Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zając bulwersujący opinię publiczną

Rysunek autorstwa Juliana Bohdanowicza

Spojrzysz na wystraszonego zająca i zastanowisz się – kto w 1986 roku zgłupiał? Władza, dziennikarze, rysownik czy księża?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2004.

Mając przed oczami owego smutnego zająca z pisankami i kapeluszem, musimy się cofnąć do roku 1986. Miesięcznik „Powściągliwość i Praca”, wydawany przez księży michalitów od końca XIX wieku, po II wojnie światowej zlikwidowano, jak większość tytułów kościelnych. W 1981 roku michalici zaczęli się starać o reaktywowanie swojego pisma, jednak dopiero dwa lata później, kiedy to władza komunistyczna kombinowała na wszelkie sposoby, jak obłaskawić Kościół w Polsce, dostali na to pozwolenie.

W tym czasie generał Jaruzelski wymyślił, że każdy mężczyzna ma mieć obowiązek pracy. Wielu bezrobotnych, a już szczególnie poszukujących dobrego miejsca do pisania dziennikarzy trafiło więc właśnie do miesięcznika księży michalitów. Redakcja, opanowana przez młodych gniewnych, sama kolportowała nakład swojego pisma po całej Polsce.

I ja tam byłem. Nie da się ukryć: walczyliśmy z cenzurą przy każdej okazji, przy akceptacji naszych księży. Szczyciliśmy się tym, że w cenzorskich wykazach ingerencji byliśmy w pierwszej trójce, za „Tygodnikiem Powszechnym” i tuż obok „Więzi”.

Rysunek naszego zajączka został zatrzymany przez cenzurę, albowiem „treść rysunku bulwersująca opinię publiczną, może wyrządzić poważne szkody interesom PRL”. Tak więc zając zagrażał bezpieczeństwu państwa!

Nasze dyskusje z cenzurą, zazwyczaj prowadzone przez zmarłego w 1988 roku Jana Śpiewaka, zastępcę naczelnego, dotyczyły najdziwniejszych problemów. Czemu chcemy drukować tekst o spisku trędowatych w Europie XIV wieku? Na pewno chcemy coś w tym tekście przemycić! A co myśmy tam mogli przemycić? Do dziś nie wiadomo, czy spisek był, czy go nie było, faktem jest jedynie to, że trędowaci płonęli na stosach, a dokumentacja procesu pochodzi tylko z sądów biskupich, skrzętnie udowadniających im winę. W roku 1983 czy 1984 porównania z sądami stanu wojennego nasuwały się same. A to, że jeszcze autorem tekstu był profesor Bronisław Geremek, tylko dolewało oliwy do ognia. Wówczas formalnie nie było już zapisu na „nazwiska”, ale były nazwiska, które cenzura puszczała niechętnie.

Autorami „Powściągliwości i Pracy” byli wówczas Andrzej Drawicz, Lech Falandysz, Halina Bortnowska oraz wielu innych intelektualistów naprawdę z pierwszej i najwyższej półki.

Z cenzurą walczyliśmy na różne sposoby. Próbowaliśmy drukować tekst o „Harcerskich mszach” Tomasza Borkowskiego czy „Postępowanie w sprawach nieletnich” Lecha Falandysza – obie próby nieudane. Mieliśmy do czynienia z cenzurą państwową, wojskową i kościelną – jak to było przy tekście o młodym człowieku, który zaćpał się na śmierć, a wszystkie instytucje, o które się otarł, starały się udowodnić, że nie miały z nim do czynienia. Ale to był rok 1985.

Zając jednak położył nas na łopatki.

Zając – co widać na rysunku – był smutny. Bo smutna była rzeczywistość. Poza tym, że smutny, to jeszcze miał przed sobą kapelusz żebraczy, koło siebie pisanki, a za sobą na ścianie, koło której siedział, cień swoich uszu. Rysownikowi ten cień ułożył się w zakazany wtedy znak V, a więc znak zwycięstwa, pokazywany dłonią i dwoma palcami, powszechnie używany w czasie demonstracji solidarnościowych (a może przypomnieć tu trzeba, że w 1986 roku Solidarność była ruchem nielegalnym, podziemnym i zdecydowanie politycznym, bo antykomunistycznym?). Taki właśnie kształt wielkanocnego rysunku zaproponował znany rysownik Julian Bohdanowicz.

