Jesień 2020, nr 3

Zamów

Udane przejście przez pole minowe

Kadr z filmu „Jojo Rabbit”, reż. Taiki Waititi. Fot. Materiały prasowe Imperial Cinepix

W „Jojo Rabbit” groza przeziera zza gagów i nasyconych kadrów, czujemy ją podskórnie. Dzięki temu dzieło Waititiego jest jednym z najciekawszych filmów wojennych ostatnich lat.

Oto opowieść o dorastaniu jak każda inna: Jojo ma dziesięć lat, ale tylko jednego przyjaciela, w dodatku wyimaginowanego. Większość czasu spędza w domu, tęskniąc za ojcem i zmarłą niedawno siostrą, jest więc zachwycony, gdy pojawia się możliwość wyjazdu na obóz survivalowy. Wkrótce Jojo poznaje też starszą o kilka lat dziewczynę, która na zawsze odmieni jego życie. Jest tylko kilka drobnych haczyków: mamy rok 1945, dziewczyną jest ukrywana na poddaszu młoda Żydówka, obóz to wyjazd szkoleniowy Hitlerjugend, a zmyślony przyjaciel na imię ma Adolf i na nazwisko – Hitler.

Wojenna fantazja Taiki Waititiego, twórcy takich filmów jak „Co robimy w ukryciu”, „Dzikie łowy” czy „Thor: Ragnarok”, ma co prawda na koncie sześć nominacji do Oskarów, ale żadnego z nich raczej nie dostanie, bo jest absolutnym przeciwieństwem wszystkiego, co lubi i docenia Akademia Filmowa. Owszem, Waititi porusza niezwykle ważny i aktualny temat fanatyzmu, ale to robi to w sposób, który wielu widzów uzna zapewne za skrajnie niestosowny – kręcąc szaloną, kolorową komedię o Holokauście, pełną gagów, zabawnych scen i komicznych postaci.

I tak: Hitler to w interpretacji wcielającego się w tę rolę samego Waititiego sympatyczny facet z wąsem, który potrafi podnieść chłopca na duchu w każdej sytuacji, a na kolację jada pieczenie z jednorożca; naziści mają problemy z wykonywaniem swoich obowiązków, bo są zbyt zajęci heilowaniem; obóz Hitlerjugend prowadzi zrezygnowany weteran (Sam Rockwell), który nie kryje się nawet ze swoim homoseksualizmem, a Jojo zajmuje się przygotowywaniem książki o Żydach, którzy – według zasłyszanych przez chłopca opowieści – mają rogi, czytają sobie nawzajem w myślach i śpią, zwisając z sufitu jak nietoperze. Momentami można odnieść wrażenie, że ktoś zmiksował filmy Wesa Andersona z „’Allo ’Allo!”.

„Jojo Rabbit” nie jest jednak parodią ani zbiorem skeczy. Pod płaszczykiem kolorowej komedii kryje się opowieść o fanatyzmie jako chorobie wieku dziecięcego. Mimo noszonego dumnie uniformu Jojo nie jest prawdziwym nazistą, bo i nie może nim być – ma w końcu dziesięć lat i zerowe pojęcie o polityce. Gdy zaczynała się wojna, był czterolatkiem, nie ma więc prawa pamiętać, że Żydzi to tacy sami ludzie jak Niemcy. Wstąpienie do Hitlerjugend pozwala mu jednak na znalezienie grupy, do której mógłby przynależeć, a rozmowy z wymyślonym Führerem zastępują kontakt z zaginionym na froncie ojcem. Naziści stają się substytutem rozbitej rodziny.

I jasne, można by powiedzieć, że to wszystko banały, o mechanizmach rządzących fanatyzmem napisano przecież opasłe tomy, podobnie jak o sposobach indoktrynowania młodych umysłów. Finezja – i przy okazji odwaga – Waititiego polega jednak na tym, że potrafi znaleźć dla tej historii perfekcyjny klucz narracyjno-estetyczny. W przypadku „Jojo Rabbit” jest nim wykorzystywany niestety bardzo rzadko w kinie (a prawie nigdy w kinie hollywoodzkim) dysonans.

