Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Greta Gerwig. Czuła narratorka

Greta Gerwig podczas festiwalu w Berlinie w 2018 roku. Fot. Martin Kraft / Wikimedia Commons

Spod ręki Grety Gerwig ciekawsze wychodzą postaci kobiece. Widać to zarówno w „Małych kobietkach”, jak i w jej pierwszym filmie „Lady Bird” – rozmawiają Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter w cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”.

Kobieta: Zdarzają się mężczyźni, którzy mają za sobą lektury typu „Ania z Zielonego Wzgórza”, książki Musierowicz czy „Małe kobietki”. Ale Ty, Andrzeju, raczej do nich nie należysz?

Wesprzyj Więź.pl

Ksiądz: Nie należę. Jednak do obejrzenia „Małych kobietek”, które w styczniu trafiły do naszych kin, nie musiałaś mnie, Kasiu, namawiać. Kocham filmy kostiumowe, których akcja umieszczona jest w XIX wieku. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, mam po prostu słabość do epoki wiktoriańskiej: te klimaty, te subtelności, te zadziwienia, spojrzenia… Arcydzieło Martina Scorsesego „Wiek niewinności”, mój ukochany film, dzieje się w latach 70. XIX wieku, czyli tylko odrobinę później niż „Małe kobietki”.

Kobieta: Hmm, te „subtelności”, „zadziwienia” wynikały, delikatnie mówiąc, z raczej niesubtelnych założeń. Obowiązujące w epoce wiktoriańskiej zasady społeczne i moralne sznurowały ówczesnych ludzi w hipokryzję i sztywny konwenans jak ówczesną kobietę w gorset. (Pamiętasz, Andrzeju, scenę z „Przeminęło z wiatrem”, w której Scarlett O’Hara ściskana jest gorsetem przez swoją czarnoskórą nianię?).

Nie będę Cię jednak dręczyła. Napisana 150 lat temu przez Louisę May Alcott powieść i jej dziesiąta ekranizacja (bo oprócz ośmiu wersji fabularnych Małych kobietek zrealizowano według tej powieści również dwa japońskie animowane seriale) nie na tym się skupiają. A bohaterki Grety Gerwig rzadko noszą gorset, który jednak w wypadku kobiet należących wówczas do wyższych sfer stanowił obowiązującą część garderoby (patrz: bohaterki „Wieku niewinności”).

Ksiądz: Temat gorsetu, podobnie jak Greta Gerwig, ominę. Wyznam za to, że ta artystka to moje odkrycie. Jej „Małe kobietki” zachwyciły mnie; zresztą już jej poprzedni film, „Lady Bird”, zapowiadał talent reżyserski.

Swoją karierę Gerwig rozpoczęła w kinie niezależnym jako aktorka. Ważne było jej spotkanie z reżyserem Noahem Baumbachem, z którym w życiu prywatnym tworzą parę. Najpierw zagrała główną rolę w jego filmie „Greenberg”, a potem tytułową postać w filmie „Frances Ha” – tu była także współautorką scenariusza.

Kobieta: Dodajmy, że urodzona w 1983 r. w kalifornijskim Sacramento Gerwig nie ma filmowego wykształcenia. W szkole interesowała się aktorstwem, później zafascynował ją balet, choć – co ciekawe – dziś twierdzi: „Zawsze wiedziałam, że nie mam naturalnego talentu do tańca. Nie miałam wystarczająco dużo sił, moje stopy nie były w porządku, ale pracowałam ciężej niż ktokolwiek inny. I sądzę, że to mi zostało. Nic nie zastąpi ciężkiej pracy”.

Artystka ukończyła studia filozoficzne i filologiczne w nowojorskim Bernard College. Próbowała dostać się na studia dramatopisarskie – nie udało się. Oprócz pracy w niezależnych, niskobudżetowych produkcjach m.in. Joego Swanberga zagrała w „Zakochanych w Rzymie” Woody’ego Allena, „Loli Versus” Daryla Weina, wystąpiła także u boku Ala Pacina w „Upokorzeniu” Barry’ego Levinsona.

Ksiądz: Teraz bardziej niż aktorstwo interesuje ją reżyseria. Jest również autorką scenariuszy do dwóch swoich filmów. W obu tych rolach jest zresztą znakomita.

