Jesień 2020, nr 3

Zamów

Kiedy dochodzimy do skrajności, jesteśmy zdrajcami Ewangelii

O. Adolfo Nicolás. Toronto, 2011. SJ Fot. Jesuits Global

Doświadczenie trudności stanowi część życia i przekazu Ewangelii. Osoba rzeczywiście duchowa żyje tym doświadczeniem z ogromną wolnością wewnętrzną. Mniej duchowi wszystko widzą jako spisek przeciw sobie. Czują się prześladowani, tracą pokój wewnętrzny i radość.

Pewien czas temu, jeszcze podczas pontyfikatu Benedykta XVI, o. Adolfo Nicolás – zmarły 20 maja br. generał jezuitów – naszkicował kilka punktów do ewentualnego listu do członków swojego zakonu. Choć nie napisał nigdy tego listu do końca, podzielił się z niektórymi przyjaciółmi tymi punktami. Niedokończony i nieformalny wyraża jednak jasno jego myśli. Publikujemy go za Katolicką Agencją Informacyjną, w tłumaczeniu o. Andrzeja Koprowskiego SJ, który uzyskał wcześniej zgodę Autora na publikację

W pewnym okresie my, zakonnicy, byliśmy pytani o nasze życie w Kościele i o siłę przyciągania naszego świadectwa. Nie potrzeba szczególnej, nadzwyczajnej inteligencji, ani jakiejś głębokiej analizy, by zauważyć, że to, co nazywamy „życiem zakonnym” nieco straciło swą moc tak w Kościele, jak i poza jego ramami. Oczywiście, nie wszędzie. Niektóre grupy osób zakonnych utrzymały, co więcej, wzmocniły swą wiarygodność poprzez autentyczność swego życia, służbę ubogim, czy głębię życia modlitwy. Tym niemniej pytania pozostają. Co straciliśmy? Gdzie popełniliśmy błędy? Daliśmy się oszukać wezwaniom do podjęcia form odnowy? Pozostaliśmy bez celu?

Uznani za wzór

Kolejny raz czytałem niektóre teksty klasyczne tyczące życia zakonnego: Ignacego Loyoli, Franciszka Ksawerego, Jana od Krzyża, Teresy z Avila. Uznałem je za ożywiające poprzez serce. Coś, jakby się wracało ponownie do domu rodzinnego, do pierwszej miłości, tam, gdzie po raz pierwszy pomyślałem, że warto zaangażować w to całe moje życie…

Pytałem samego siebie: co w tym było obecne, a co wydaje się, że straciliśmy? Myślę, że ich siłą było to, że byli całkowicie ukierunkowani. Ich myśli były przeniknięte, zdobyte Duchem, ogniem, życiem i stylem Chrystusa, i takimi pozostały, były całkowicie ukierunkowane, doświadczając swej głębi, kształtując swoje życie wewnętrzne wokół tego nowego centrum. Dotykały głęboko tego w doświadczeniu, sprawiały, że każdą inna sprawę przeżywaliśmy w jej ogniu, jej świetle, dzieląc się z innymi ogniem i światłem. Stały się światłem dla pokoleń osób, poszukujących podobnej głębi i niespodzianek istnienia na tej głębokości. Można powiedzieć, że ci „Klasycy” (przy braku lepszego określenia) byli całkowicie ukierunkowani. W porównaniu z tymi świętymi wydaje się, że my jesteśmy w dużej mierze – proszę pozwolić, że to powiem – w jakiś sposób głupi, „rozproszeni”.

W związku z tym chcę podzielić się kilkoma refleksjami. Oczywiście, nie piszę tego jak jeden z tych Klasyków. Oni znali sprawy Boże i pisali wnikając w głębokości życia Bożego. Ja znam rozproszenia, jestem niemal ekspertem od tego, napiszę więc na podstawie tego, co znam.

