Jesień 2020, nr 3

Zamów

W obłoku Tajemnicy

Ks. Tomáš Halík. Fot. Frydolin/ Wikimedia Commons

Na początku wszystkich traktatów teologicznych powinno być wielkimi literami napisane: Bóg jest nieprzeniknioną tajemnicą. Największym grzechem teologii i nauczania Kościoła jest wyobrażenie, że mówić o Bogu jest bardzo łatwo.

Kazanie na V Niedzielę Wielkanocną

Poprzedniej niedzieli rozważaliśmy słowa Jezusa: „Ja jestem bramą”. Powiedzieliśmy sobie: brama to otwartość, pusta przestrzeń, przejście do czegoś, co jest dalej. W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi coś bardzo podobnego: „Kto mnie widzi, widzi i Ojca”. Jak powiedział jeden z teologów w latach 60 ubiegłego wieku: Jezus to okno, przez które widzimy Boga podczas pracy.

Niemożność poznania

Na początku wszystkich traktatów teologicznych i wszelkich uwag o Bogu powinno być wielkimi literami napisane: Bóg jest nieprzeniknioną tajemnicą. Największym grzechem historii teologii i nauczania Kościoła jest wyobrażenie, że mówić o Bogu jest bardzo łatwo. Ta lekkomyślność i tania pobożność otworzyły przestrzeń na nieprzebraną ilość naiwnych, komicznych, ale także perwersyjnych czy toksycznych wyobrażeń Pana Boga. Patologiczny obrazy Boga dręczył sumienia ludzi, bywał źródłem okrutnych wojen.

Największy teolog katolicki XX wieku Karl Rahner powiedział ważne zdanie, które przynosi ulgę: „Bóg taki, jak wyobraża Go sobie 60-80 proc ludzi, na szczęście nie istnieje”.

Powinniśmy być wdzięczni ateistycznym krytykom, takim jak Feuerbach, Nietzsche, Marks czy Freud, którzy wykazali, że patologiczne wyobrażenia Boga to tylko ludzkie projekcje (i tylko szkoda, że większość z tych ateistycznych krytyków prawdopodobnie poznała tylko takie patologiczne wyobrażenia i żadnych innych).

Cokolwiek wiemy o Bogu, ma charakter metaforyczny. To w najlepszym wypadku palec wskazujący na księżyc. Nie powinniśmy pomylić go z samym księżycem

Krytyczny ateizm (w odróżnieniu od ateizmu dogmatycznego) może także pełnić rolę ancilla teologiae [służebnicy teologii – przyp. red.] Może być użyteczną pomocą dla naszej wiary w walce przeciw prawdziwemu nieprzyjacielowi, którym nie jest ateizm, ale bałwochwalstwo, zabobonność, przesądy. Często ateizm nie jest odrzuceniem Boga, ale odrzuceniem określonego typu teizmu, określonych ludzkich wyobrażeń o Bogu. Wyobrażeń, które zasługują na to, aby je odrzucić.

Jung pod adresem teologów, którzy wypowiadali się o Bogu w sposób bardzo familiarny, powiedział: Czy oni sobie nie uświadamiają, że dzięki naszym własnym zdolnościom wiemy o Bogu mniej więcej tyle, ile wie gąsienica o British Museum?

Także cała teologia naturalna pozostałaby tylko jakąś intelektualną grą szklanych paciorków, gdybyśmy zapomnieli o tym, czego nauczyła nas tak zwana negatywna teologia: cokolwiek wiemy o Bogu, ma charakter tylko metaforyczny albo – użyjmy słowa pochodzącego ze scholastyki – analogiczny. To obraz, przypowieść. W najlepszym wypadku palec wskazujący na księżyc. Nie powinniśmy pomylić go z samym księżycem. Fundamentalizm – ta choroba wiary, prymitywne, dosłowne pojmowanie wypowiedzi religijnych – nie rozumie właśnie symbolicznego, metaforycznego charakteru języka religii.

Wielokrotnie już o tym mówiliśmy: Biblię można traktować albo dosłownie, albo poważnie. A to oznacza, że nie mamy zadowalać się z powierzchownym czytaniem, w którym zawsze do tekstu projektujemy swoje własne wyobrażenia. Mamy w ciszy, w kontemplacji i wysiłku poważnego studium słuchać tekstu w całej jego głębi.

Często ateizm nie jest odrzuceniem Boga, ale odrzuceniem określonego typu teizmu, określonych ludzkich wyobrażeń o Bogu. Wyobrażeń, które zasługują na to, aby je odrzucić

Wbrew biblijnemu fundamentalizmowi z jednej strony i wbrew emocjonalnej religijności (fideizmowi) z drugiej Sobór Watykański I głosił, że ludzki rozum jest zdolny drogą samego rozważania dzieła stworzenia dojść do przekonania o istnieniu Boga. W niczym to jednak nie podważa głębi tajemnicy Boga jako takiego. Już jeden z Soborów średniowiecza zdefiniował ważną prawdę wiary: Bóg jest jednocześnie podobny i niepodobny do swojego Stworzenia – i to „niepodobne” wielokrotnie przewyższa to „podobne”.

Dopiero kiedy w całej głębi przyjmiemy to spostrzeżenie o niemożliwości naszego poznania tego, kim jest Bóg sam w sobie oraz co to oznacza, że „Bóg jest” (co to oznacza „być” w przypadku Boga?) – dopiero wtedy możemy zrozumieć wielkość tego, co mówi nam dzisiejsza Ewangelia. I choć Bóg pozostaje tajemnicą, otwiera nam drogę do siebie.

