Jesień 2020, nr 3

Zamów

Triumfalny pochód „Parasite” jest polityczną deklaracją

Kadr z filmu „Parasite”, reż. Joon-ho Bonga, Korea Południowa 2019. Fot. Materiały prasowe Gutek Film

Cieszy mnie przegrana – symboliczna, bo symboliczna, ale zawsze – narcystycznej wersji kina, które wiecznie celebruje samo siebie.

To miało być wyjątkowo nudne rozdanie. Ci, którzy – tak jak ja – nie przepadają za blichtrem, sztucznym luzem i branżową autocelebracją, z czystym sumieniem mogli wybrać sen zamiast lunatykowania wśród woskowych figur o dorysowanych uśmiechach. Wszystko zdawało się do bólu poukładane, poszczególne branżowe gildie – reżyserska, aktorska, scenariopisarska – rozdały swoje nagrody, czekaliśmy już tylko, aż dopełni się rachunek prawdopodobieństwa i zatriumfuje Hollywood rzemieślnicze, zachowawcze, białe, wiekowe i zakochane we własnym odbiciu. 

Osobiście należałem akurat do tych recenzentów i krytyków, którym „1917” Sama Mendesa – z jego ostentacyjną prostotą i karuzelą wojennych przypadkowości – w jakiś sposób przemówiło do gustu i wrażliwości. Natomiast wieszczenie dla tego filmu najwyższych oscarowych laurów uznałem za przejaw skrajnej hollywoodzkiej zachowawczości, a nawet – patrząc na lata ubiegłe – asekuranckiego wstecznictwa.

Triumf Mendesa odbyłby się kosztem pomysłów dużo świeższych, które wytyczały fascynujące artystyczne i tematyczne ścieżki i które znalazły się zupełnie poza stawką: „Uncut gems” braci Safdich, „Atlantiques” Mati Diop, „The Farewell” Lulu Wang, „Us” Jordana Peele’a, „Midsommar” Ariego Astera, „The Lighthouse” Roberta Eggersa. Obecność w konkursie „Bożego Ciała” – przy całej, moim zdaniem, scenariuszowej nieporadności tego filmu – oczywiście cieszyła i przykuwała uwagę polskiej opinii publicznej, nie zmieniało to jednak faktu, że w Stanach Zjednoczonych peleton nominowanych tytułów uchodził za jeden z najgorszych od lat i od początku był ostro krytykowany.

Tymczasem członkowie Akademii chyba w ostatniej chwili przeczytali artykuły Richarda Brody’ego z „New Yorkera” i mocno wzięli sobie do serca jego diagnozy: żeby nie ulec marginalizacji i nie zamienić się w żywą skamielinę Hollywoodu, Oscary muszą postawić na większą różnorodność i zwrócić się w stronę kina rozumianego jako fenomen globalny, a nie tylko gałąź amerykańskiej gospodarki.

Bezprecedensowe zwycięstwo „Parasite” Bonga Joon-ho – filmu zrealizowanego w Korei Południowej przez koreańskiego reżysera i z całkowicie koreańską obsadą – w aż czterech kategoriach (po raz pierwszy w historii najlepszy film nie dla filmu anglojęzycznego, najlepsza reżyseria, najlepszy film międzynarodowy, najlepszy scenariusz oryginalny) to oczywiście nie tyle efekt nagłej zmiany akademickiego paradygmatu, ale splot różnych, zapewne tych samych co zazwyczaj, okoliczności: świetnego wyniku boxoffice’owego w USA i na świecie, szeroko zakrojonej akcji promocyjnej (Bong udzielił blisko 600 wywiadów), przejrzystego scenariusza, naszpikowanego tarantinowskimi zwrotami akcji i gatunkową wielobarwnością. 

Triumfalny pochód „Parasite” należałoby czytać również jako deklarację polityczną (ale fakt, że jest to ulubiony film Baracka Obamy, nie był raczej decydujący), dowartościowanie kina, które otwarcie mierzy się z tematyką globalnych nierówności ekonomicznych, powszechną prekaryzacją pracy i nie boi się tego robić w kategoriach marksowskich, piętnując rasowe i klasowe podwaliny nowoczesnego neoliberalnego kapitalizmu.

