Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ksiądz podziemnego Kościoła

Wykład ks. Tomáša Halíka w Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Bostońskiego 28 marca 2017 r. Fot. Center for the Study of Europe Boston University / na licencji CC

Kiedyś podczas przesłuchania wyobraziłem sobie scenę, że w sytuacji przewrotu państwowego właśnie ten funkcjonariusz SB przybiega do mnie, żebym go chronił przed rozwścieczonym tłumem. Pytałem sam siebie, czy moja miłość nieprzyjaciół jest na tyle szczera, żebym to zrobił.

Fragment książki „Od podziemnego Kościoła do labiryntu wolności. Autobiografia”.

Chociaż po stłumieniu Praskiej Wiosny nie wrócił już stalinowski terror, żyliśmy ciągle w państwie policyjnym. Jeszcze w późnych latach osiemdziesiątych postępowało szykanowanie Kościoła i prześladowania podziemnych aktywności. Od czasu do czasu tajna policja przypominała o swoim istnieniu, choćby nagłą wizytą w mieszkaniu i bezsensowną kontrolą dokumentów. Były to sygnały próby zastraszania: Uważajcie, wiemy o was! Kiedy indziej przeciwnie – tajna policja długo nie interweniowała, starannie maskowała śledzenie i przygotowywała interwencję aż do chwili, gdy będzie mieć dokumentację pozwalającą na aresztowanie i proces sądowy.

Czasem dowiadywałem się, że pytają o mnie innych na przesłuchaniach, poczynając od pierwszego uwięzienia filozofa Ladislava Hejdánka. Było to jeszcze na długo przed moim wyświęceniem. Później zainteresowanie policji ciągle się nasilało, a gdy tylko gdzieś podczas przesłuchania padło moje nazwisko, musiałem zgodnie z ustaloną taktyką na jakiś czas zerwać kontakty z pozostałymi osobami z naszego kręgu i bardzo uważać, żeby nie stworzyć zagrożenia dla całej grupy. Po nocach przenosiłem samizdaty do bezpiecznej kryjówki i paliłem notatki.

Kiedyś zaskoczyli nas dramatycznie w kotłowni, gdzie pracował jako palacz mój przyjaciel Martin Palouš (po rewolucji nasz ambasador w Stanach Zjednoczonych, a później przy ONZ w Nowym Jorku). Miewaliśmy tam seminarium filozoficzne, a tego dnia odprawialiśmy tam również mszę. Był to dzień świętego Andrzeja w listopadzie 1977 roku i uczestniczyłem w nabożeństwie już jako diakon. Przy sprzątaniu stolika po mszy kolega Zdeněk Neubauer wesoło zauważył, że – jak się dzisiaj twierdzi – doby pierwszych chrześcijan nie powinniśmy sobie wyobrażać tak, iż oni faktycznie żyli w katakumbach, więc jak się będzie pisać o „podziemnym Kościele” w Czechosłowacji, historycy będą dodawać, że ci ludzie oczywiście nie przebywali w żadnych piwnicznych pomieszczeniach.

W tym momencie ktoś załomotał do drzwi i rozległo się dwuznaczne zdanie: „Kontrola bezpieczeństwa w kotłowni!”. Okazało się, że kontrolować będzie faktycznie służba bezpieczeństwa. Chodziło o grupę tajnych agentów, która przeprowadziła nalot. Po czasie uświadomiłem sobie, że człowiek w takiej chwili obdarzony jest zdolnością błyskawicznego reagowania. Wszystkie rzeczy, które przypominały mszę, a także samizdaty z kręgu Karty 77 natychmiast schowaliśmy. Potem zawieźli nas do centrali tajnej policji na ulicę Bartolomějską, gdzie nas całą noc przesłuchiwali. Powtarzaliśmy jednak tylko wcześniej uzgodnioną wersję o obchodach uroczystości, a na wszystkie inne pytania odmawialiśmy odpowiedzi, tak że nas rano wypuścili z powodu braku dowodów (na szczęście nie przeprowadzili w kotłowni dokładnej rewizji).

Ze sfałszowanymi materiałami i różnymi „alternatywnymi biografiami”, które miały zaszkodzić memu dobremu imieniu, spotkałem się dopiero u progu tego stulecia

Kilka razy sam byłem potem doprowadzony na przesłuchanie. W większości nie dotyczyło ono jednak bezpośrednio podziemnej działalności duszpasterskiej (mam powód, żeby myśleć, że policja chyba nigdy nie odkryła mojego kapłaństwa, chociaż miała oczywiście podejrzenia), lecz moich kontaktów z kulturalnym undergroundem, politycznymi dysydentami i siecią katolickiego samizdatu. Podczas przesłuchań policjanci ostro mnie straszyli, a po chwili znowu obiecywali możliwość natychmiastowej pracy na uniwersytecie i wyjazdów za granicę, gdybym zgodził się na współpracę.

Klasycznym modelem podczas przesłuchań była kombinacja „złego” i „dobrego” śledczego; zły krzyczał i groził, po czym na godzinę wychodził, zostawiając przesłuchiwanego sam na sam z „dobrym”, rozumiejącym i obiecującym; początkowo szereg ludzi właśnie w tym momencie godziło się na współpracę. Każde przesłuchanie było bardzo pożytecznym treningiem poznania samego siebie. Ich pytania funkcjonowały jak rentgen, starający się odkryć słabe punkty – znaleźć to, czego człowiek nad wyraz pragnie albo czego się boi.