Człowieczeństwo Jezusa jest Bożym samo-udzieleniem się. Słowem, które Bóg nam daje, w którym się porozumiewa i jednocześnie siebie udziela. Słowem, którego już nigdy nie wycofa. Człowieczeństwo Jezusa to drzwi, przez które wchodzimy w obłok Bożej tajemnicy. Człowieczeństwo Jezusa – powtórzmy – jest oknem, przez które widzimy Boga przy pracy.

Ekumenia cierpienia

Jest jednak jeszcze jedna, podstawowa sprawa: mówiliśmy już ubiegłej niedzieli, że człowieczeństwo Jezusa pozostaje otwarte nie tylko w kierunku Boga, ale także w kierunku nas, ludzi. Do swego „Ja” Jezus przyjmuje także wielu innych: przede wszystkim „najmniejszych braci i siostry”. „Cokolwiek im uczyniliście – mnieście uczynili”.

Przyjmuje do swego „Ja” także nas, swoich uczniów: jak bardzo będziemy stanowili jedność, tak też będziemy jednością z Nim. Właśnie o to Jezus modlił się podczas Ostatniej Wieczerzy: „aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie.”

Myślę, że jedna wielka Boża nauka, którą powinniśmy przejąć z czasu pandemii, to ponaglające wezwanie do pogłębienia wysiłków ekumenicznych. Jak to często podkreśla papież Franciszek, przeżywamy ekumenię cierpienia. Podobnie, jak prześladowania chrześcijan na całym świecie, tak samo cierpienia powodowane przez pandemię nie wybierają. Nie dbają o granice pomiędzy chrześcijanami i resztą ludzkości. Także nasza miłość, solidarność i świadomość przynależności w końcu mogłyby przełamać granice, które z biegiem historii między sobą wytyczyliśmy.

Stojąc twarzą w twarz z procesem globalizacji, nie możemy wszystkiego ani bezkrytycznie przyjmować, ani potępiać w czambuł

Szerzenie chorób zakaźnych to jedna z ciemnych stron niepowstrzymanego procesu globalizacji, wielopoziomowego łączenia się naszego świata. Na te choroby nie wolno nam jednak odpowiadać szerzeniem jeszcze bardziej zabójczych epidemii: nacjonalizmu, populizmu i fundamentalizmu, stawiania murów i zamykania się w gettach religijnych, narodowych i państwowych czy kulturowych.

Jestem przekonany, że Bożym wyzwaniem tego czasu jest praca na rzecz o globalizacji współczucia i solidarności, na rzecz przemiany niepowstrzymanego procesu globalizacji w proces komunikacji i empatii. Jest to zadanie ogromne i trudne.

W ostatnich tygodniach studiowałem teologów, których dzieła powstawały z doświadczenia światowych katastrof, szczególnie z doświadczenia wojen. Jednym z nich był wielki jezuicki teolog i przyrodnik, Teilhard de Chardin, który w trakcie ofiarnej służby rannym w największych bitwach I wojny światowej przeżył głębokie, mistyczne doświadczenie: skrajne cierpienie łączy ludzi z obu stron frontu, ogień cierpienia pochłania rozdzielające ich mury i wytwarza jedność – budulec przyszłego zjednoczenia, które jest nam obiecane w punkcie Omega historii kosmicznej – we wszechświatowym Chrystusie.

Teilhard był jednym z pierwszych proroków globalizacji, nazywał ją planetaryzacją. Był przekonany, że decydujący krok w rozwoju wszechświata odbywa się właśnie w tej fazie kosmicznej historii, która nie jest już niesiona tylko anonimowymi siłami rozwoju materii, ale zakłada istnienie wolnego „Tak”, siły miłości – według jego słów – jedynej siłą, która potrafi jednoczyć, jednocześnie przy tym nie niszcząc. Był przy tym przekonany, że właśnie chrześcijanie mają być najważniejszymi nosicielami tego wolnego, aktywnego poświadczenia procesu zjednoczenia – tak, aby Bóg był wszystkim we wszystkim.

Szerzenie chorób zakaźnych to jedna z ciemnych stron niepowstrzymanego procesu globalizacji. Nie wolno nam jednak odpowiadać na nie szerzeniem się jeszcze bardziej zabójczych epidemii: nacjonalizmu, populizmu i fundamentalizmu

Dziś widzimy, że proces globalizacji jest ambiwalentny, niesie z sobą wielkie obietnice dobra i ogromne niebezpieczeństwa. Zadaniem Kościoła, tego szpitala polowego – jak często o nim mówimy w duchu innego wielkiego syna duchowego świętego Ignacego, papieża Franciszka – jest także rozwijanie sztuki duchowego rozeznawania.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Stojąc twarzą w twarz z procesem globalizacji – ale też widząc inne rysy naszego świata, który się nam zmienia w oczach – nie możemy wszystkiego ani bezkrytycznie przyjmować, ani potępiać w czambuł. Święty Ignacy daje nam tu użyteczną radę: odrzućcie to, co rodzi w was strach, poczucie osaczenia, gniew i smutek. Trzymajcie się tego, co do Waszej duszy wnosi pokój, radość, odwagę i wolność.

Wystrzegajmy się fałszywych, apokaliptycznych proroków zniszczenia, szanujmy tych, którzy wzmacniają wiarę, nadzieję i miłość.

Tłum. Tomasz Maćkowiak, autor bloga postrzelonymokiem.pl. Tytuł i śródtytuły od redakcji

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.