Jesień 2020, nr 3

Zamów

„Malowałem skrzydła. Dziś lecę”. Pożegnanie Andrzeja Strumiłły

Andrzej Strumiłło, autoportret, Maćkowa Ruda, 26 lutego 2013 r. Fot. na licencji CC

W Wielki Czwartek nad ranem zmarł w Suwałkach Andrzej Strumiłło. Wybitny malarz i grafik, podróżnik, jeden z ostatnich obywateli Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miał 93 lata.

Niemożliwe jest ująć ten życiorys w kilku zdaniach. Standardowe notatki informują o najważniejszych faktach: urodził się 23 października 1927 roku w Wilnie, był malarzem, rzeźbiarzem, rysownikiem, fotografem, podróżnikiem, poetą, laureatem medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, honorowym obywatelem Suwałk. I wreszcie ten najsmutniejszy fakt: zmarł 9 kwietnia 2020 r.

„Za dużo w swoim życiu widziałem. Widziałem ludzi, którzy poświęcali wszystko dla idei, i nic z tego dobrego nie wynikło. Jestem człowiekiem pełnym wątpliwości” – mówił w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” („Jeszcze bym sobie pożył”, 28 sierpnia 2017 r.). Nie zabiegał o splendory, był skromny, w ostatnich latach widywany najczęściej w ciemnej marynarce, oparty o laskę. Z siwą brodą i zamyśloną twarzą przypominał proroków, świętych mężów, braminów. A jednocześnie emanował witalnością, jakąś siłą niemalże atletyczną.

Był znakomitym gawędziarzem. Słuchało się go z wielką uwagą. A miał przecież o czym opowiadać. O ludziach, którzy byli jego nauczycielami – jak Władysław Strzemiński, pod kierunkiem którego studiował w latach 1945–1947 w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi (później przeniósł się do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie w 1950 uzyskał dyplom), czy starszy od niego o pokolenie Czesław Miłosz. Obaj byli – jak sami się nazywali – obywatelami Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednymi z ostatnich.

Andrzej Strumiłło był wilnianinem, człowiekiem z ziem, które zwykliśmy nazywać „Kresami”. Jednak jego tęsknocie za krajem lat młodzieńczych nie towarzyszył żaden rewizjonizm, uprzedzenie, niechęć. Artysta niósł w sobie pamięć terenów, na których wybrzmiewał wielogłos języków polskiego, litewskiego, białoruskiego, rosyjskiego. Gdzie obok siebie mieszkali chrześcijanie różnych wyznań, Żydzi i muzułmanie. Tego samego poszukiwał w licznych podróżach niemal po całym świecie. Najbardziej jednak chyba umiłował sobie Azję, wielokrotnie odwiedzał Indie. W latach 1982–1984 był kierownikiem pracowni graficznej przy sekretariacie ONZ.

Był wilnianinem, człowiekiem z ziem, które zwykliśmy nazywać „Kresami”. Niósł w sobie pamięć terenów, na których wybrzmiewał wielogłos języków polskiego, litewskiego, białoruskiego, rosyjskiego

Przyjaźń z Miłoszem zaowocowała jednym z najbardziej niezwykłych dzieł Andrzeja Strumiłły. Wspólnie z Miłoszem oraz litewskim poetą i eseistą Tomasem Venclovą opracowali pomysł wydania „Księgi Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Miała to być właśnie polifonia głosów przedstawicieli różnych narodów, społeczności i kultur. Do realizacji udało się zaprosić kilkudziesięciu autorów polskich, białoruskich, litewskich: historyków, pisarzy, artystów. Realizacja tego przedsięwzięcia zajęła kilka lat, „Księga” ukazała się w 2008 r., już po śmierci Miłosza. „Różnorodność opinii jest w pewnym sensie wartością tej księgi. Pewne tezy można ze sobą porównać, zderzyć, dyskutować nad nimi. (…). Do księgi napisałem emocjonalny wstęp, mówiący m.in., że tradycja Wielkiego Księstwa Litewskiego to wspólny dorobek i próba jego zawłaszczenia przez którąś z nacji jest niemożliwa” – mówił Andrzej Strumiłło w chwili wydania „Księgi”.

Pod koniec lat 80. osiedlił się we wsi Maćkowa Ruda na Suwalszczyźnie. Wybór nie był przypadkowy. Ten kawałek kraju, który stał się jego domem, był też niego namiastką polsko-litewsko-białoruskiego pogranicza, z którego pochodził. Podkreślał, że ważna była dla niego bliskość Czarnej Hańczy – jedynej polskiej rzeki, która wpada do Niemna. „To jest moja przybrana Ojczyzna. Klimat nieba suwalskiego, ludzi z Suwalszczyzny, języka, mentalności, psychologii jest bardzo bliski memu sercu” – mówił po latach.

