Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wczuwam się, więc jestem. Z Edytą Stein w dobie pandemii

Św. Edyta Stein, siostra Teresa Benedykta od Krzyża OCD.

Skoro potrafimy kochać Drugiego – tak iż gotowi jesteśmy w akcie solidarności z nim spojrzeć śmiało w oczy śmierci, to znaczy, że życie ma sens.

Muszę przyznać ze wstydem, że o Edycie Stein, kanonizowanej przez św. Jana Pawła II jako siostra Teresa Benedykta od Krzyża, wiedziałem do niedawna tylko tyle, że to niemiecka Żydówka, uzdolniona uczennica Edmunda Husserla; że w pewnym momencie przyjęła wiarę chrześcijańską i wstąpiła do Karmelu, a w czasie drugiej wojny światowej, solidarna ze swoim narodem – choć dzięki przyjaciołom mogła się uratować – zginęła w komorze gazowej w Auschwitz.

Niedawno ukazała się na polskim rynku książka zatytułowana „Edyta Stein. Prolog filozoficzny 1913-1922” (Esprit, Kraków 2019). Jej autorem jest Alasdair MacIntyre. Ten znany filozof brytyjski prezentuje i uzasadnia ciekawą tezę, że na przełom religijny w życiu Edyty Stein bezpośredni wpływ miała właśnie jej przygoda z filozofią. A ponieważ i moje poszukiwania religijne za młodu inspirowane były studiowaną na Uniwersytecie Warszawskim filozofią, postanowiłem zdobyć i przeczytać tę książkę.

Nie była to lektura łatwa, zwłaszcza rozdziały poświęcone fenomenologicznym badaniom prowadzonym na początku XX wieku w Getyndze przez Husserla. Oprócz zagłębienia się w problematykę ściśle filozoficzną, dowiedziałem się jednak z książki MacIntyre’a kilku ciekawych rzeczy o samej Edycie Stein.

Anty-skuteczna pomoc i pomoc prawdziwa

Zafascynowana fenomenologią, należała – obok Romana Ingardena – do grona najbliższych uczniów Husserla, najpierw jako studentka, potem doktorantka. A on, geniusz nieco „pogrążony w chmurach”, rozpoznawszy jej niewątpliwy talent połączony z pracowitością, zaproponował Edycie stanowisko asystentki. To w dużej mierze dzięki niej z chaotycznych zapisków z wykładów mistrza, które żmudnie odczytywała ze stenogramów, powstało jego drugie ważne dzieło – „Idee” (1913). Zdaniem znawców tematu, Edyta Stein wpłynęła wręcz na rozwinięcie i sprecyzowanie istotnych myśli znanego filozofa. Niestety, nie została przez niego nawet wspomniana w opublikowanej książce! Szukając warunków samodzielnego rozwoju, zdecydowała się na rozstanie z Husserlem funkcję jego asystenta objął po niej nie byle kto, bo młody Martin Heidegger.

Stein, mając już doktorat i kilka ważnych publikacji, zaczęła myśleć o habilitacji, która była warunkiem starań o profesurę na którymś z niemieckich uniwersytetów. Poprosiła więc – co było naturalne – swego mistrza o napisanie opinii. Husserl niestety zachował się anty-skutecznie. Chwaląc jej wybitne osiągnięcia, dodał jedno niepotrzebne zdanie, które de facto ją pogrążyło: „Gdyby było dziś możliwe przyznanie habilitacji kobiecie, pani Stein w pełni by na nią zasługiwała”.

Edyta Stein po nawróceniu nie wyrzekła się filozofii. Akt wiary był logiczną konsekwencją jej filozoficznych poszukiwań

Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy uniwersytecka kariera kobiety była jeszcze nie do pomyślenia. Zwłaszcza Żydówki! Jednym słowem, spotkanie z wielkim Husserlem, któremu młodziutka Edyta poświęciła rok wytężonej pracy jako asystentka i przyczyniła się istotnie do powstania jego słynnego dzieła, skończyło się zerwaniem jej kariery jako filozofki. Musiała znaleźć sobie pracę jako zwykła nauczycielka w prywatnym gimnazjum. Należy odnotować z podziwem, że do Husserla nie chowała w sercu żadnej urazy.

