miał tylko jedną zaletę – wiedziałem, o czym chcę napisać felieton. O… czasie.

Temat wydaje mi się bardzo… na czasie. Po pierwsze, dlatego że pandemia wzbudza w niektórych z nas jakieś apokaliptyczne drżenie, niemal przeczucie końca czasów – i coś jest na rzeczy. Ale także dlatego, że nasz czas codzienny, dotychczas jakoś uregulowany, zmienił nurt i płynie teraz inaczej. Nie sposób odróżnić kolejnych dni tygodnia. Nawet niedzieli trudno wybić się na odrębność. Proste podziały – praca, bycie z rodziną, odpoczynek, sen – pomieszały się kompletnie. Powstało jakieś dziwaczne „czasotto”.

Chcąc pozostać wiernym założeniom tego felietonu, chcę na czas spojrzeć trojako. Spośród wielu możliwości wybrałem triadę ukazującą fundamentalne różnice w widzeniu samej natury czasu: linia–punkt–krąg. Ma to zresztą związek z moimi dokonaniami fryzjerskimi. Kiedy patrzyłem w lustro, przypomniała mi się bowiem postać Kairosa. Pojawia się on w greckiej mitologii jako jedno z trzech wcieleń czasu, w towarzystwie Chronosa i Aiona. Każdy z nich reprezentuje inną koncepcję czasu.

Chronos to nieczuły strażnik czasu rozumianego linearnie: jako ciągły, nieuchronny, mierzalny. Taki, z którego każdemu z nas odmierzany jest jakiś odcinek. Chronos na ogół przedstawiany jest z klepsydrą i kosą lub sierpem. To potężne bóstwo w mitologii greckiej – nad czasem nie mają władztwa nawet bogowie. Chronos jest oczywiście patronem tego czasu, który mierzą chronometry, który wyznacza chronologię. To ten czas, który jest pieniądzem, którego na ogół mamy za mało, który dzieli nas na punktualnych i spóźnialskich.

Chronos nie lubi słowa „maniana” (hiszp. mañana – jutro). W tej sprawie mógłbym napisać wiele z własnego doświadczenia. Lubię bowiem niebezpiecznie igrać z czasem. Najpierw nie mogłem siebie znieść z powodu prokrastynacji (zawsze robię wszystko na ostatnią chwilę), ale teraz już wiem, że inaczej nie umiem. Zawsze piknikuję pod Wiszącą Skałą (redaktor Nosowski zaświadczy).

Czas, którym włada Chronos, jest wieczny. Nasze życie to mały epizod, pojawiamy się w nim i znikamy. Pokusa pozostania na dłużej oraz marzenia o nieśmiertelności towarzyszą nam od zawsze i zawsze są niemożliwe do spełnienia, a próby ich spełnienia – fatalne w skutkach. O niemożności ich realizacji poucza już jedna z najstarszych dotychczas odczytanych legend – historia Gilgamesza sprzed czterech tysięcy lat. Zaś o fatalnych skutkach „sukcesu” w tej sprawie dowiadujemy się z mitologii greckiej.

Otóż zdarzyło się, że piękna nimfa, bogini Eos, poprosiła Zeusa, aby obdarzył nieśmiertelnością człowieka – jej kochanka Titonosa (prywatnie brat Priama, króla Troi). Zeus przystał na tę prośbę, ale pewnie spełniając ją, nie patrzył bogini w oczy, bo wiedział, jak to się skończy. Prostoduszna Eos zapomniała bowiem powiedzieć, że chodzi jej o wieczną młodość, a nie wieczne życie… Po jakimś czasie – wiadomo – Titonos nie był już tak atrakcyjny, nie nadawał się do łoża, ale wciąż nadawał się do pogawędek, później wymagał już tylko opieki. Kurczył się i kurczył, aż w końcu Eos wystawiała go w ciągu dnia w dziecinnej kołysce na słońce przed chatę, gdzie coś sobie mruczał. Trwało to długo, aż w końcu Eos raz jeszcze uprosiła Zeusa – tym razem o to, aby ulżył jego cierpieniom. Wysłuchał jej próśb i zamienił Titonosa w… świerszcza. Musimy bardzo uważać, wypowiadając swoje życzenia. Niestety mogą się spełnić.

Można więc powiedzieć, że Chronos rządzi nieskończoną linią czasu, jego nicią. Ale jest też ktoś inny, kto patronuje kolistej, cyklicznej koncepcji czasu – to Aion. Przedstawiany jest on jako mężczyzna o twarzy lwa, opleciony wężami, które czasem pożerają własny ogon (znamy to jako znak nieskończoności).

