Jesień 2021, nr 3

Zamów

Sepide nie chce się już smucić

Irańskie kobiety podczas Aszuwy. Fot. Dorota Grabek

Kiedy jedni uderzają się w piersi i z rozpaczą wznoszą ręce ku niebu, inni przyglądają im się z pobłażliwością. W targanym wewnętrznymi konfliktami Iranie Aszura jest nie tylko świętem religijnym, ale też wydarzeniem, które jak soczewka odbija różnorodność poglądów Irańczyków.

Żeby zdobyć wodę, Abbas Ibn Ali musi przedostać się nad okupowany przez wrogie wojska brzeg Eufratu. Pomimo pragnienia decyduje, że nie zaczerpnie wody dla siebie, dopóki nie uda mu się napoić oczekujących w obozie dzieci. To jednak nigdy się nie wydarzy – powracający z wodą Abbas zostaje zaskoczony przez wojsko nieprzyjaciela, w wyniku ataku traci obie ręce. Pomimo bólu i pragnienia stara się wrócić do obozu, resztkami sił niosąc wypełnioną wodą sakwę w ustach. Zginie, nie dotarłszy na miejsce, a dla milionów szyitów na całym świecie stanie się symbolem lojalności i jedną z ofiar bitwy pod Karbalą – wydarzenia, w którym męczeńską śmierć poniósł wnuk Mahometa Husajn Ibn Ali i które przypieczętowało rozłam islamu na szyitów i sunnitów.

Historia sprzed tysiąca pięciuset lat wciąż rozpala serca milionów Irańczyków – w kraju zdominowanym przez szyitów bitwę pod Karbalą upamiętnia święto Aszura1. Męczeńska śmierć Husajna i jego przyrodniego brata Abbasa jest tu wspominana z wyjątkową emocjonalnością – są więc wspólne lamentacje, pochody biczowników, łzy rozpaczy. Czas sakralny uobecnia się w Iranie bardzo dosłownie – na ulice wychodzą tłumy ubranych na czarno żałobników, którzy każdego roku opłakują śmierć Husajna i jego towarzyszy z rozdzierającą serce żarliwością, jak gdyby dowiedzieli się o niej przed chwilą.

Teheran 22:50

– Gdyby obowiązek noszenia hidżabu2 został poddany pod głosowanie, nie miałby szans. Przeciw zagłosowałyby prawie wszystkie kobiety i duża część mężczyzn – Madżid wydaje się wyjątkowo pewny swoich przekonań i bez zawahania kontynuuje. – W ogóle myślę, że maksymalnie 50 proc. Irańczyków to osoby religijne, a spośród nich może 10 proc. to radykałowie wiesz, ci których znacie z mediów, bo okupują ambasady i okaleczają się w czasie Aszury, szaleni ludzie. Reszta jest niereligijna.

Kilka godzin wcześniej wjeżdżamy lśniącą windą na ostatnie piętro szklano-ceglanego wieżowca – eklektycznego potworka, na siłę wciśniętego w ciasny rząd domów jednorodzinnych i sklepików, chociaż logika podpowiadałaby, że nigdy nie było tu na niego miejsca. Na najwyższej kondygnacji mieści się kawiarnia. Na regale piętrzą się książki i gry planszowe, przy stoliku w głębi sali dwie młode pary palą nargile. Przez chmurę słodkiego dymu widać, że jedna z kobiet nie ma na głowie hidżabu. Moi towarzysze zamawiają mleczne kawy i ciastka z kremem. Poznają się przez internet, niewiele o sobie wiedzą. Dziś przyszło ich dziesięcioro. Większość to studenci, ale zdarzają się też osoby po trzydziestce. Spotykają się tutaj raz w tygodniu, żeby przy spienionym latte macchiato ćwiczyć swój angielski.

Pomysłodawczynią i moderatorką free discussion jest Szirin, studentka anglistyki. Ma na sobie białe manto3 z obszernymi rękawami udekorowanymi trójwymiarowymi aplikacjami w organicznych kształtach, nadającymi jej ubraniu wygląd skomplikowanej przestrzennej wycinanki. Do tego staranny makijaż i chusta nonszalancko zaczepiona na koku z tyłu głowy. W Europie takiej stylizacji nie powstydziłaby się znawczyni mody, dla irańskiej dziewczyny to po prostu mniejsze zło. Szirin moderuje dyskusję ze spokojem, ale stanowczo. Dzisiejszy temat: autorytety. Dominują opowieści o rodzicach i dziadkach, ich trudzie i poświęceniu, ale padają też znajome nazwiska: Michelle Obama i Steve Jobs. Dalej dyskusja płynnie przechodzi z tematu na temat. Wymarzona podróż? Paryż, Rzym, Nowy Jork. Konflikt z Ameryką? Nie w naszym imieniu, my kochamy Stany. Amerykańskie filmy są najlepsze na świecie.