Kiedy wybucha wielka wojna, Stein czuje się w obowiązku służyć ojczyźnie. Zapisuje się na kurs pielęgniarstwa, w roku 1915 zdaje egzamin państwowy i zostaje wysłana do szpitala polowego w Hranicach na Morawach. Zdobywa tu nowe ważne doświadczenie: pielęgnuje rannych żołnierzy, cierpiących i umierających mężczyzn różnych narodowości, nieznających języka niemieckiego, często zawstydzonych i maskujących przed młodą siostrzyczką swój ból i prawdziwe potrzeby. Komunikacja z nimi wymaga od Edyty wczucia się, czytania w niemym spojrzeniu, w wyrazie twarzy, w mowie ciała. Przeżywa w praktyce to, o czym pisała w swoim doktoracie: że drogą do poznania drugiego „ja” jest Einfȕhlung, wczucie się, inaczej mówiąc: postrzeganie duchowe za pośrednictwem ciała.

Filozofia – zabytek przeszłości?

Tu musimy cofnąć się nieco i przedstawić, siłą rzeczy w ogromnym uproszczeniu, zasadniczy wywód Alasdaira MacIntyre’a. Pokazuje on, że przełom religijny w życiu Edyty Stein nie był jakimś deus ex machina, nagłym nie-racjonalnym przeżyciem (jak na przykład u Paula Claudela), które sprawiło, że – jak obawiał się jej kolega Roman Ingarden – będzie odtąd „stracona dla fenomenologii”. Wręcz przeciwnie – akt wiary był logiczną konsekwencją jej filozoficznych poszukiwań. Wiemy też, że po latach, już jako karmelitanka, na polecenie przełożonych wróciła do uprawiania filozofii, czego owocem jest jej dzieło z roku 1936 – „Byt skończony a byt wieczny”.

Młodziutka Edyta jako kierunek studiów wybrała filozofię, ponieważ poszukiwała prawdy. Klasyczna filozofia stawiała pytanie: „co istnieje, czym jest byt?”. Zapoczątkowana przez Kartezjusza, z jego słynnym Cogito ergo sum („Myślę, więc jestem”, a więc, wnioskował dalej błędnie, jestem „rzeczą myślącą”, powiedzielibyśmy: czystym myśleniem), filozofia nowożytna z czasem uczyniła swoją centralną kwestią pytanie „jak poznajemy?”. Cios śmiertelny realistycznej metafizyce zadał Kant przekonaniem, że nie jest możliwe dotarcie do „rzeczy samej w sobie”. Owszem, prawdę o świecie przyrody i świecie ludzkich tworów możemy osiągnąć w sposób pewny, ale prawdy dotyczące „idei regulatywnych” (dusza nieśmiertelna, Bóg) są nam dostępne jedynie w postępowaniu praktycznym. Nie jest więc możliwe uprawianie tradycyjnej metafizyki (ontologii), możliwa jest ewentualnie „metafizyka moralności” („Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”).

Filozofia niemiecka poszła w rezultacie w kierunku idealizmu, czyli przekonania, że cała rzeczywistość jest tworem świadomości (idei, Ducha). Okazało się to ślepą uliczką, zwłaszcza w związku z oszałamiającym rozwojem nauk przyrodniczych i ścisłych. W europejskiej kulturze umysłowej zapanował scjentyzm. Zdawało się, że filozofia jako ontologia jest już tylko zabytkiem przeszłości.