Był dobrym duchem, patronem i przyjacielem powstających na Suwalszczyźnie instytucji i inicjatyw: artystycznych, społecznych, angażujących i integrujących. Ledwie nieco ponad dwa miesiące temu, jako przewodniczący rady programowej suwalskiej Fundacji Wieża, wręczał stypendia dla szczególnie uzdolnionych młodych z regionu. Bywał gościem na odbywającym się (po sąsiedzku z jego Maćkową Rudą) w Budzie Ruskiej festiwalu literackim „Patrząc na Wschód”. Na jego ostatniej edycji zaprezentowano dokument w reżyserii białoruskiego reżysera Andreja Kuciły „Summa” – jego bohaterem jest właśnie Andrzej Strumiłło.

Od początków jej istnienia wspierał i towarzyszył działalności Ośrodka i Fundacji Pogranicze w Sejnach, które od lat 90. stało się miejscem poszukiwania dialogu i porozumienia między Polakami, Litwinami, Żydami, Białorusinami, Romami… To właśnie w domu Andrzeja Strumiłły w Maćkowej Rudzie założyciele Pogranicza – Małgorzata i Krzysztof Czyżewscy oraz Bożena i Wojciech Szroederowie – mieli dostać „błogosławieństwo” od Czesława Miłosza na prowadzenie ośrodka w dworze w Krasnogrudzie, którego Noblista był spadkobiercą.

„Małgosia i Krzysztof bardzo chcieli poznać Miłosza, gdy ten odwiedził mnie w Maćkowej Rudzie. Krzysio klęknął przed mistrzem i zaprezentował swoją pracę na temat poezji Miłosza. Co tego tak strasznie wzruszyło, że wypił cały kieliszek wódki. W końcu zeszło na Krasnogrudę. Czesław spojrzał na sufit, pomyślał, nalał kolejny kieliszek i powiedział: »Daruję wam Krasnogrudę«. To powiedzieć łatwo, ale droga do tego, by zaniedbany dwór, w którym mieszkało kilka rodzin, stał się Międzynarodowym Centrum Dialogu – była ciężka i żmudna. Ale lepsza niż mit Syzyfa, bo w końcu ciało stało się ciałem” – wspominał Andrzej Strumiłło w 2016 r. w czasie obchodów 25-lecia Pogranicza.

Andrzej Strumiłło bywał częstym gościem wydarzeń organizowanych przez Pogranicze w Białej Synagodze w Sejnach. Sam przyczynił się do jej odrestaurowania. W 1988 r. przygotował cykl 18 obrazów – na każde z okien Synagogi. Zatytułował je „Psalmy”, zainspirowany tłumaczeniem Psalmów, które wręczył mu Miłosz. Cykl ten artysta poświęcił pamięci Żydów. Na obrazach brak scen zbiorowych, człowiek na nich jest samotny, „nieokreślony, ani typem rasowym, ani epoką. Stoi nagi i ślepy pomiędzy słońcem i księżycem, jak i one z magmy ognistej powstały”. Także w późniejszych latach wystawiał w Białej Synagodze swoje prace.

Gdy w 2017 r. Andrzej Strumiłło obchodził jubileusz 90-lecia, Krzysztof Czyżewski przygotował laudację, odczytaną w czasie uroczystości w Operze i Filharmonii Podlaskiej – inaugurującej Rok Andrzeja Strumiłły na Podlasiu:

„W swojej ziemskiej wędrówce A.S. zgłębia horacjańskie pytanie: Czemu w tym krótkim żywocie / Cel tak daleki gonimy? Od zawsze nie dawał mu spokoju tragiczny, bo nierozstrzygalny w teatrze ludzkiego losu paradoks ograniczoności i niewystarczalności czasu danego człowiekowi wobec potrzeb jego serca i wyobraźni, głodu poznania i ambicji tworzenia.

(…)

Ostatnie prace malarskie i poetyckie zapiski A.S. obsesyjnie powracają do motywu skrzydeł, przypisanych postaci anioła oraz ludzkiemu ciału, obciążonemu grzechem i cierpieniem, ale także pamięcią lotu, starszą niż nasze narodziny. Oto ostatnie pogranicze, na którym odnajdziemy Starego Mistrza:

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Strzegłem domu niewoli codziennie
Szpetny do rzeczy przywiązaniem
Ceniłem broń celną i księgi dawne
Sosny żywiczne przemieniałem w kolumny
Malowałem skrzydła
Dziś lecę”.

W „Summie” w reżyserii Andreja Kuciły Strumiłło podejmuje w swoim gospodarstwie młodą malarkę z Białorusi, Maszę. To spotkanie dwojga osób, których dzieli wiek, ale łączy wrażliwość na piękno świata. Ale też okazja do refleksji nad jego przemijaniem. Gospodarz jest pogodzony ze zbliżającym się kresem, szykuje się do odejścia. Opowiada Maszy sen, który od pewnego czasu mu towarzyszy. Artyście śni się, że staje na szczycie katedry albo innego wysokiego budynku.

Odrywa się w górę i leci.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.