Kobieta: W wywiadach mówi, że jej sposób patrzenia na świat ukształtowały literatura i teatr. A „Małe kobietki” to jej ukochana książka: „Lubiłam – wspomina – zwłaszcza zbuntowaną Jo. Nie potrafię dziś stwierdzić, czy czułam do niej sympatię, bo była podobna do mnie, czy po prostu pewnego dnia uznałam, że chcę być taka jak ona […]. Czułam, że zna moje sekrety. A czytając tę książkę po latach, miałam wrażenie, że pewne rzeczy, które jej się przytrafiły, miały miejsce w moim życiu”.

Ksiądz: Jo, czyli Josephine – jedną z czterech sióstr March – znakomicie zagrała Saoirse Ronan. W pozostałe trzy wcieliły się: Emma Watson (Meg), Eliza Scanlen (Beth) i Florence Pugh (Amy). Panny March razem z matką, nazywaną przez nie Marmee (Laura Dern), mieszkają w niewielkiej miejscowości w stanie Massachusetts. Trwa wojna secesyjna. Ojciec dziewcząt, protestancki pastor (Bob Odenkirk) służy w armii jako kapelan wojskowy. Kobiety zostały same i stanęły przed ogromnym wyzwaniem przetrwania tego trudnego czasu.

Dziewczyny dojrzewają, przeżywają swoje pierwsze bunty, fascynacje, miłości. Każda z nich jest inna, wszystkie obdarzone są artystycznymi zdolnościami, pełne naturalności i młodzieńczej żywiołowości. Jo stawia pierwsze kroki w literaturze, tu próbuje wyrazić swoją niepodległą naturę – nie ma w niej zgody na spychanie kobiet na drugi plan. Buntuje się przeciw obowiązującej wówczas regule, że spełnieniem kobiety – i zwieńczeniem literackiej opowieści o niej – powinno być zamążpójście. „Kobieta na końcu musi wyjść za mąż” – poucza Jo wydawca książek. Jo widzi to inaczej: „Kobiety – przekonuje – mają umysły i dusze, tak samo jak serca. Mają ambicję i talenty, tak samo jak urodę”.

Jednak walka o niezależność i możliwość samostanowienia nie oznacza w wypadku sióstr Jo i nawet niej samej buntu przeciw instytucji rodziny czy przeciw religii. „Małe kobietki” to przede wszystkim wielka pochwała rodziny – siły, jaką daje ona swoim członkom. Gerwig dopisała do scenariusza filmu fragmenty inspirowane życiorysem Alcott. Dzięki czemu, jak twierdzi wielu, z dziewczęcej powieści o dorastaniu reżyserka uczyniła historię o sukcesach i rozczarowaniach ambitnych kobiet w patriarchalnej rzeczywistości. Nie zgadzam się z taką interpretacją, jest zbyt ideologiczna.

Kobieta: Jestem wielką admiratorką tego filmu, ale stwierdzenie, że to historia o sukcesach i rozczarowaniach ambitnych kobiet w patriarchalnej rzeczywistości, wydaje mi się, Andrzeju, jednak na wyrost.

Siostry March mają z pewnością większą świadomość samych siebie i większe aspiracje niż na przykład bohaterki Jane Austen. Zresztą niemała w tym zasługa reżyserki, która pozwoliła bohaterkom na bardziej współczesną ekspresję swoich przekonań i uczuć – również w relacjach damsko-męskich – niż było to przyjęte w tamtej epoce. Jednak „Małe kobietki” to opowieść, jakich w popularnej literaturze wiele; można nawet powiedzieć: historia dość banalna. Nie mamy tu ani specjalnie pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów, ani wnikliwych obserwacji natury społeczno-obyczajowej. W gruncie rzeczy jest to pogodna opowieść o sile rodzinnych i przyjacielskich więzi, o szlachetności i młodzieńczych marzeniach, których zderzenie z rzeczywistością musi zaboleć, ale nie okaże się przecież ani tragedią, ani dramatem. Oczywiście śmierć jednej z bohaterek zaciemni nieco tę opowieść, ostatecznie ma ona jednak jasny wydźwięk. Ta historia budzi wzruszenie, uśmiech i podziw dla reżyserki, że potrafiła nadać jej tyle wdzięku, opowiedzieć w naprawdę błyskotliwy sposób.