Wąż jest zresztą bardzo ważnym symbolem w opisywaniu czasu. To on właśnie okradł Gilgamesza – po tym, jak ten wydobył z dna oceanu, spod wód potopu, magiczny kwiat, który miał mu dać nieśmiertelność. Dokonawszy bohaterskiego czynu, Gilgamesz po prostu zasnął, a wtedy zakradł się wąż, zabrał magiczny kwiat i oddalił się. Dzięki tej zdobyczy to on, a nie Gilgamesz uzyskał nieśmiertelność – tak w każdym razie rozumiano zdolność tego zwierzęcia do zrzucania skóry i rodzenia się niejako na nowo. Aion odpowiada za zmianę pór roku, to on obraca kołem Zodiaku. To on nawija nić czasu na walec.

W czasie cyklicznym nie ma początku i końca, jeden zamienia się w drugi, wszystko się powtarza. Stanowi to rodzaj przekleństwa cykliczności, z którego nie można się wyzwolić. To wyrok, który spadł na Prometeusza i na Syzyfa – wieczne potępienie. W świecie nieśmiertelnych to niekończące się dożywocie. Syzyf zawsze musi zaczynać od początku i zawsze kończy się tak samo. Cierpienie Syzyfa nie polega zresztą na tym, że toczy ku górze głaz, lecz na tym, że za każdym razem gdzieś blisko szczytu ma nadzieję i zawsze okazuje się ona złudna. To bolesny absurd egzystencji, z którego trudno się wyzwolić. Chyba że – podążając za radą Camusa i na złość okrutnym bogom – porzucić nadzieję, nie dać im, oprawcom, satysfakcji i schodząc ze szczytu, uśmiechać się.

Cykliczność, która dla jednych jest źródłem udręki, dla innych jest jednak źródłem nadziei. Zawsze przecież po nocy następuje dzień, po obumieraniu – narodziny, po zimie – wiosna, po potopie – nowe oblicze ziemi. Potop spada na ludzkość jako kara, ale także jako błogosławieństwo (jak wylewy Nilu). Niszczy, ale też oczyszcza i daje nadzieję na tworzenie nie tylko od nowa, lecz – co ważniejsze – także na nowo.

Greckie pojęcie kataklysmos zwykliśmy utożsamiać wyłącznie z katastrofą. A w oryginale oznacza ono coś więcej: powracający potop. Po dziś dzień w niektórych miejscach, np. na Cyprze (nie bez znaczenia jest fakt, że to wyspa), Kataklysmos to święto, które wyznawcy prawosławia obchodzą corocznie w dniu Pięćdziesiątnicy jako festiwal potopu. I jest to święto radosne, z licznymi obrzędami, w tym odpowiednikiem polskiego lanego poniedziałku. Dla katolików pięćdziesiąty dzień po Wielkanocy to Zesłanie Ducha Świętego.

Radość zatem czy rozpacz? To chyba najważniejsze pytanie dla tych, którzy widzą, że historia wcale się nie kończy, ale się powtarza – w Polsce tym razem robi to szybciej, tak szybko, że aż wpadamy w wir. Czy naprawdę każde pokolenie musi mieć „swój faszyzm”? Rok temu czułem się skrępowany, mówiąc o nauczkach płynących z końcowych lat Republiki Weimarskiej. Teraz porównanie jest oczywiste. Czy zawsze musi się powtarzać cykl demokracja–kryzys–chaos–dyktatura? Czy ludzie muszą doświadczyć wojny, żeby zrozumieć wartość pokoju? Czy uczymy się tylko przez bolesne nauczki – tym bardziej się uczymy, im bardziej one są bolesne?

Warto pamiętać, że częścią przymierza, jakie Bóg zawarł z Noem, była obietnica, że Pan nie sprowadzi więcej na ziemię potopu. Tylko nie ma tam przewidzianej sytuacji, że sprowadzimy go na siebie sami… Może trzeba budować Arkę?

Tu dochodzimy do ostatniego, trzeciego bohatera… To on sprowokował temat tego felietonu. Właśnie bowiem z powodu tego, jak wyglądam, postanowiłem napisać moje Trzy po trzy o czasie. Ten ktoś to Kairos.

Wspomniałem na początku, że na skutek nieodpowiedzialnych zabiegów wokół własnej głowy sam sobie zafundowałem dziwną fryzurę – z przodu długo, z tyłu krótko. Wyglądam beznadziejnie i cieszę się, że nie muszę do każdego felietonu dołączać aktualnej fotografii. Ale co to ma wspólnego z Kairosem?

Otóż Kairos przedstawiany jest jako pozostający w ciągłym ruchu. Ma skrzydła w różnych miejscach jak Hermes, stoi na palcach oraz – co najważniejsze – ma długi pukiel włosów (absurdalną grzywkę) z przodu i… całkowitą łysinę z tyłu. W ten sposób Kairos reprezentuje czas rozumiany jako chwila, właściwy moment, okazja, którą można i trzeba chwytać wtedy, kiedy się przydarza, bo za moment będzie za późno (na przykład temat felietonu?). Kairosa pochwycić można (najlepiej za czuprynę) tylko od przodu. Jak nas minie, nie ma go za co złapać – od tyłu jest gładka łysina. To bożek oportunistów, fotografów, maklerów, felietonistów (?), ale chyba nie tylko.