Od „bycia rozproszonymi na modlitwie” do „bycia rozproszonymi w życiu”

Rozproszenia podczas czasu modlitwy były moją wielką troską podczas pierwszych lat życia zakonnego. Kiedy w nowicjatach tamtego czasu, odcięci od innych i niemal ukryci, szukaliśmy czegoś w naszym życiu, by wyznać w cotygodniowych spowiedziach, zawsze pojawiał się problem rozproszeń. Trzeba było wielu lat walki i upadków, aby zdać sobie sprawę, że rzeczywistym rozproszeniem było moje życie, a nie moja modlitwa. W rzeczywistości byłem roztargniony w moim życiu, pracy, studium. Nic więc dziwnego, że moja modlitwa cierpiała te same braki. Jak mogę być skupiony na modlitwie, jeśli mój umysł i moje serce są rozproszone na tyle spraw?

Świadomość tego otworzyła mi oczy na świadomość i na jeden z najbardziej tradycyjnych środków modlitwy ignacjańskiej: rachunek sumienia. Podobnie jak wielu moich przyjaciół w życiu zakonnym, nie byłem kimś złym. Byliśmy dobrymi towarzyszami, staraliśmy się zrobić jak najlepiej to, czego od nas oczekiwano, od modlitwy do nauki, gry w piłkę, pomocy przy liturgii Wielkiego Tygodnia. Ładnie śpiewaliśmy. Ale byliśmy „rozproszeni”. Widzę to po ponownej lekturze naszych Mistrzów, Klasyków.

Łatwe pokusy bycia rozproszonym

Podkreślam, że nie chcę oskarżać nikogo osobiście. Jeśli byliśmy rozproszeni, było tak, ponieważ rozproszenia były wszędzie wokół nas. Chodziło w zasadzie o rozproszenia „ogólne, powszechne” każdej społeczności ludzkiej. Często te rozproszenia tak bardzo były częścią „powszechnego odczucia”, że jeśli ich nie przyjmowałeś, byłeś uważany za dziwaka, niewiarygodnego, czasem także nielojalnego zdrajcę grupy. Chcę tu włączyć wszystkie czynniki, jakie przynależą do jednoczenia się społecznego, etnicznego i kulturowego. Niestety nie trudno znaleźć zakonników głęboko włączonych w takie grupy, które rzutują na nich, albo są „przyczynami” ograniczającymi cały idealizm ich młodości, na tyle, że kończą potem jako wyraziciele bardzo ograniczonych interesów społecznych, etnicznych czy kulturowych. Jest to wielkie „rozproszenie”, jakiego nigdy nie widziałem u żadnego z Klasyków.

Inną „łatwą” pokusą jest emocjonalny związek z grupami, które mają jakąś formę kompleksu. Myślę o grupach, które w przeszłości doznawały ucisku lub niesprawiedliwości i teraz wykorzystują to fatalne doświadczenie jako usprawiedliwienie dla rewindykacji statusu wiecznej „ofiary”… Czasem grupy, jakie w przeszłości były zmarginalizowane, mogą używać tego jako bodźca, by teraz i w przyszłości żyć w uprzywilejowanych warunkach. Ponieważ osoby konsekrowane zazwyczaj mają dobre serce, mają skłonność do tego typu rozproszenia.

Innymi słowami, osoby zakonne, które chcą reprezentować Ewangelię Jezusa Chrystusa, mają skłonność bycia słabymi wobec ideologii czy myślenia ideologicznego. Mamy „twarde życie” z dwuznacznościami i szarymi strefami rzeczywistości. Będąc gotowi, przygotowani do całkowitego zaangażowania, łatwo rzutujemy całą prawdę na każde zaangażowanie, do którego czujemy się wezwani i stajemy się ślepi wobec odcieni, dwuznaczności oraz sprzeczności w wizji świata jako „biało-czarnego”.