Ksiądz: Zgadzam się z tobą, Kasiu, że największą siłą tego filmu są perfekcyjne scenariusz i reżyseria. Swoją powieść Alcott napisała „po bożemu”, Gerwig w scenariuszu dała upust wyobraźni i emocjom – pomieszała chronologię zdarzeń, poprzestawiała sceny, ale pozostała wierna duchowi pierwowzoru. Zastosowanie alinearności w opowieści – a nie tak mocno zgranej retrospekcji – wymagało koncentracji na każdym szczególe.

Kobieta: I dużej sprawności warsztatowej. Rytm filmu – raz przyspieszający, raz zwalniający – wspomniana przez Ciebie nielinearność, zabawa z widzem poprzez zwracanie się filmowych bohaterów wprost do niego; jasna tonacja barw, kiedy opowieść dotyczy wkraczania dziewcząt w dorosłość, i przyciemnienie kolorów, kiedy zaczynają mierzyć się z trudami dorosłości; wreszcie finał (nie, Andrzeju, nie zdradzajmy go, żeby nie odbierać radości tym, którzy „Małych kobietek” jeszcze nie widzieli) – to wszystko czyni tę ekranizację wyjątkową.

Ksiądz: Wymieńmy również kostiumy, muzykę, zdjęcia i aktorstwo – wszystko na najwyższym poziomie. Młodzi aktorzy dzielnie sekundują Meryl Streep, która wcieliła się w ciotkę March – zrzędliwą matronę o złotym sercu.

Kobieta: Zgoda, większość ról kobiecych jest bardzo dobra lub dobra. To oczywiście zasługa aktorek, ale też scenariusza Grety Gerwig. Wyjątek stanowi postać matki sióstr – Laura Dern robi, co może, jednak jej bohaterka jest zbyt idealna. Mężczyźni pełnią tu w większości rolę dekoracyjną i udowadniają, że nie tylko aktorki można obsadzać w roli „paprotek”. Może to mała zemsta kobiet – pisarki i reżyserki?

Ksiądz: Co do ról męskich, to, Kasiu, przesadzasz. „Paprotki”? Wręcz odwrotnie! Większość męskich bohaterów pozostaje na drugim planie, bo tak została pomyślana, jednak każdy z trzech młodych mężczyzn odgrywa w życiu dziewczyn ważną rolę. Weźmy Lauriego – wnuka bogatego wdowca mieszkającego w okazałej posiadłości w sąsiedztwie Marchów – to postać ciekawa. Jeśli tylko nie włóczy się gdzieś po świecie, chętnie towarzyszy żywiołowym siostrom March. Wszystkie zresztą za nim przepadają – jest nie tylko inteligentny, ale też uwodzicielski i świetnie zagrany przez Timothée’go Chalameta.

Laurie to nieco zblazowany lekkoduch, doświadczający dzięki siostrom March realności życia. Ciekawe, że pierwowzorem Lauriego był – jak wyczytałem u Michała Oleszczyka – Władysław Wiśniewski, poznany przez Louisę May Alcott w szwajcarskim Vevey powstaniec styczniowy. Jeśli wierzyć Susan Cheever, biografce Alcott, późnym latem 1865 r. pisarka przeżyła z młodym Polakiem najbardziej romantyczny związek swojego życia. Ona była wedle standardów epoki starą panną, miała 33 lata, on – dwudziestolatkiem z nieistniejącego na mapie kraju.

Władysław nauczył Louisę polskiego zwrotu „mój drogi”, nie ujawniając jego intymnego wówczas znaczenia. Chore płuca Laddiego – jak nazywała go Alcott – unicestwiły plany wspólnego wyjazdu do USA. Ich korespondencja trwała jeszcze kilka lat. W swoim dzienniku Louisa notowała, że czar powieściowego Lauriego pochodzi właśnie od Laddiego: „Przynajmniej na tyle, na ile słabe pióro i blady atrament potrafią ucieleśnić kochającego i żyjącego chłopca”.