Po dwóch godzinach wychodzimy z klimatyzowanego wieżowca wprost na rozgrzaną ulicę wypełnioną dźwiękiem klaksonów i pokrzykiwaniem pieszych, oświetloną neonami i udekorowaną girlandami drutów wysokiego napięcia. Od nadmiaru bodźców na teherańskiej ulicy mogą oszaleć zmysły. W tym ponaddziewięciomilionowym mieście-kolosie krew pompują dwa serca. Kiedy nowoczesne centra biznesu i rozrywki wyrastają szklanymi wieżowcami i lśniącymi galeriami handlowymi, przyciągając rzesze spragnionych zachodniego stylu życia Irańczyków, życie bardziej konserwatywnych obywateli tętni gdzie indziej. Sercem drugiego krwiobiegu Teheranu jest bazar – historyczne centrum miasta nie tyle w sensie geograficznym, co społecznym. Przed Aszurą okolice dużych stołecznych bazarów przemieniają się w centra religijne: z trzeszczących głośników przenośnych magnetofonów rozbrzmiewają pieśni religijne, łopoczą barwne chorągwie. W ofertach handlarzy pojawiają się różne modele zandżir4– w zachodnich mediach owianych złą sławą pejczy służących do samobiczowania najbardziej żarliwym wiernym. Cały Teheran jest mozaiką wielu środowisk i kręgów, nieraz zupełnie sobie obcych. I chociaż w mieście można wyodrębnić dzielnice bardziej tradycyjne i te zupełnie nowoczesne, oba światy nieustannie się ze sobą zderzają i konfrontują, tak jak czadori5 mijają codziennie na stołecznych ulicach swoje ufarbowane na blond, opatulone pastelowymi chustami rodaczki.

Madżid dryfuje pomiędzy dwoma światami. Pochodzi z konserwatywnej rodziny z miasta Isfahan, jego mama nosi czador. Jak wielu młodych Irańczyków skończył studia techniczne, jak większość z nich nie może znaleźć pracy w zawodzie. Ale ma też coś, czym może się pochwalić niewielu jego rówieśników, nawet pochodzących z bardziej postępowych środowisk – mieszka sam, w dodatku w stolicy kraju. I dzięki temu może prowadzić życie na własnych zasadach. W wolnym czasie gra na santur6 i chodzi na nielegalne lekcje salsy. Znamy się dwa dni, co czyni nas już starymi przyjaciółmi, i kiedy po dyskusji w kawiarni siadamy u stóp Bordż-e Azadi, czyli Wieży Wolności7, architektonicznego symbolu Teheranu, bez skrępowania dzieli się swoimi przemyśleniami o religijności i życiu w Iranie.

– Jeśli naprawdę chcesz zobaczyć Aszurę, powinnaś wyjechać z Teheranu – stwierdza po namyśle. – To wielkie miasto, nowoczesna metropolia na wzór zachodni. Ludzie nie są tu zbyt religijni. Nic spektakularnego nie zobaczysz.

Oczywiście w całym Teheranie odbywa się wiele ceremonii, ale według Madżida to wciąż niewiele. Żeby naprawdę poczuć Aszurę, radzi pojechać do tradycyjnego miasta, np. Meszhedu, znanego z sanktuarium Imama Rezy, albo będącego siedzibą najważniejszych szyickich szkół religijnych Kom. A najlepiej do Jazdu – półmilionowego miasta leżącego na styku dwóch pustyń, obcokrajowcom znanego głównie z zabytkowej świątyni zaratusztriańskiej, Irańczykom zaś z surowszej niż w innych dużych miastach obyczajowości.

Parisa ma ochotę na herbatę

Kiedy docieram na miejsce, jest wciąż ranek, Parisa wychodzi przed dom w kapciach i piżamie, niezgrabnie owija się kocem, służącym w tej chwili za prowizoryczny czador. Mieszka w mieście uchodzącym za jeden z najbardziej konserwatywnych ośrodków w Iranie, pokazanie się na progu domu bez stosownego okrycia mogłoby wywołać problemy, gdyby przypadkiem napotkał ją ciekawski wzrok sąsiadów.

– Na szczęście wszystko się zmienia – mówi z nieskrywanym entuzjazmem. – Jeszcze kilka lat temu w Jazdzie nie można było nosić rękawów do łokcia, o takich dziewczynach mówiło się, że spały z wieloma chłopakami. Teraz jest lepiej.