Rok 2019 był bez wątpienia rokiem konfliktów społecznych i krytyki klasizmu na srebrnym ekranie (oraz na platformach streamingowych) – o czym sam pisałem jakiś czas temu na łamach Filmwebu – a Oscary można uznać za ukoronowanie rosnącego zainteresowania branży nie tylko własnym tyłkiem, ale też ludźmi, którzy od ponad stu lat zrzucają się na jej sukces, kupując bilety do kina i otaczając czcią hollywoodzkie gwiazdy.

W końcu, jak mówił Joaquin Phoenix odbierając statuetkę za rolę w „Jokerze” – w chyba jedynym prawdziwie politycznym przemówieniu na tegorocznym rozdaniu – „Niezależnie od tego, czy mówimy o nierówności płci, rasizmie, prawach LGBT+, prawach rdzennych mieszkańców USA czy prawach zwierząt, mówimy o walce z niesprawiedliwością”. I kino, jeśli rzeczywiście chce reprezentować społeczność widzów, będzie musiało o tej walce opowiadać coraz częściej i z coraz większą uwagą. 

„Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino to film do bólu piękny, ale także skrajnie arogancki, obsadzający w roli mesjaszów dwie najbardziej obmierzłe figury hollywodzkiego patriarchatu

Cieszy także przegrana – symboliczna, bo symboliczna, ale zawsze – narcystycznej wersji kina, które wiecznie celebruje samo siebie, własne wiktuały, bohaterów, genialne pomysły i jeszcze na dodatek jest przekonane, że dokonuje radykalnego przewrotu starych narracji. „Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino to film do bólu piękny, ale także skrajnie arogancki, obsadzający w roli mesjaszów dwie najbardziej obmierzłe figury hollywodzkiego patriarchatu – białozębnego Człowieka z Wosku i egocentrycznego Wymieniacza Lasek – które dostają misję zbawienia najważniejszego symbolu branżowej kobiecości – Młodej Kobiety do Oglądania – i w tym celu obdzierają ze skóry inną młodą kobietę, tyle że taką, która akurat do oglądania nie służy, bo reżyser podczepił ją pod kategorię „brudnych hippisek”.

Oscarowe uniki nie zmyją jednak piętna hańby – w Hollywood, po #metoo, w warunkach rozwijających się instytucji kobiecej samopomocy i biznesowego wsparcia, kobieta wciąż nie wytwarza obrazów, ale jest obrazem. Brak nagrody dla Grety Garwig za przewrotne i świetnie wyreżyserowane „Małe kobietki” oraz uhonorowanie Renée Zellweger za płaczliwą, histeryczną i stereotypową rolę Judy Garland to zaledwie wierzchołek tej nieskończenie wysokiej góry lodowej. 

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Hollywood dalej ignoruje więc to, co inne, osobne, obdarzone nieprzeciętną wrażliwością i wyobraźnią. Spycha na boczny tor twórczość połowy globalnej populacji oraz takie filmowe przedsięwzięcia, które nie pasują do utartych hollywoodzkich wyobrażeń o „kinie mniejszości” (dlaczego np. „Get out!” Peel’a dostało nominacje i Oscara w 2018 r., a zdecydowanie lepsze „Us” w jego reżyserii – absolutnie nic?).

Jeśli nagrody dla „Parasite” miałyby oznaczać – w co bardzo wątpię – nowe otwarcie na świat i pragnienie wykroczenia poza narodową arogancję w stronę konkursu międzynarodowego i wyłaniającego świeżość z najdalszych zakątków globu, byłby to rzeczywiście historyczny przewrót i gest bez precedensu. Obawiam się jednak, że jest to raczej kolejna próba zadowolenia wszystkich i przykrycia realnych problemów globalnym hajpem – wygrywa przecież film powszechnie lubiany, kasowy, społecznie zaangażowany i nie będący produktem największej gospodarki świata, która z roku na rok budzi coraz większą frustrację na arenie międzynarodowej. No i fantastycznie, że wygrywa, bo to przede wszystkim zwycięstwo świetnego kina. Tyle że w perspektywie znaczenia i jakości całego konkursu jest to triumf półśrodków i przemilczeń. Półśrodki mają z kolei utrzymać dotychczasowy system w ryzach. Tak, żeby hollywoodzkie grupy interesu mogły zjeść ciastko i jednocześnie dać nam ciastko.

I chociaż wielkich przełomów jak na razie nie widać, każde odejście od normy należy witać z radością. Nawet tak drobne, jak to. Od drobnych pęknięć wszystko się zaczyna. Kropla powoli drąży skałę. I w końcu na pewno wybije tę naszą upragnioną dziurę. Nie teraz, kiedyś. 

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.