Dzięki Bogu, na wszystkie pogróżki i propozycje odpowiadałem zawsze jasno NIE i okazało się to lepszym rozwiązaniem niż podejmowane przez niektórych próby taktycznych gier z policją. Kiedy po roku 1989 otwarto archiwa tajnej policji, doczytałem się w ich notatkach, że w czasie przesłuchań zachowywałem się „wyniośle, odmawiałem współpracy i okazywałem swą intelektualną przewagę”. W notatce funkcjonariusza służby bezpieczeństwa z 1988 roku przeczytałem, że uważali mnie, razem z ojcem Mádrem, za „czołowych eksponentów nielegalnych struktur Kościoła katolickiego”. Opisują mnie tam jako bardzo niebezpiecznego wroga (przyznam się, że mi ta przesada schlebiała) i dodają: „jego aktywności w obecnym czasie nie potrafimy stłumić” – zresztą to właśnie oni chyba wtedy lepiej od nas wiedzieli, że sam reżim „już długo nie pociągnie”.

Kiedyś śledczy powiedzieli mi, że wprawdzie – pomimo wszelkich starań – nie udało im się znaleźć w moim życiu niczego, czym mogliby mnie szantażować, ale już pracują nad sfałszowanymi materiałami, za pomocą których mogą mnie moralnie skompromitować. (W rzeczywistości jednak ze sfałszowanymi materiałami i różnymi „alternatywnymi biografiami”, które miały zaszkodzić memu dobremu imieniu, spotkałem się dopiero u progu następnego stulecia, zwłaszcza w mediach społecznościowych i w prasie bulwarowej; możliwe, że pod batutą rosyjskich ośrodków dezinformacyjnych produkowali je ci sami ludzie, pracujący kiedyś na usługach komunistycznej tajnej policji, albo ich pojętni uczniowie). Stosowali wobec mnie różne metody psychicznego nacisku, ale nigdy nie byłem bity ani narażony na żadną formę przemocy fizycznej – w przeciwieństwie na przykład do przesłuchań Václava Malégo, późniejszego biskupa wyświęcającego w Pradze.

Mam powód, żeby myśleć, że policja chyba nigdy nie odkryła mojego kapłaństwa, chociaż miała oczywiście podejrzenia

Może się mylę, ale czasami miałem nawet wrażenie, że niektórzy bardziej inteligentni śledczy osobiście mnie szanują. W tych latach chodziło głównie o moje relacje z dysydentami z obszaru kultury, kółek filozoficznych i samizdatu, zwłaszcza z Václavem Havlem i jego bratem Ivanem. Na koniec tych przesłuchań powiedzieli mi kiedyś: „Nie myślcie, że nie wiemy o waszej znaczącej pozycji w zakonie jezuitów”. Z uśmiechem odpowiedziałem im, że podziwiam policję, która wie o mnie takie rzeczy, których ja sam o sobie nie wiem. Sądziłem bowiem, że wiele na mój temat nie wiedzą, że w wielu wypadkach jedynie blefują.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Psychologicznym i duchowym problemem był nasz osobisty stosunek do przesłuchujących nas oficerów. Brzmi to jak z pobożnego poradnika, ale często – za radą księży, którzy spędzili wiele lat w więzieniu – modliłem się za mych śledczych. Kiedyś podczas przesłuchania wyobraziłem sobie scenę, że w sytuacji przewrotu państwowego właśnie ten funkcjonariusz SB przybiega do mnie, żebym go chronił przed rozwścieczonym tłumem, i pytałem sam siebie, czy moja miłość nieprzyjaciół jest na tyle szczera, żebym to zrobił, na przykład ryzykując własne życie. Powiedziałem sobie wtedy, że tak.

Ta scenka miała komiczny ciąg dalszy po roku 1989. Kiedyś, gdy stałem na skrzyżowaniu, zatrzymał się przede mną luksusowy samochód. Ktoś opuścił szybę i wyjrzał z niego mężczyzna, który wesoło mnie pozdrowił. W pierwszej chwili nie poznałem go, dopiero kiedy powiedział: „ciągle pana śledzę, panie doktorze”, poznałem mego śledczego, dziś ponoć przedstawiciela handlowego jakiejś zachodniej firmy. Widząc mój zdziwiony wyraz twarzy, dodał, że śledzi mnie w telewizji, jak rzekomo pięknie mówię, i obiecuje sobie, że z pewnością kiedyś przyjdzie do kościoła, by posłuchać mojego kazania. Odjechał uśmiechnięty, a ja pieszo i w deszczu musiałem pytać samego siebie, czy ten pan jest taki chory, że stracił pamięć i sumienie, czy tak arogancki, czy błąd leży w nim, czy w zbyt aksamitnej postaci naszej rewolucji, i czy to wszystko mi się nie przywidziało. Nawet nie byłem zły, raczej się za niego (albo za kogo i za co?) wstydziłem aż do łez; był to jeden z niewielu momentów w życiu, gdy miałem ochotę się upić.

Tłum. Jacek Illg

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.