Parisa ma 27 lat i donośny śmiech. Jak większość niezamężnych Iranek mieszka w domu rodzinnym. Jej pokój jest pełen dziewczęcych bibelotów, flakoników perfum i maskotek. Oraz zdjęć z gór, bo pasją Parisy jest wspinaczka, niedawno zdobyła Demawend, liczący 5610 metrów najwyższy szczyt Iranu. Rodzina jest dumna, chociaż na początku martwili się, czy męskie hobby nie zaszkodzi jej reputacji, w końcu jest panną na wydaniu. Na grupowych zdjęciach z górskich wypraw uwagę przykuwa jeden mężczyzna, który najczęściej stoi obok niej.

– To mój chłopak – mówi z szelmowskim uśmiechem. – Jesteśmy razem już dwa lata.

Rodzice? Parisa nie boi się, że coś zauważą, chociaż ja od razu domyśliłam się, że mężczyzna ze zdjęć nie jest tylko jednym z wielu uczestników górskich wypraw. Ale rodzice to co innego. Parisa jest przekonana, że religijnym mieszkańcom Jazdu nie przyjdzie do głowy scenariusz, w którym ich córka w sekrecie spotyka się z chłopakiem, nawet gdyby wspólnymi zdjęciami obkleiła wszystkie ściany w pokoju. Bo w ich świecie na takie rzeczy po prostu nie ma miejsca. Pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków z Jazdu jest jednak mniej konserwatywne niż ich rodzice, chcą spotykać się ze znajomymi, chodzić na randki, mieć hobby, ale wiele z tych rzeczy muszą robić w ukryciu. Chcą liberalizacji obyczajów, ale nad ich głowami nie unosi się duch rewolucji obecny w teherańskich kawiarniach. Zamiast tego wierzą w małe kroki i kompromisy, rozumieją wartości swoich rodziców, nie chcą zrywać z religią ani tradycją. Dlatego Parisa jest podekscytowana zbliżającym się świętem.

W czasie miesiąca muharram8 Jazd ma dwa oblicza. Kiedy słońce wisi wysoko na niebie, a temperatura sięga czterdziestu stopni, uliczki starego miasta przypominają scenografię opuszczonego miasteczka z westernu, którego akcję ktoś ekscentrycznie postanowił umieścić na Bliskim Wschodzie. Nawet gorące powietrze zastyga w bezruchu. Jednak uśpione uliczki to tylko pozory, bo życie pustynnego miasta pulsuje ukryte za ciężkimi bramami, w gładkich bryłach domów z piaskowca, na wewnętrznych dziedzińcach domowych fortec. Po zmroku tamy drewnianych bram puszczają i życie wylewa się szerokim strumieniem, wypełnia wąskie uliczki i miejskie place.

– Uwielbiam ten tłum, mogłabym tak spacerować całą noc. Kiedy tyle się dzieje, od razu można poczuć, że się żyje! – Parisa z lekkością przemyka zatłoczonymi uliczkami, zgrabnie wymija sprzedawcę popcornu i grupkę rozchichotanych nastolatek w czadorach, obok których przed chwilą przemknęło trzech chłopaków na motorynce. Jest ósmy dzień miesiąca muharram, dwa dni przed Aszurą. Na ulicach miesza się gwar setek rozmów, smutny dźwięk pieśni religijnych i ryk silników motorynek, jedynego środka transportu zdolnego przedrzeć się przez wąskie uliczki starego miasta. Kilkadziesiąt metrów od błyszczącego neonem w kształcie palmy baru z falafelami, który mimo późnej godziny pęka w szwach, grupa młodych mężczyzn oddaje się sine-zani9rytmicznie uderzają się w piersi, następnie, z impetem wyrzucając ręce wysoko w górę, symbolicznie oddają cześć męczeństwu imama Husajna. Wokół uczestników ceremonii zebrał się spory tłum, nad głowami gapiów świecą ekrany trzymanych w wyciągniętych rękach smartfonów.