„Jojo Rabbit” nie jest parodią ani zbiorem skeczy. Pod płaszczykiem kolorowej komedii kryje się opowieść o fanatyzmie jako chorobie wieku dziecięcego

Kilka lat temu w serwisie YouTube furorę robił niespełna minutowy mash-up, w którym pod znaną z czołówki serialu „Przyjaciele” piosenkę „I’ll Be There for You” zespołu The Rembrandts podłożono pokolorowane archiwalne zdjęcia największych zbrodniarzy III Rzeszy wykonujących prozaiczne czynności – Hitlera głaskającego ulubionego owczarka czy Ewę Braun kąpiącą się w morzu. Na ekranie, zamiast nazwisk Jennifer Aniston, Lisy Kudrow i pozostałych, pojawiały się nazwiska Josepha Goebbelsa, Heinricha Himmlera itd. Niecodzienna zbitka robiła niezwykłe wrażenie, ujęcia przedstawiające osoby odpowiedzialne za masową zagładę połączono wszak z beztroską muzyką, w dodatku z premedytacją wybrano fragmenty, w których Hitler, Goebbels oraz pozostali śmieją się i doskonale bawią.

Waititi powtarza ten zabieg już w czołówce, w której podniecony Jojo wybiega na ulicę w nazistowskim uniformie, by pozdrawiać wyciągniętą do przodu ręką wszystkich napotkanych przechodniów, podczas gdy w tle słyszymy niemieckojęzyczną wersję „I Want to Hold Your Hand” Beatlesów, a krótkie przebitki pożyczone od Leni Riefenstahl pokazują uradowany tłum słuchający przemówień Hitlera. Jako widzowie czujemy gigantyczny dysonans, znamy bowiem kontekst sytuacji – wiemy o obozach koncentracyjnych i milionach zabitych. Ale nie wie o tym Jojo, który zwyczajnie cieszy się, że pojedzie na wycieczkę i pozna nowych przyjaciół.

Reżyser konsekwentnie pokazuje nam świat z perspektywy dziesięciolatka, wprowadzając widza w coraz większy dyskomfort związany z mimowolnym dodawaniem kontekstu do pozornie niewinnych scen. To, co dla nas jest uczestnictwem w działaniach zbrodniczego systemu, dla chłopca jest tylko desperacką próbą znalezienia jakiegokolwiek kompasu na drodze do dorastania i odszukania grupy, która lubiłaby go i akceptowała. Wysnuwane przez niektórych krytyków oskarżenia o to, że w „Jojo Rabbit” nie ma głodu, krwi i wojennego chaosu, a całość przypomina kolorowankę lub kalejdoskop, są więc zupełnie bezsensowne – u Waititiego znajdziemy bowiem tylko to, co widzi i odczuwa mały chłopiec.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie oznacza to jednak, że „Jojo Rabbit” jest filmem beztroskim. Budowany przez reżysera dysonans nie bazuje tylko na pozaekranowej wiedzy wnoszonej podczas seansu przez widza, ale też na pojawiających się znienacka przebitkach przypominających, że całość dzieje się jednak u schyłku II wojny światowej – na miejskim rynku wiszą ciała przeciwników Hitlera zamordowanych przez Gestapo, a wracający z frontu, brudni żołnierze patrzą na matkę Jojo (doskonała Scarlett Johansson) jak na żywe mięso. Groza przeziera zza gagów i nasyconych kadrów, czujemy ją podskórnie.

„Jojo Rabbit” jest dzięki temu jednym z najciekawszych filmów wojennych ostatnich lat. W przeciwieństwie do historycznych i biograficznych produkcji wykorzystujących w kółko te same motywy i tropy i serwowanych każdego roku zarówno przez Hollywood, jak i kinematografie europejskie, stanowi powiew świeżości i tytuł naznaczony widocznym autorskim piętnem. Jest to jednocześnie najbardziej odważny film w tegorocznej oskarowej stawce – w przeciwieństwie do takich tytułów jak „Irlandczyk”, „1917” czy „Le Mans ‘66” „Jojo Rabbit” jest bowiem dla twórcy prawdziwym polem minowym. Wystarczyłoby, żeby Waititi zrobił jeden zły krok, a pogrzebałby nie tylko film, ale też zapewne swoją dalszą karierę w Fabryce Snów.

Ponieważ reżyserowi udało się uniknąć tych zagrożeń, powstało dzieło absolutnie wyjątkowe. Ogromna w tym zasługa wcielającego się w Jojo Romana Griffina Davisa i partnerującej mu Thomasin McKenzie, która odgrywa ukrywaną w schowku Elsę. Między innymi dzięki tej dwójce groza wojny jeszcze nigdy nie miała w sobie tyle uroku, a urok opowieści o dorastaniu jeszcze nigdy nie był tak przerażający.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.