Nikt dziś nie powie, że zając, uszy i cień to był przypadek. Doskonale wiedzieliśmy, co wymyśliliśmy i czego chcieliśmy od rysownika. Chcieliśmy czegoś, co by się kojarzyło.

Rysunek daliśmy wraz ze wszystkimi innymi tekstami do cenzury i wtedy się zaczęło. Rysunek naszego zajączka otrzymał zakaz rozpowszechniania, czyli został zatrzymany przez cenzurę, albowiem „treść rysunku bulwersująca opinię publiczną, może wyrządzić poważne szkody interesom PRL” – takie orzeczenie podpisała wicedyrektor cenzury Krystyna Kazimierska (pełna treść dokumentu, jaki odszukałem w domowym archiwum – obok).

Tak więc zając zagrażał bezpieczeństwu państwa!

Nikt dziś nie powie, że zając, uszy i cień to był przypadek. Doskonale wiedzieliśmy, co wymyśliliśmy i czego chcieliśmy od rysownika. Chcieliśmy czegoś, co by się kojarzyło

Spróbowaliśmy na spokojnie. Okazało się, że nie wychodzi i zaczynamy mieć kłopoty. Odwołaliśmy się od decyzji cenzury. Razem z naszym naczelnym – był nim ksiądz Jan Chrapek CSMA – wiele godzin pracowaliśmy nad treścią tego odwołania, cyzelowaliśmy każde słowo. Odwołanie do cenzury podpisał naczelny – poniżej zamieszczam jego tekst  („Odwołanie redakcji od decyzji cenzury”).

No, i poszło dalej. Odwołanie wywołało kolejne odwołanie. Ono zaś w efekcie spowodowało wezwanie księży michalitów ze Strugi koło Marek do Urzędu ds. Wyznań. Poinformowano ich, że zgoda na przydział ciężarówki cegieł, niezbędnych do budowy drukarni w Strudze, zostanie odebrana, jeśli redakcja nie wycofa odwołania w sprawie rysunku.

W efekcie rysunek został zatrzymany i redakcja nie otrzymała zgody na jego rozpowszechnianie. Całą historię nacisków wywieranych na Wydawnictwo Michalineum i zgromadzenie księży michalitów, wzywanie ich do Urzędu ds. Wyznań, ks. Jan Chrapek opisał w informacji dla Episkopatu i Księdza Prymasa – zob. ostatni publikowany poniżej dokument.

Tegoroczni maturzyści [tekst z 2004 roku, dziś mają po 34-35 lat – przyp. red.] mieli wówczas po kilka miesięcy. Opowieści o tej historii słuchaliby pewnie jak bajki o żelaznym wilku.

Decyzja cenzury

Odwołanie redakcji od decyzji Okręgowego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w Warszawie z dnia 86.01.28 nr ZP-028/18/86

wnoszę:

o zmianę zaskarżonej decyzji i zezwolenie na dopuszczenie do rozpowszechniania w miesięczniku „Powściągliwość i Praca” rysunku Juliana Bohdanowicza.

Uzasadnienie

Kwestionowany rysunek nie wyczerpuje dyspozycji ani art. 2 pkt 6 Ustawy o Kontroli Publikacji i Widowisk, ani tym bardziej art. 271 par. 1 KK. w treści rysunku trudno byłoby dopatrzyć się „fałszywych wiadomości mogących wyrządzić poważną szkodę interesom Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Przede wszystkim rysunek ten nie rozpowszechnia żadnych wiadomości – jest tylko żartem graficznym opartym na motywie wielkanocnego zajączka z wykorzystaniem tradycyjnych wielkanocnych motywów pisanki i bazi oraz symboliki cienia. Asocjacje, jakie może on wywoływać, trudno nazwać informacjami w rozumieniu art. 271 KK. Tym bardziej więc nie można tu mówić o „fałszywych informacjach”. Optymistyczna wymowa rysunku sugerująca, iż także ubodzy (pusta niemal miseczka zająca) powołani są do moralnego zwycięstwa (cień), że od spraw materialnych ważniejsze jest życie duchowe, którego przecież niedostatek materialny nie musi osłabić – w żadnym razie nie może być uznana za „bulwersującą opinię publiczną”. Trudno też wyobrazić sobie, aby tego rodzaju rysunek mógł wyrządzić „poważną szkodę interesom Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.