Aszura w swoim wymiarze społecznym to przede wszystkim okazja do bycia razem – nie tylko w gronie rodzinnym, w domowym zaciszu lub wnętrzu meczetu, ale przede wszystkim na ulicy, w grupie znajomych i przyjaciół. Doświadczeniem kolektywnym są więc religijne ceremonie – kobiety zbierają się w kręgu przyjaciółek i sąsiadek, wspólnie opłakując tragedię spod Karbali, mężczyźni jednoczą się w sine-zani. Tłumy Irańczyków niebiorących czynnego udziału w ceremoniach do późnych godzin spacerują, ciesząc się gwarem ulicy. W konserwatywnej społeczności Jazdu, cierpiącej na niedostatek miejsc rozrywki, a przede wszystkim powszechnego przyzwolenia na życie towarzyskie, dni świąteczne to okres, kiedy węzeł kontroli społecznej zostaje rozluźniony. Można do późnego wieczora spędzać czas ze znajomymi, wybrać się na wycieczkę do sąsiedniej miejscowości bez wścibskich pytań krewnych, a nawet poszukać w tłumie żałobników przyszłego męża. Nastolatkowie stroszą piórka, przemykając z rykiem na motorynkach, ale dla wielu dziewcząt najlepszą partią jest kawaler najbardziej żarliwy w modlitwie, dlatego bacznie obserwują uczestniczących w religijnych ceremoniach młodzieńców. W kraju znanym z segregacji płciowej takie konfrontacje należą do rzadkości.

Scalająca społeczność jest też tradycja nazri. W czasie miesiąca muharram grupy ochotników wspólnie przygotowują darmowe posiłki i herbatę, które mają przynieść szczęście każdemu, kto ich spróbuje. A ponieważ Parisa ma tej nocy ogromną ochotę na herbatę, zatrzymujemy się przy każdym napotkanym stoisku. Za każdym razem Parisa nurkuje w tłum kłębiący się wokół drewnianego stolika, żeby po kilku minutach wrócić, niosąc dwie szklaneczki z parującym słodkim napojem. Rozżarzone szkło parzy palce, a poszturchujący się co chwilę przechodnie wprawiają powierzchnię wrzątku w niepokojące falowanie, mimo to chętnych na herbatę nigdy nie brakuje. Niektórzy oddają się pogawędce przy filiżance naparu, stojąc na środku zatłoczonego chodnika, inni aranżują prowizoryczne kafejki na murkach i krawężnikach. Jazd jeszcze długo nie pójdzie spać.

Kiedy Parisa pyta, co chciałabym zobaczyć w dzień Aszury, okazuje się, że program atrakcji przebija niejeden festiwal. Biczownicy? Nie, to akurat nie jest zbyt widowiskowe, ale Parisa chętnie pokaże mi zandżir swojego taty. Na solidnej drewnianej rękojeści umocowane jest kilkadziesiąt trzydziestocentrymetrowych łańcuchów, z trudem unoszę pejcz jedną ręką. Może procesja z wielbłądami? A może program anglojęzyczny? Jedna ze wspólnot oferuje obcokrajowcom wycieczkę po wszystkich największych ceremoniach, najlepsze miejsca w lożach, zero tłoku. Wszystko za darmo, program promocji kultury Iranu. A co z nachl gardani, najbardziej charakterystyczną dla tej części kraju ceremonią? Nachl to drewniana konstrukcja w owalnym kształcie. Mierzy zazwyczaj kilka metrów i w zależności od rozmiaru do jej uniesienia potrzeba od kilkunastu do kilkudziesięciu mężczyzn. Nachl ma symbolizować trumnę imama Husajna, natomiast ceremonia nachl gardani – dźwiganie konstrukcji przez grupę mężczyzn – rytuał pogrzebowy. Od ilości różnorodnych ceremonii może zakręcić się w głowie.

W upamiętnieniu bitwy pod Karbalą na próżno można szukać punktu centralnego celebracji, wspólnego dla wszystkich lokalnych społeczności, który strukturyzowałby obchody święta w całym kraju. Kulminacją świątecznych wydarzeń jest dzień Aszury i poprzedzający go Tasu’a10, jednak cały miesiąc muharram jest czasem wyjątkowym. A i w te najważniejsze dni znaleźć można różnorodność organizowanych oddolnie ceremonii i wydarzeń kulturalnych, których czas i przebieg ostatecznie zależy od uczestników. W tym aspekcie celebracja Aszury jest spontanicznym wyrazem indywidualnych potrzeb duchowych. Zamiast liturgicznego porządku ściśle określonych czynności sakralnych jest więc mnogość oddolnych inicjatyw, zamiast nabożeństwa w świątyni – spędzanie czasu na ulicach.