„Powrót do samych rzeczy”

Gdy Stein zaczynała studia, na uniwersytetach niemieckich królowały neokantyzm i psychologizm (psychologia zastępowała teorię poznania). I oto pojawia się w Getyndze Edmund Husserl ze swoją nową metodą filozofowania – fenomenologią, czyli badaniem tego, co nam „jawi się w doświadczeniu”. Jego pierwsze dzieło, „Badania logiczne”, było rewelacją: wyrażało „realizm fenomenologiczny”, proponowało „powrót do samych rzeczy” (ściślej: dotarcie do „istot rzeczy”). Fenomenologia w pewnym sensie otwierała więc drogę do filozoficznego poznania prawdy o obiektywnie istniejącym świecie.

W następnym swoim dziele, „Ideach czystej fenomenologii”, Husserl podstawą swych badań czyni świadomość, wprowadzając m.in. pojęcie intencjonalności: świadomość jest zawsze „świadomością czegoś”, wychodzi poza siebie. Przy czym byt świadomości jest dla nas czymś koniecznym i absolutnym, natomiast świat naturalny jest relatywny względem świadomości.

Trzeba jednak przyznać, że dokonując operacji „redukcji fenomenologicznej”, Husserl nie unicestwiał realnie istniejącego świata, a tylko zawieszał nasze „nastawienie naturalne” i odsłaniał „fenomeny” jako jednostki sensu. Jego idealizm był więc transcendentalny, ale nie metafizyczny, tzn. nie twierdził, że świat rzeczywisty jest wytworem świadomości (jak to zarzucał mu Ingarden). Z czasem, w „Medytacjach kartezjańskich”, pojawi się jednak kwestia intersubiektywności: jak poznać „ja” drugiej osoby?

Rozejścia i zbliżenia

Drogi mistrza i uczniów stopniowo się rozchodziły. Także drugi po Edycie Stein asystent Husserla, Martin Heidegger, z czasem usamodzielnił się. Uchylając się od abstrakcyjnego sporu o status obiektywnego świata, analizował Dasein, „ludzkie bycie w świecie”. Tak powstała jego filozofia, bliska odczuciom ludzi XX wieku, z przejmującą kategorią „trwogi egzystencjalnej”, przez wielu uznawana za ateistyczny egzystencjalizm.

Inny z kolei uczeń Husserla, Adolf Reinach, znalazłszy się jako żołnierz na froncie pierwszej wojny światowej, zbliżył się do chrześcijaństwa. Edyta Stein była pod wrażeniem jego listów pisanych w okopach, a potem – pogody ducha, z jaką śmierć Reinacha (w roku 1917) przyjęła jego żona.

Stein wychowana była przez matkę w tradycji judaizmu, ale w okresie młodzieńczego krytycyzmu przestała chodzić do synagogi i modlić się – została bezwyznaniową ateistką. Pod wpływem doświadczeń czasu wojny i na drodze dociekań filozoficznych zbliżyła się do wiary i – mimo protestów matki – przyjęła chrzest w Kościele katolickim.

Oczyszczenie przedpola

Zatrzymajmy się w tym momencie. To, co napiszę dalej, nie jest już referowaniem książki MacIntyre’a, lecz wyrazem moich własnych przemyśleń zainspirowanych tą lekturą. Wiem, profesjonalny filozof pewnie się otrząśnie, ale nie mogę nie filozofować po zapoznaniu się z „prologiem filozoficznym” męczennicy z Auschwitz.

W popularnym odbiorze kwintesencją filozofii jest przywołana już przeze mnie słynna formuła Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”. Faktycznie, można uznać, że od niej zaczęła się w XVII wieku filozofia nowożytna. Snując językową analogię, można by powiedzieć, że filozofia klasyczna, zrodzona dwa i pół tysiąca lat temu w starożytnej Grecji, zaczęła się od formuły: „Dziwię się, więc jestem” – dziwię się, że istnieje świat i że ja w nim istnieję, dlatego filozofuję, czyli zastanawiam się, co to znaczy „istnieć”.

Z czasem, po kilku wiekach, filozofia grecka spotkała się z chrześcijaństwem, czyli objawieniem Boga, który sam o sobie mówi w Biblii: „Jestem, który jestem”. Z tego spotkania filozofii greckiej z religijną tradycją wiary w Boga, który w Chrystusie stał się człowiekiem, powstała filozofia chrześcijańska – soror theologiae, jak mawiał profesor Stefan Swieżawski.