W tej więc sytuacji w oparciu o motywy formalne i merytoryczne wnoszę jak we wstępie.

Jednocześnie pragnę zwrócić uwagę, że w decyzji z dnia 1986.01.28 brak jest nazwiska i imienia autora Juliana Bohdanowicza. Proszę więc o jej uzupełnienie.

Jan Chrapek

(pieczątka nieczytelna)

Informacja dla episkopatu o sytuacji powstałej przy cenzurowaniu numeru 2-3/86 miesięcznika „Powściągliwość i Praca”

Redakcja nasza przedstawiła do kontroli wstępnej w Okręgowym Urzędzie Kontroli i Publikacji[1] w Warszawie przeznaczony do numeru wielkanocnego rysunek autorstwa artysty plastyka Juliana Bohdanowicza, przedstawiający zajączka siedzącego przy pustej miseczce i nawiązujący do tradycyjnej symboliki wielkanocnej (pisanka, bazie, zajączek – kopię przesyłamy w załączeniu). Już przy przedstawieniu rysunek wzbudził zastrzeżenia przyjmującego go cenzora, który oświadczył, iż zawiera on treści podburzające, w związku z czym nie będzie mógł być dopuszczony do rozpowszechniania. Uważając taką ocenę za absurdalną i jawnie fałszywą, redakcja poprosiła o wydanie pisemnej decyzji zakazującej rozpowszechniania rysunku. Otrzymaliśmy ją dnia 28 I 86. W decyzji podpisanej przez Krystynę Kazimierską, wicedyrektora Okręgowego Urzędu, uzasadnienie przedstawione nam wcześniej zostało rozwinięte. Sentencja uzasadnienia stwierdza wręcz, iż rysunek bulwersuje opinię publiczną, co „może wyrządzić poważne szkody interesom PRL – co wyczerpuje znamiona czynu określonego w art. 271 § 1 KK”. Nie mogąc zgodzić się z krzywdzącą opinią Okręgowego Urzędu, zwłaszcza zaś z twierdzeniem, jakoby rysunek nasz wyczerpywał dyspozycję art. 271 Kodeksu Karnego („Kto rozpowszechnia fałszywe wiadomości, jeżeli to może wyrządzić poważną szkodę interesom Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”), zgodnie z art. 13 pkt 3 Ustawy z dnia 31 lipca 1981 r. (z późniejszymi zmianami) „o kontroli publikacji i widowisk” 3 lutego br. przekazaliśmy za pośrednictwem Okręgowego Urzędu odwołanie do Głównego Urzędu Kontroli  Publikacji i Widowisk. W odwołaniu (kopia w załączeniu) podnieśliśmy bezzasadność formalną i merytoryczną przedmiotowej decyzji. 17 lutego otrzymaliśmy „zawiadomienie”, iż 10 lutego odwołanie wpłynęło do Głównego Urzędu i zostało zarejestrowane w Departamencie Informacji i Nadzoru w książce wpływów pod numerem DIN-028/2/86/30.

3 marca księża Jan Bieniek i Józef Penc występujący w zastępstwie chorego dyrektora Wydawnictwa „Michalineum”, ks. Waleriana Moroza CSMA, którego wezwano do Urzędu do Spraw Wyznań, zostali poinformowani przez naczelnika Pijewskiego, iż Urzędowi bardzo zależy na tym, aby redakcja wycofała odwołanie. Naczelnik Pijewski utrzymywał, iż rysunek ma charakter demonstracji, zaś odwołanie stawia Urząd w trudnej sytuacji. Jednocześnie ostrzegł, że jeżeli redakcja nie zgodzi się wycofać odwołania, Urząd do Spraw Wyznań nie będzie mógł w przyszłości pozytywnie odnosić się do potrzeb Zgromadzenia Świętego Michała Archanioła wydającego pismo. Ponieważ jednak księża Bieniek i Penc nie są wprowadzeni w prace redakcji i nie mogli ustosunkować się do zarzutów naczelnika Pijewskiego, ustalono, iż w najbliższych dniach skontaktuje się z nim przedstawiciel redakcji.