Mimo napiętego programu w dzień Aszury Parisa znajduje czas na randkę. Z Dżawadem, swoim chłopakiem, zazwyczaj umawia się poza miastem, bo tak jest najbezpieczniej. Rodzicom mówi najczęściej, że spotkała się z koleżanką albo poszła do kina. Wtedy w drodze powrotnej sprawdza też repertuar, na wszelki wypadek. Czasem chodzą razem na falafele, mają swoją ulubioną restaurację. Ale to stresujące, trzeba mieć oczy wokół głowy, w mieście łatwo wpaść na kogoś z krewnych. Czy mimo wszystko są szczęśliwi? Nie narzekają. Prowadzanie podwójnego życia uważają za normalne, wielu ich przyjaciół tak funkcjonuje. Nie mają potrzeby buntu przeciwko rzeczywistości, nie marzą o romantycznej ucieczce do Teheranu. Są bardzo przywiązani do miasta i do swoich rodziców mimo tego, że muszą ich na co dzień okłamywać. Nie zostawiliby rodziny dla wygodniejszego życia w stolicy.

– Bycie idealistą tylko człowieka spala, trzeba patrzeć realnie i adaptować się do sytuacji – tłumaczy mi Dżawad. – Wiadomo, że nie jest idealnie, ale lepiej w ogóle nie myśleć o tym, jak powinno być. Może kiedyś spotkamy się w lepszym świecie – rzuca na pożegnanie.

Arasz jedzie nad morze

Na obrazie przedstawiającym wydarzenia spod Karbali Madżid pokazuje mi dwóch chłopców. Są spętani, obok nich stoi mężczyzna z batem. Cały obraz jest ogromną sceną batalistyczną, obejmującą dziesiątki postaci, z czego większość to ciała okaleczone, rozczłonkowane, poddawane wymyślnym torturom. Ofiary tej krwawej potyczki to zwolennicy imama Husajna, według szyitów prawowitego następcy Mahometa. Kaci – Ummajjadzi11, dla Irańczyków sunnicy uzurpatorzy, bezprawnie obejmujący władzę nad światem muzułmańskim po śmierci proroka. Spętani liną chłopcy nazywają się Muhammad i Ibrahim Ibn Muslim, są braćmi, którzy mimo młodego wieku również ponieśli męczeńską śmierć w wydarzeniach poprzedzających bitwę pod Karbalą. Rolę jednego z nich Madżid odgrywał podczas Aszury kilkanaście lat temu.

Teatr tazije to rodzaj misterium pasyjnego, popularna forma celebracji Aszury przygotowywana przez lokalne społeczności. Jedno z ulicznych przedstawień widzimy przed teherańskim bazarem Tadżrisz w pierwszym tygodniu miesiąca muharram: pięciu mężczyzn rozstawia skromną scenografię na niewielkim skwerze otoczonym ruchliwymi ulicami, głośnik kładą na kamiennej ławce. Dźwięk pieśni religijnych niesie się ulicami i odbija echem od ścian budynków, żeby ostatecznie zmieszać się z rykiem samochodów. Niektórzy widzowie przystają tylko na moment, inni stawiają pełne zakupów torby na chodniku, przysiadają na niskim ogrodzeniu oddzielającym pas zieleni od ulicy. Kobiety i mężczyźni, oderwani na kilkanaście minut od codziennych spraw, które zaprowadziły ich na bazar, teraz bez cienia wstydu pozwalają, żeby łzy płynęły im po policzkach.

Spektakl z dzieciństwa Madżida był większy, dwuczęściowy. Pierwszego dnia scena pożegnania chłopców z rodzicami, drugiego dnia – męczeńskiej śmierci. Madżid śmieje się, że mężczyzna odgrywający ich oprawcę zbyt mocno wczuł się w rolę, scena biczowania była naprawdę bolesna. Do dziś to jego najjaskrawsze wspomnienie związane z Aszurą i ulubiona anegdota.

Dziś Madżid określa siebie jako ateistę. Często żartuje z irańskiego patosu, emocjonalne formy przeżywania Aszury uważa za zbędną egzaltację. Nie próbuje jednak wymazać swojego doświadczenia. Akceptuje Aszurę jako część kultury, w której się wychował – jeden z elementów rzeczywistości, z którą wciąż na swój sposób się utożsamia, nawet jeśli przestał się z nią zgadzać. Chętnie opowiada o tradycjach i korzysta z nazri, śmieje się, że w czasie miesiąca muharram można zaoszczędzić na jedzeniu. Słodka herbata, ryż z mięsem, czasem nawet sok z arbuza – wszystko można dostać na ulicy.

Iran
Irańska prowincja. Fot. Dorota Grabek

Nie sposób określić, na ile poglądy Madżida są popularne, chociaż on sam szacuje, że jako ateiści i agnostycy mogłaby zadeklarować się nawet połowa społeczeństwa. Gdyby tylko dano im głos. Tymczasem usta Irańczyków są zakneblowane, a oficjalnie muzułmanie stanowią blisko 99 proc. obywateli Iranu. W prawodawstwie Islamskiej Republiki Iranu wolność wyznania istnieje, jednak w praktyce obejmuje przede wszystkim osoby, które wychowały się w innej niż islam tradycji religijnej. Apostazja jest rzadkim zjawiskiem, a Irańczycy mogą obawiać się represji w przypadku otwartej deklaracji zmiany religii.