Filozofia klasyczna, zrodzona dwa i pół tysiąca lat temu w starożytnej Grecji, zaczęła się od formuły: „Dziwię się, więc jestem” – dziwię się, że istnieje świat i że ja w nim istnieję, dlatego filozofuję

Niestety, po wielu wiekach wyrodziła się ona w jałową scholastykę, od której radykalnie odciął się Kartezjusz, zafascynowany geometrią jako ideałem nauki i pragnący z filozofii uczynić wiedzę „jasną i wyraźną”. Kant do reszty oczyścił przedpole, skądinąd nie znając oryginalnych pism Tomasza z Akwinu, a odnosząc się do XVIII-wiecznego wtórnego filozofa Christiana Wolffa. Potem przyszedł idealizm niemiecki i Hegel z jednej strony, empiryzm angielski i sceptycyzm Hume’a z drugiej, pozytywizm, aż wreszcie – już za naszych czasów – postmodernizm (mający też swoje zasługi w oczyszczaniu przedpola dla poszukiwania prawdy). Widocznie tak być musiało. Jak głosił profesor Swieżawski, filozofia to taka specyficzna nauka, dla której doświadczeniem weryfikującym względnie falsyfikującym jej teorie jest własny rozwój, czyli historia filozofii sprzężona z dziejami.

Wiek XX przyniósł głęboki kryzys filozofii, polegający na tym, że coraz bardziej stawała się ona „rozmową o rozmowie” zamiast „rozmową o rzeczywistości” (to myśl Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP). Jednocześnie miniony wiek przyniósł też kryzys cywilizacji – eksplozję zła na niewyobrażalną skalę: dwie wojny światowe, gułagi i Holokaust, broń masowej zagłady i zniszczenie naturalnego środowiska.

Zbawienna solidarność

Co przyniesie ludzkości wiek XXI? Na razie, w roku 2020, mamy pandemię koronawirusa. Ogarnia nas paraliżujący strach, pojawiają się nastroje apokaliptyczne, grozi nam irracjonalizm i powrót do tradycjonalizmu, chaos i rozpad dotychczasowego porządku gospodarczego, społecznego, politycznego. Gdzie szukać rozumnej nadziei?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jednocześnie jesteśmy świadkami narastającej fali dobra i międzyludzkiej solidarności. Bohaterami czasu pandemii są nie tylko lekarze i pielęgniarki, ratownicy medyczni, ale także pracownicy wszystkich służb publicznych: restauratorzy i sprzedawcy, pocztowcy, śmieciarze, policjanci, nauczyciele – i wreszcie tysiące młodych ludzie, anonimowo oferujących pomoc starszym i chorym, zamkniętym w swoich domach na czas kwarantanny. Ile dobra!

Chciałoby się powiedzieć, trawestując formułę Kartezjusza, a w nawiązaniu do Edyty Stein: „Wczuwam się, więc jestem”. Skoro potrafimy kochać Drugiego – tak iż gotowi jesteśmy w akcie solidarności z nim spojrzeć śmiało w oczy śmierci, to znaczy, że życie ma sens.

A może okaże się, że doświadczana obecnie na wielką skalę solidarność z drugimi, którzy trwożą się i cierpią z powodu pandemii tak samo jak my, pozwoli nam przekroczyć kredowe koło wątpienia, w jakim zamknęła się filozofia? Może człowiek Zachodu – po strasznych doświadczeniach komunizmu, Shoah i koronawirusa – uzna z pokorą swoją ludzką kondycję „bytu przygodnego”, spojrzy ze zdziwieniem i zachwytem na „rozgwieżdżone niebo nad sobą”, i – tak jak to już raz się stało u zarania europejskiej kultury, w starożytnej Grecji – znów zacznie odważnie filozofować, czyli szukać mądrości, nawiązując do dawnych mistrzów?

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.