Zdaniem ówczesnej władzy zając zagrażał bezpieczeństwu państwa

4 marca zastępca redaktora naczelnego, Jan Śpiewak, skontaktował się telefonicznie z dyrektorem Pijewskim w celu umówienia spotkania. W czasie blisko godzinnej rozmowy telefonicznej naczelnik oświadczył, że odwołanie traktuje jako próbę „formalizowania stosunków między redakcją a władzami” i wprost zapowiedział, iż jeżeli nie zostanie ono wycofane, Urząd do Spraw Wyznań w formie retorsji odrzuci prośbę Zgromadzenia o zgodę na zakup ciężarówki[2] oraz zagroził innymi utrudnieniami w prowadzeniu działalności wydawniczej. Za niewystarczającą uznał także deklarację, iż redakcja – rozumiejąc kłopotliwą sytuację, w jakiej postawiłoby to władze – nie skorzysta z prawa do zaskarżenia ewentualnej decyzji Głównego Urzędu w Naczelnym Sądzie Administracyjnym.

W tej sytuacji, pod moją nieobecność, zespół świecki miesięcznika podjął decyzję o wycofaniu odwołania z Głównego Urzędu, o czym 7 marca poinformowano telefonicznie naczelnika Pijewskiego. Rozumiejąc szlachetne intencje moich współpracowników, mających stale na względzie dobro Zgromadzenia, decyzję tę zaakceptowałem.

Sprawa niniejsza, jako szczególnie drastyczny przykład jawnego naruszania zasad wolności słowa, wymaga jednak, jak sądzę, rozważenia w kontekście stosunków Kościół-państwo i stwarza potrzebę wypracowania przez prasę katolicką jednolitych zasad postępowania wobec bezprawnych roszczeń organów państwowych.

Poważne zastrzeżenia budzi już samo posługiwanie się przez organa cenzury aparatem wyznaniowym w celu wywierania pozaprawnego nacisku na redakcje katolickie – zwłaszcza gdy dotyczy on pojedynczych materiałów prasowych, a nie np. ogólnej polityki redakcyjnej. Redakcja prasowa okazuje się być bezradna wobec szantażu ze strony władz, zwłaszcza gdy dotyczy on szerszych interesów Kościoła. Tymczasem właśnie taka metoda została tu zastosowana, co stanowi naruszenie art. 43 ustawy „Prawo prasowe” z 26 stycznia 1984  („Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej – podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”). Ponadto nasz niepokój budzi sam przedmiot sporu. Administracja po raz kolejny uzurpuje sobie prawo arbitralnego decydowania, jaki symbol wyjęty ze skarbnicy kultury europejskiej jest sprzeczny z interesem społecznym. Ponieważ liczba owych symboli, znaczących dat historycznych, nazw miesięcy, imion własnych, nieustannie rośnie, administracja sztucznie wyczulona na ich rozliczne znaczenia, nastawiona wobec prasy katolickiej agresywnie – może skutecznie zablokować jakąkolwiek wymianę myśli. Przedstawiony powyżej w pewnym sensie humorystyczny przykład jest tego wymownym dowodem.

Do wiadomości:

Jego Eminencja Ksiądz Kardynał Józef Glemp, Prymas Polski

Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Jerzy Dąbrowski[3]

Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Damian Zimoń

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Przewielebny Ksiądz Dyrektor Alojzy Orszulik SAC

Przewielebny Ojciec Generał Aleksander Ogrodnik CSMA


[1] Tak w oryginale – powinno być: Okręgowym Urzędzie Kontroli Publikacji i Widowisk (przyp red.).
[2] Komunistycznej władzy chodziło nie o danie księżom michalitom ciężarówki, tylko o cegły. I nie o przyjęcie ich w podarunku, lecz o zakup – na to też księża musieli mieć pozwolenie (przyp. – JJS)
[3] Autor pisma połączył ze sobą dwie osoby: ówczesnego sekretarza episkopatu, abp. Bronisława Dąbrowskiego, i jego zastępcę, bp. Jerzego Dąbrowskiego. Najprawdopodobniej chodziło tu o pierwszego z nich (przyp red.).

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.