Madżid sam nie wie, dlaczego stracił wiarę.

– Po prostu pewnego dnia, miałem wtedy około dwudziestu lat, nie odczułem potrzeby modlitwy. Takiej szczerej, z głębi serca. Więc się nie zmuszałem. Ale kolejnego dnia też nie czułem takiej potrzeby. Ani żadnego z kolejnych dni.

Powtarzanie formuł modlitewnych bez szczerego przekonania byłoby dla niego hipokryzją. A Madżid nie chce być hipokrytą, chociaż przyznaje, że w praktyce nie jest to łatwe. Kiedy powiedział rodzicom, że przestał chodzić do meczetu, bardzo się zmartwili, prosili, żeby chociaż modlił się w domu. Nie potrafił się przyznać, że tej prośby nie spełni.

Największym marzeniem Madżida jest przeprowadzka do Australii. Niedawno skończył studia, liczy na możliwość praktyk dla absolwentów uczelni technicznych. Właśnie wrócił ze Stambułu – zdawał tam egzamin z angielskiego niezbędny do aplikowania na staż. Uważa, że ojczyzna nie może zapewnić mu pracy i standardu życia, na jakie zasługuje. Ale poza względami ekonomicznymi istotne są też te obyczajowe i polityczne. Madżid sporadycznie chodzi na antyrządowe protesty, ale woli się zbytnio nie angażować – stąpa twardo po ziemi i trzyma się z daleka od kłopotów, tym bardziej że nowe życie jest już na wyciągnięcie ręki. Nie łączy poglądów politycznych z religijnymi, chociaż przyznaje, że dla wielu, zwłaszcza młodych, osób odejście od religii jest formą politycznego buntu. Według niego nawet w Islamskiej Republice Iranu można być religijnym i nie popierać polityki rządu, zna sporo takich osób. Religia i polityka to dla niego dwie różne sprawy.

Arasz ma długie włosy i kolczyk w lewym uchu. Jest rozchwytywanym didżejem na teherańskiej scenie techno i był w Tajlandii. Tyle można dowiedzieć się o nim z mediów społecznościowych. W jednej z pierwszych wiadomości ostrzega mnie, że wybrałam kiepski czas na wizytę w Iranie. Oględnie tłumaczy, że zbliża się pewne święto, do Teheranu przyjeżdża dużo religijnych ludzi, lepiej nie być wtedy w okolicy. Dlatego kiedy ulice zaczynają wypełniać żałobne pieśni, Arasz wyjeżdża z miasta. Co roku razem z przyjaciółmi spędza te kilka newralgicznych dni, biwakując w górach albo nad Morzem Kaspijskim. Oczywiście jestem zaproszona. Żebym mogła poznać prawdziwy Iran.

Madżid i Arasz, jak wielu młodych Irańczyków, mają dostęp do światowych mediów i chętnie z tego przywileju korzystają. Doskonale wiedzą, że zagraniczny obraz Iranu kształtują ludzie, którzy nie przemawiają w ich imieniu. Uważają, że narracja o ich ojczyźnie została zawłaszczona przez grupę, z którą oni się nie utożsamiają, a chęć przemówienia własnym głosem wydaje się tym silniejsza, im bardziej kontrowersyjne są kroki rządu. Najczęściej sprowadza się do słownego przeciągania liny i „prawdziwy” jest tu słowem kluczem, o które toczy się gra. Chociaż trudno jest uchwycić jedną, prawdziwą kulturę Iranu, różne środowiska, od tych konserwatywnych po najbardziej liberalne, próbują etykietę prawdziwości zagarnąć dla siebie. Żeby obalać stereotypy, ale też żeby być wysłuchanym.

Arasz o religijnych ludziach mówi „oni”. Kiedy dowiaduje się, że wybrałam termin wizyty w Iranie celowo, jest zafrasowany. Nie potrafi mi pomóc, niewiele wie o tradycjach, oddziela się od tego świata grubym murem. Ale ma kolegę, etnografa, może dać mi jego numer telefonu.

Sepide nie chce się już smucić

Sepide zawsze zasypia w podróży. Kiedy miejski pejzaż stopniowo zamienia się w pustynny, szybko ogarnia ją znużenie, a powieki zaczynają się kleić.