Nasze ego jest największym źródłem rozproszenia podczas podróży życia

Przez wiele lat byliśmy podzieleni w naszych zgromadzeniach zakonnych, włącznie z Towarzystwem Jezusowym, między tych, którzy byli zaangażowani w sektory społeczne i tych, którzy byli w sektorze edukacji; tych, którzy byli zaangażowani w posługę ubogim i tych, którzy pracowali wśród elit.

Usprawiedliwialiśmy albo staraliśmy się uzasadnić teologicznie wybory, nie zdając sobie sprawy, że jest to działanie ideologiczne. Co za rozproszenie! Nie zawsze rozumieliśmy, że opcja preferencyjna na rzecz ubogich była wyborem z miłości, z serca, z wnętrza, podobnie do tej, jaką Jezus odczuwał wobec biednych ludzi. Preferencyjna opcja na rzecz ubogich nie może być narzucona, musi płynąć z serca. Bez tej istotnej intuicji traktowaliśmy „opcję preferencyjną” jako „zobowiązanie moralne” i uważaliśmy się za usprawiedliwionych, wymagając tego od wszystkich, pod groźbą, że bez tego jesteśmy mniej chrześcijanami, mniej zaangażowani, mniej ewangeliczni. Kiedy dochodziliśmy do skrajności, nie umieliśmy traktować ich jako braci i sióstr; byliśmy zdrajcami sprawy Ewangelii.

Perfekcjonizm jako rozproszenie narcystyczne

Nie należy myśleć, że każde rozproszenie pochodzi z zewnątrz. Przynajmniej jedno wywodzi się z najbardziej religijnego poszukiwania dobra, posłuszeństwa Bogu czy wzrostu duchowego. Zwiemy je „perfekcjonizmem”, opisujemy różnymi barwami w różnych epokach i kontekstach. Chodzi o dawne rozproszenia, które zawsze były zabójcze dla ideału i życia zakonnego. Święty Paweł oraz pierwsi chrześcijanie, reagując na wybryki partykularystyczne i wyraźne niektórych grup bardziej zaangażowanych, nazywali to „faryzeizmem”. Mieliśmy z tym do czynienia i „rozgrywaliśmy” to na przestrzeni lat: odczuwając, że nie był to problem tylko czasów Apostołów, ale pokusa, rzeczywiste rozproszenie, każdego czasu.

Psychologia współczesna śledzi z wielką uwagą zjawisko przesadnej troski o samych siebie, swojego obrazu, powierzchowności, tego jak jest się odbieranym przez ludzi. Niektórzy nazywają to „narcyzmem”. Jest to rodzaj rozproszeń, o jakich mówimy. Paradoksalnie, jesteśmy rozproszeni naszym dążeniem do doskonałości. Tutaj Klasycy są wielką pomocą. Ci mężczyźni i kobiety bezwarunkowo naśladowali Chrystusa z wielką pomocą w ich kenozie, w ich samo-ogołoceniu i dlatego nie byli rozproszeni przez jakiś aspekt samych siebie, jaki mógłby pojawić się na ich drodze. Używali też języka, który logicznie „przesadzał”, aby wyrazić swoją pełną koncentrację: „Pragnę także cierpieć przekleństwo bycia oddzielonym od Chrystusa”, nome mueve, mi Dios, para quererte, „nic, nic, nic” „trzeci stopień pokory”, „wierzyć, że jest białe to, co widzę jako czarne”… I tak dalej.