 Kobieta: No niech będzie, Laurie jest rzeczywiście postacią malowniczą, jednak spod ręki Grety Gerwig ciekawsze wychodzą postaci kobiece. Widać to również w jej pierwszym filmie „Lady Bird”, dzięki któremu znalazła się w wąskim gronie pięciu reżyserek nominowanych do Oscara. (Brak nominacji do tej nagrody za reżyserię i scenariusz „Małych kobietek” uważam za wpadkę Akademii). Lady Bird – tak każe zwracać się do siebie nastoletnia bohaterka Gerwig (w tej roli Saoirse Ronan, czyli aktorka, która zagrała najbardziej niepodległą siostrę March) – oraz jej matka (Laurie Metcalf) są najciekawszymi postaciami tego filmu. I to właśnie ich iskrząca relacja przedstawiona tu została w sposób najbardziej wielowymiarowy.

Ksiądz: Tytułowa Lady Bird to wchodząca w dorosłość siedemnastolatka, wobec wszystkiego zbuntowana, pragnąca wyrwać się z prowincjonalnego, w jej mniemaniu, Sacramento. Gerwig, pochodząca również z Sacramento, nie zaprzecza, że w tym filmie, podobnie zresztą jak w „Małych kobietkach”, zawarła wątki autobiograficzne.

Lady Bird marzy o tętniącym życiem i twórczą energią Nowym Jorku. Ronan perfekcyjnie balansuje pomiędzy skrajnymi emocjami swojej bohaterki – od gniewu i nienawiści po tęsknotę, czułość, pragnienie miłości. Emocje cały czas buzują, a aktorka nie schodzi właściwie z ekranu. Gerwig i jej aktorce – reżyserka zamierza kontynuować pracę z Ronan w kolejnych filmach – udało się stworzyć wiarygodny portret niespokojnej, wrażliwej nastolatki, która, jak wiele osób w jej wieku, ma poczucie swojej wyjątkowości i przeświadczenie, że ma światu do zaofiarowania coś absolutnie niepowtarzalnego. Wydaje się jej, że większość, zwłaszcza dorosłych, nie jest w stanie jej zrozumieć. Jednak w katolickiej szkole, do której niezadowolona trafia, spotyka życzliwych, dających się lubić nauczycieli.

Kobieta: Ta szkoła została pokazana z sympatią. Starsza zakonnica, jej dyrektorka, naprawdę lubi swoich uczniów, z życzliwością odnosi się do ich marzeń o przyszłości. Ma również poczucie humoru – podczas szkolnego balu z uśmiechem upomina przytulonych do siebie w tańcu nastolatków: „zróbcie 12 centymetrów dla Ducha Świętego”. Zwracam na to uwagę, bo tak pozytywny obraz katolickiej szkoły nie zdarza się dziś często. Zresztą cały film jest pełen ciepłego dystansu i humoru. Nawet nieustanne kłótnie obdarzonych mocnymi charakterami matki i córki nie są w stanie zaprzeczyć łączącej je głębokiej więzi. Może często się nie lubią i okazują to sobie, ale mamy pewność, że się kochają.

Ksiądz: Lady Bird w końcu wyrwie się z zapyziałego Sacramento, ale to oznacza rozstanie z wierną przyjaciółką i konfrontację marzeń z rzeczywistością. Może to i dobrze, bo dzięki temu zbuntowana bohaterka Gerwig doceni również to, co zostawiła, dojrzeje… Wiem, wiem, Kasiu, nie powinienem zdradzać zbyt wiele. Powiem więc tylko, że „Lady Bird” ogląda się jednym tchem.

Wesprzyj Więź

W czym tkwi siła tego filmu? Przecież obrazów o wchodzeniu w dorosłość i mierzeniu się z przeciwnościami było wiele, często banalnych. Podobnie jak w wypadku „Małych kobietek” atutem pierwszego filmu Gerwig są znakomita reżyseria i profesjonalny scenariusz. A także empatia artystki: wszystkie „napisane” przez nią postaci budzą sympatię, chce się im towarzyszyć w zmaganiach z samym sobą i ze światem.

Kobieta: Greta Gerwig potrafi opowiadać zajmujące historie. Może nie są one nadmiernie skomplikowane, ale zawierają uniwersalne prawdy i opowiedziane są w inteligentny i pełen czułości sposób. Nie wiem jak Ty, Andrzeju, ale ja potrzebuję takiej czułej narratorki, która doda mi nadziei i sensu – one są przecież w życiu koniecznie potrzebne.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2020

Podziel się

Wiadomość