– To dlatego, że krajobraz jest tak monotonny – wyjaśnia. – Możesz patrzeć przez okno godzinami i ciągle masz wrażenie, że stoisz w miejscu.

Wyglądającemu przez szybę auta Europejczykowi może być trudno zrozumieć jej sceptycyzm. Droga wije się pomiędzy skałami, czasem o łagodnych zboczach, czasem bez ostrzeżenia wyrastającymi kilkudziesięciometrową ścianą tuż przy drodze. Wciśnięte w doliny wioski wtapiają się w krajobraz niczym przyczajone zwierzęta, ich obecność zdradzają tylko nieliczne palmy daktylowe, mizerne i przykurzone. Nawet niebo zdaje się ulegać tej tendencji i ukrywać swój kolor za cienką warstwą pustynnego pyłu. Monochromatyczny krajobraz pomimo swojej surowości ma w sobie coś eterycznego. Pofałdowane skały wyglądają z daleka jak kopczyki piasku – jakby jeden silniejszy podmuch wiatru mógł wystarczyć, żeby zamienić cały ten finezyjny księżycowy pejzaż w równinę.

Ale Sepide ma na ten temat inne zdanie. Tu jest przygnębiająco. Drzewa, kwiaty, woda – to jest życie. A tu, na południu Iranu, są tylko góry piachu, szarego i brązowego. I kamienie. Spalony słońcem, martwy krajobraz w kraju, który z jakichś przyczyn umiłował smutek.

– Nie rozumiem, dlaczego taką wagę przykłada się do święta Aszury – Sepide wzrusza ramionami. – Mamy też przecież radosne tradycje, na przykład Nouruz12, Noc Jaldy13. Wtedy spotykamy się z rodziną, czytamy poezję, jemy słodycze. A mimo to ciągle najchętniej celebrujemy smutek i cierpienie.

Przed oczami stają mi obrazy z ostatnich tygodni. Spoglądający z plakatów i murali męczennicy, ofiary wojny iracko-irańskiej. Teherańskie Muzeum Świętej Obrony z ekspozycją wraków samochodów: galeria dziwacznie powyginanych karoserii, zwęglonych i podziurawionych kulami. Na spalonych fotelach zdjęcia ofiar zamachów – irańskich fizyków jądrowych. Fotografie młodych chłopaków poległych na wojnie, obok symboliczne przedmioty, które do nich należały: czasem jeden but, czasem złożony w kostkę, zakrwawiony mundur. Porewolucyjny Iran zbudował nowego obywatela, którego tożsamość miała opierać się w dużej mierze na kulcie męczenników, bohaterów poległych w imię Republiki Islamskiej lub szerzej – w imię religii. Znaczenie części zaratusztriańskich świąt, takich jak Noc Jaldy, zostało zmniejszone, a wiele rozrywek, jak chociażby taniec czy śpiew – częściowo zakazanych. Celebracja święta Aszury, lamentacje i rytuały żałobne wpisują się w tę porewolucyjną narrację – pełną bólu i smutku, który wielu Irańczyków zaczyna jednak przytłaczać.

Sepide ma dopiero 18 lat i nie chce się smucić. Pochodzi z inteligenckiej rodziny, jej rodzice są matematykami. Czeka na nową rewolucję, chociaż wie, że ta może nie przyjść zbyt szybko. Bo Irańczycy według Sepide nie potrafią się zjednoczyć. Kiedy wybuchają antyrządowe protesty, szybko okazuje się, że każdy protestuje przeciwko czemuś innemu: jedni przeciw polityce zagranicznej, inni przeciw łamaniu praw kobiet, jeszcze inni przeciwko podwyżkom cen. Brakuje lidera, który połączyłby chaotyczne zrywy w jeden ruch społeczny. Dlatego Sepide ma plan swojej prywatnej rewolucji. Za miesiąc zaczyna studia, kierunek: inżynieria komputerowa. Wszystko ma już przemyślane – po roku lub dwóch będzie się ubiegać o stypendium na zagranicznym uniwersytecie, paszport już ma, egzaminy z angielskiego zdane celująco. Zarzeka się, że po wyjeździe już nigdy nie założy manto. Potem praca w Europie. Jak już się gdzieś zaczepi, ściągnie do siebie młodszą siostrę i rodziców. Żeby nie marnowali życia.

– Tutaj wszystko usycha – wzdycha Sepide, patrząc przez okno.