Będąc przygotowani do całkowitego zaangażowania, łatwo rzutujemy całą prawdę na każde zaangażowanie, do którego czujemy się wezwani i stajemy się ślepi wobec odcieni rzeczywistości

U nas, jezuitów, rozproszenie perfekcjonistyczne może być bardzo subtelne. Nie jest trudno odnaleźć je (z mniejszym lub większym alarmem!) we mnie samym czy innej osobie, ale jest trudniej zidentyfikować je w grupie czy instytucji, w której pracujemy. Podstawowe rozproszenie jest kolejno komplikowane przez „rozproszenia dodatkowe”, takie jak kompetencje, ustawiczna potrzeba bycia na bieżąco w technologii, posiadanie gadgetów elektronicznych, wykorzystywanie nowych możliwości komunikacji, itp. Instytucja może usiłować zrobić z perfekcjonizmu normę wymiernego rozwoju i gwarancję przyszłości w świecie trudnych rynków. Nie dziwi, że za wyjątkiem uroczystości Wielkiego Tygodnia, nie obchodziliśmy nigdy „niepowodzenia Królestwa Bożego” w naśladowaniu Chrystusa. Świętowaliśmy natomiast zawsze i wyłącznie powodzenie, sukces. Czy nie sprawia to, że pozostajemy rozproszeni w błędnych wyborach?

„Ja” jako pierwsze rozproszenie

Oczywiście największym i podstawowym rozproszeniem jest ego. Nigdy ono nie milknie i stale chce skupić uwagę na samym sobie. Nie potrzeba pełnić roli „działaczy duchowych” – dobrych czy złych – spokojnie można powiedzieć, że ego jest największym źródłem rozproszenia podczas podróży życia.

Dystrakcja pojawia się, gdy przedmiot naszego umysłu i naszego serca nie jest na swoim miejscu. Doświadczenie sprzeczności i trudności, czasem bardzo poważnych, stanowi część życia i przekazu Ewangelii. Osoba rzeczywiście duchowa żyje tym doświadczeniem z ogromną wolnością wewnętrzną i niesie je w ogromnej bliskości z Bogiem, z prawdą i ubogimi, którzy są prawdziwymi ekspertami cierpienia. Mniej duchowi przeżywają trudności i wszystko widzą jako spisek przeciw sobie. Czują się prześladowani, tracą pokój wewnętrzny i radość. Bycie skupionymi na „Ja” niezrozumiałym czy zranionym, prowadzi do ogromnego rozproszenia.

Proces tego rodzaju dokonuje się, kiedy w podejmowaniu decyzji nie koncentrujemy się na woli Boga, jakiej nie mogę ani kontrolować, ani nią kierować, ale na opinii innych, albo na opinii traktowanej jako ważna, tak przez zdanie tych, których uznajemy, miłujemy czy czcimy. Nazwałbym to „rozproszeniem popularności”, ma ono miejsce w zastępowaniu procesu decyzji przez płynny i nigdy nie kontrolowany proces rozeznawania uwarunkowany łatwiejszym odczuciem i działaniem według dynamiki grupy, także grupy osób pobożnych i godnych szacunku.

Świętowaliśmy zawsze i wyłącznie powodzenie, sukces. Czy nie sprawia to, że pozostajemy rozproszeni w błędnych wyborach?

„Rozproszenie popularności” ma miejsce także wtedy, gdy nasze horyzonty ludzkie i duchowe zawężają się. Najczęściej ma to miejsce, kiedy udowadniamy sobie nasze opinie, zwłaszcza gdy myślimy, że są rozumne, bardziej w obiegu. Może być takie rozproszenie w naszych opiniach, że wymieniamy je nieustannie. Kiedy św. Ignacy daje osobom kończącym „Ćwiczenia Duchowe” pewne reguły dotyczące właściwego sentire i działania w Kościele, stara się, by uwolniły się one od rozproszenia wąskimi horyzontami. Słowa wydają się twarde i trudne do akceptacji, ale to święty chciał, to była wolność, otwarcie i coś większego niż tylko jakaś idea, także jeśli mogłaby być moją.

Znaczenie tej wolności staje się oczywiste, kiedy zamiast opinii osobistych, mówimy o ideologiach i wyborach ideologicznych. Jak często decyzje osobiste czy decyzje grupy, określane jako owoc rozeznawania osobistego i wspólnotowego, w rzeczywistości są tylko wyborami ideologicznymi przybranymi w język rozeznawania, pochodzą z procesu, który tylko formalnie przypomina prawdziwe rozeznawanie? W takich wypadkach także teologia staje się narzędziem interesów ideologicznych i sama staje się rozproszeniem.