Lekkie odczytanie Kairosa to uznanie, że jest to jakiś biegający nygus z dziwacznym irokezem na głowie. Ale samo pojęcie kairos (jak wiele innych) przeniknęło przez kolejne epoki i kultury, przetrwało i zostało w nich przetworzone. Kairos przybrał na wadze i powadze. Poważnie odczytany Kairos oznacza nie tylko okazję, ale też kryzys. A właściwie: kryzys jako okazję, jako szansę.

Tego wymiaru czasu właśnie doświadczamy podczas pandemii. Mówiąc precyzyjnie, to od nas zależy, czy tę okazję wykorzystamy. Pierwsza fala epidemii błyskawicznie i boleśnie pokazała nam, jak bardzo kruche jest to, co mieliśmy i na czym polegaliśmy. Już wiemy, że po stronie kosztów i strat będziemy zapisywali długą listę. Pozostaje pytanie, czy po drugiej stronie – korzyści – pojawi się jakieś dobro, choćby gotowość do tego, aby urządzać nasze sprawy inaczej.

Kairos to więcej niż moment. To również „czas właściwy” (tak jak czas, w którym dojrzały owoc spada pod własnym ciężarem), niekiedy czas konieczny dla spraw fundamentalnych. Te zaś sprawy to niekoniecznie tylko to, co radosne, oczekiwane i upragnione. To czas, który na nas przychodzi. To jakby natura rzeczy.

W bardzo poruszający sposób czytamy o tym w Księdze Koheleta:

Wszystko ma swój czas
I każde dzieło ma swój czas pod niebem,
Jest czas urodzin i czas śmierci,
Jest czas sadzenia i czas zbiorów,
Jest czas zabijania i czas leczenia,
Jest czas ruin i czas budowania,
Jest czas płaczu i czas śmiechu,
Jest czas lamentu i czas tańca,
Jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni,
Jest czas miłosnej pieszczoty i czas obojętności,
Jest czas szukania i czas tracenia,
Jest czas chowania i czas odrzucania,
Jest czas rozdzierania szat i czas zszywania szat.
Jest czas milczenia i czas słów,
Jest czas miłości i czas nienawiści,
Jest czas wojny i czas pokoju
(Koh 3,1–8, tłum. Roman Brandstaetter).

Pojawienie się Jezusa w Jerozolimie i wszystko, co dzieje się później, to także Kairos. Kairos dotyka również Szawła, który spada z konia i po trzech dniach jest już Pawłem. Wszystkie nasączone znaczeniem interwały – 3 dni, 7 dni, 40 dni – to też wskazówki dotyczące czasu „właściwego”.

Każda Eucharystia to czas szczególny – właśnie Kairos, w którym w mistyczny sposób czas ziemski styka się z czasem ostatecznym. To trochę tak, jakby poruszająca się wskazówka łączyła się z osią zegara czymś niewzruszonym i stałym, na czym obie się opierają.

Dlatego zapewne tak dziwnie obecnie się czujemy, mogąc przewijać Msze dostępne w internecie. Spóźnianie się na Mszę Świętą przestało być kłopotliwe. Oczywiście fajnie jest móc przewinąć nudne kazanie albo wrócić do mądrego (poruszamy się po naszym terytorium), ale jakoś inaczej mają się sprawy z pozostałymi częściami liturgii.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Na ogół uznalibyśmy, iż jest coś gorszącego w tym, że to Msza czeka na człowieka… Przecież przez całe stulecia to dzwon z kościoła wyznaczał czas i działo się to o wiele wcześniej, zanim wynaleziono zegarki. Swego czasu pomyśleliśmy, że mamy kontrolę nad czasem i coś nam się paradoksalnie rozsynchronizowało… Nie, nie mówię tego przeciwko oświeceniu, lecz przeciwko złudzeniom, które ono nam przyniosło.

Warto też pamiętać, że Kairos to niekoniecznie punkt w czasie, moment, chwila możliwie najkrótsza, ale też stan ciągły – zawieszenie, kontemplacja, równowaga. To dlatego słowo kairos pojawia się tak często w folderach turystycznych. Niestety, czasu rozumianego jako Kairosnie da się kupić, bo to coś więcej niż relaks i SPA. Nad tym trzeba pracować od środka. To owa chwila, o której Goethe marzy, żeby w swym pięknie trwała wiecznie. To zdolność umiejętnego unoszenia się w nurcie powietrza, wody i – tak – czasu.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2020 pod tytułem „Kairos przed lustrem”

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.