Sepide i jej ojciec chcą mi pokazać okoliczne wsie. Jedyną osobą, którą widać w okolicy, jest dziewczyna w czadorze. Siedzi pod prowizoryczną wiatą przystankową z falistej blachy, a za jej plecami rozciąga się pustynia: najpierw równina poprzetykana gdzieniegdzie kępami ostrej trawy, dalej gołe skały i osypujące się pagórki przypominające hałdy piachu na ogromnym placu budowy. W drgającym od upału powietrzu dziewczyna wygląda jak żywa pocztówka z Orientu, w którym nawet nazwy miast brzmią jak zaklęcia. Isfahan, Kermanszah, Torbat-e Dżam… Obok przystanku biegnie porządna asfaltowa droga do wioski. Kilkadziesiąt domów z szarego kamienia, większość oddzielona solidnymi murami od pustyni próbującej wedrzeć się w każdy kąt tumanami kurzu i piasku. Wioska zastygła w popołudniowym skwarze, kontrasty pomiędzy ostrym światłem a nielicznymi plamami cienia oślepiają. W jednej z takich cienistych plam ukrywa się jeszcze jeden człowiek – pięćdziesięcioletni mężczyzna w dresowej bluzie przysiadł na piętach z łokciami opartymi na kolanach, nieobecny wzrok ma utkwiony daleko w linii horyzontu. Nic się nie dzieje.

Senną atmosferę wioski przerywa skrzypnięcie bramy. Najpierw wychodzą instrumenty: ogromny bęben, lśniący w słońcu werbel, talerze, wszystkie niesione przez dzieci. Najmłodszy z orkiestry ma około siedmiu lat, najstarszy jest już pewnie nastolatkiem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

– Coś się będzie za chwilę działo? Jakaś ceremonia? – zagaduje ich Sepide. Nie będzie. Chłopcy po porannej ceremonii pożyczyli instrumenty od rodziców. Jak pod każdą szerokością geograficzną, irańskie dzieci bawią się, odtwarzając świat dorosłych. Chłopcy z wioski w prowincji Kerman czekają na dorosłość, bawiąc się w Aszurę. Podobnie dla wielu irańskich dziewczynek hidżab jest symbolem dojrzałej kobiecości i często nie mogą się doczekać, żeby go założyć – nawet jeśli po roku lub dwóch wiele z nich będzie marzyć, żeby go zrzucić. Tymczasem najmłodsze pokolenie chętnie przyłącza się do kultywowania tradycji, tak samo jak Madżid chętnie brał udział w ulicznych spektaklach. Zabawa trwa, a chłopcy chętnie pokażą, jak potrafią grać. Na środku zakurzonej drogi stoimy we trójkę, dwoje Irańczyków i Polka, oklaskując występ.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2020

1 Od arabskiego aszara – ‘dziesięć’, obchodzone dziesiątego dnia miesiąca muharram.
2 Hidżab – zasłona dla kobiet.
3 Z franc. manteau – ‘płaszcz’. Sięgający do kolan lub do połowy łydek płaszcz, popularna część garderoby kobiet w Iranie.
4 Pers. ‘łańcuch’, także ‘więzy’.
5 Określenie konserwatywnych kobiet noszących na co dzień czador (pers. ‘namiot’), czyli półokrągły kawałek ciemnego, zazwyczaj czarnego (kolorowe czadory są na użytek domowy) materiału, otwarty z przodu, owinięty wokół głowy i ciała kobiety jak peleryna i trzymany przez nią ręką, brodą lub pod pachami.
6 Tradycyjny perski instrument, rodzaj chordofonu, czyli strunowych cymbałów.
7 Przed rewolucją islamską – Bordż-e Szahjad, czyli Wieża Królów.
8 Pierwszy miesiąc w księżycowym kalendarzu muzułmańskim; w Iranie na co dzień jest w użyciu kalendarz słoneczny z perskimi nazwami miesięcy.
9 Pers. dosł. ‘bicie się, uderzanie w piersi’, uczestnik tych ceremonii to sine-zan.
10 Od arab. tasi’a ‘dziewięć’, obchodzone 9. muharrama święto poświęcone m.in. Abbasowi Ibn Alemu.
11 Umajjadzi – pierwsza dynastia kalifów (661–750).
12 Nowy Rok perski (dosł. ‘nowy dzień’), obchodzony 21 marca w równonoc wiosenną nie tylko przez Irańczyków, gdyż jest to święto ludów indoeuropejskich, aryjskich. Obecnie w Iranie jest to święto świeckie dla większości, a święty dzień m.in. dla zaratusztrian.
13 Najdłuższa noc w roku, zwykle 21–22 grudnia, świętowana przez Irańczyków spotkaniami wypełnionymi wspólnymi posiłkami oraz czytaniem poezji, szczególnie Hafiza.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.