Rozproszenie jest jeszcze silniejsze, kiedy wspólnota, albo duchowa relacja ze wspólnotą, słabnie lub zanika. Jako osoby konsekrowane zaangażowaliśmy się, by znaleźć wolę Boga wspólnie, jako organizm, ciało, jako wspólnota wiary, misji, miłości. Znajdujemy prawdziwe znaczenie posłuszeństwa, ślubu zakonnego, jednak często nie zrozumianego dobrze. Złą wiadomością jest, że jest to trudne, zwłaszcza dla zakonników mających swoje wizje, będących bardziej inteligentnymi, bardziej zaangażowanymi w jakąś jedną czy drugą istotną sprawę. Zawsze jest łatwiej iść samemu, według osobistej inspiracji (zwłaszcza umysłowej czy emocjonalnej). Łatwiej jest traktować samego siebie jako proroka, który rozeznaje z innymi, by iść pokornie ze słabościami naszego myślenia i naszych propozycji. Możemy stać się prorokami poza wspólnotą, dopóki ci, którzy mają władzę, chcą narzucić milczenie i wtedy biegniemy do wspólnoty aby szukać opieki, także często narzekając, że wspólnocie i jej liderom brak zrozumienia, odwagi, wizji, wsparcia. Nie chodzi o świadomość przemyślanie złą. Jest wiele pragnień, wiele wizji, wielka determinacja, by zrobić różnice, ale w tym wszystkim jesteśmy rozproszeni.

Rozproszenie przez media, gadżety, internet

Są to rozproszenia najbardziej powszechne i najłatwiejsze w identyfikacji. Tylko nieliczni spośród nas są całkowicie czy częściowo na to odporni. Dlatego nie są one szczególnie niebezpieczne. Potrzebujemy mediów i gadżetów. Nie to jest problemem. Ale dlaczego czujemy się jakby gorszymi, jeśli nie dostosowujemy się do tej rzeczywistości? Dlaczego czujemy się źle w naszej różnorodności? Dlaczego jest tak ważne dla nas, by być zaakceptowanymi, by stanowić jedność z grupą?

Być może jesteśmy nadal rozproszeni, ponieważ nie wybieramy czegoś więcej. Pozwoliliśmy na to, że media określają nową ortodoksję, nowy styl myślenia, nowy kanon „prawdy”, który w rzeczywistości nie jest już prawdą, ale opinią publiczną sztucznie stworzoną, akrytyczną. Sposób, w jaki rozwija się nowa kultura informacji konfrontuje nas z wyborami głębi. Chcemy informacji czy zrozumienia? Szybkości czy wnikliwości? Chcemy być skoncentrowali na Chrystusie czy na „nawigare w web”? Wiem, że nie są to wybory, które się wykluczają i nikt z nas nie marzy, by takimi były, ale w rzeczywistości mogą stać się rzeczywistością naszego nieuważnego życia, podobnie jak każde inne rozproszenia.

Rozproszenia powierzchowności w środowisku zakonnym

Są to rozproszenia, które w sposób szczególny uderzają w nas, jezuitów, z powodu naszej długiej formacji intelektualnej. Uderzają w nas, jeśli nasz wzrost intelektualny nie kończy się modlitwą, adoracją, posługą. Są szczególnie rozbijające, ponieważ dokonują się wewnątrz Kościoła i życia wiary. Jesteśmy kuszeni, by myśleć, że to, co nie zgadza się z moimi teoriami, nie ma znaczenia; że jeśli nie mogę znaleźć „sensu”, to coś jest „bez sensu”. Przyjmujemy typową niedojrzałą postawę, „wszystko lub nic”, wmawiając w samych siebie, że jeśli z czymś się nie zgadzam, musi to być bez znaczenia.

Św. Ignacy walczy z tą tendencją regułami właściwego czucia z Kościołem. Nie był uzależniony od tego, co miało znaczenie dla niego, ale co miało znaczenie dla ludzi, dla prostych ludzi swojego czasu, prostych członków Kościoła. Czasem chwalimy się: „Nie przyjmuję tego, co mi się nie podoba”. Ignacy mówi, by przyjmować wszystko, co pomaga ludziom w pobożności, w modlitwie, w czuciu się blisko Boga i Kościoła. Jego reguły mają charakter duszpasterski i są wyraźnie ukierunkowanie. Poprzez nie Ignacy mówi, by nie być rozproszonym przez JA, przez nasze idee, przez to mi się podoba czy nie podoba, przez nasze opinie i teologie, aby być uważnymi na osoby, które idą i żyją w obecności Boga. Zapomnij o sobie i podejmij postawę dla życia tych osób.

Dlaczego czujemy się źle w naszej różnorodności? Dlaczego jest tak ważne dla nas, by być zaakceptowanymi, by stanowić jedność z grupą?

Wielcy jezuici ukazują mi się jako ludzie scaleni: zintegrowani, solidni, pełni poświęcenia, mający swoje centrum i nie rozproszeni na płytkie rzeczy. Bliższe spojrzenie na historię nas, jezuitów, może być wielką pomocą. Wszyscy jesteśmy dumni, i słusznie, z naszej historii i wielkich ludzi jacy byli [przed nami]. Kiedy patrzę na to z perspektywy naszych rozproszeń – to, co mnie uderza w nich, to ich całkowite zaangażowanie w swoje powołanie i swoją misję. Były to osoby, które dały wszystko i pozostały skoncentrowane na ostatecznym przedmiocie swojego daru z siebie, Bogu i posłudze Jego Królestwu. Byłoby zbyt wyczerpujące rozwijanie tego, jak każdy spełniał to zadanie całkowicie skoncentrowany. Wspomnimy tylko niektóre nazwiska, do których można by dodać wiele innych:

– fundatorzy: Ignacy, Ksawery, Favre…
– twórcy: Anchietta, Vieira, Castiglione, Pozoo…
– pionierzy: Ricii, De Nobili, Brebeuf, Theialrd, Arrupe…
– mistycy: Ignacy, Ksawery, Colombière, Teilhard…

Wspomnienie tych osób wydaje mi się zaproszeniem do pójścia do Centrum: Centrum w Bogu i Centrum w nas samych, w naszym powołaniu w Towarzystwie i w Kościele. Powołanie i misja, jaką otrzymaliśmy od Pana i odziedziczyliśmy od naszych poprzedników, nie pozwalają być naśladowcami czy sługami „rozproszonymi”. Pan nadal woła braci i przyjaciół, by naśladowali Jego Syna, osoby, które chcą dać wszystko dla snu o zbawieniu całej ludzkości.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Zadanie pozostaje ogromne i wymagające, jak zwykle, ponieważ zaczynamy rozumieć, że plan Boga jest także planem dla całego świata, a nie tylko dla rodziny ludzkiej. Obecność Boga w całym stworzeniu przekształca naszą misję z odniesieniem do Księgi Rodzaju i Pawła, ponowionymi w niedawnych apelach Ojca Świętego Benedykta XVI. Kolejny raz słyszymy Ignacego, który przypomina, że ci, którzy chcą odznaczyć się w służbie Pana, zaangażują całe swoje życie i trud.

Jest to pragnienie, jakie towarzyszy temu listowi: abyśmy znów odpowiedzieli na wymagające wezwanie Jezusa, naszego Pana, dla dobra całego Kościoła, dla dobra ludzkości i świata.

Tytuł pochodzi od redakcji Więź.pl

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.