Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ta rewolucja wymaga Ducha

Ks. Jacek Prusak. Fot. Adam Walanus / adamwalanus.pl

Nowoczesna fascynacja seksem ma charakter kompulsywny. Za taki stan rzeczy nie obwiniałbym jednak tylko „rewolucji seksualnej”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/2008 Redakcja zwróciła się wówczas do wybranych osób z prośbą o wzięcie udziału w ankiecie „Bilans rewolucji seksualnej”.

Ponieważ urodziłem się po „rewolucji seksualnej”, nie potrafię z osobistej perspektywy jej ocenić. Myśląc o niej, skazany jestem więc na „cudzą” pomoc. Ale i to nie czyni sprawy prostszą.

Jak bowiem dokonać syntetycznego bilansu tak złożonego procesu społecznego, jakim jest „rewolucja seksualna”? Z historycznej perspektywy rozwoju idei ma ona swoje korzenie w wiekach XVII-XIX i czerpie inspirację z nurtów filozoficznych związanych z krytyką chrześcijańskiego systemu wartości i instytucji małżeństwa (zwłaszcza po rewolucji francuskiej). W potocznym ujęciu przez „rewolucję seksualną” rozumie się zmiany w sposobie myślenia i przeżywania płciowości, jakie nastąpiły w latach siedemdziesiątych XX wieku i trwają do dzisiaj. Obejmują one takie zjawiska, jak upowszechnienie i/bądź legalizacja aborcji, antykoncepcji, rozwodów, związków nieformalnych (hetero- i homoseksualnych), zmiany modelów rodziny, rozwój feminizmu i gender studies (a to na pewno nie koniec listy). Nie czuję się kompetentny, aby je wszystkie oceniać.

Teologiczny bilans rewolucji seksualnej jest raczej negatywny. W jej „zdobyczach” widzi się zamach na chrześcijaństwo z jego normatywną wizją ludzkiej płciowości i przeznaczenia. Teologowie sądzą więc, że świat dzisiejszy powinien przezwyciężyć wiele ograniczeń, które się wywodzą z różnych sił, jakie wywołały rewolucję seksualną, i z niej samej. Takie wnioski można chociażby wyciągnąć z tekstu ks. Fernando Pascuala „Rewolucja seksualna” otwierającego numer czasopisma „Communio” (2/2007) poświęcony kwestii płciowości (jest to międzynarodowy przegląd teologiczny reprezentujący stanowisko rzymskie). Tak jednoznacznie negatywna ocena wszystkich zmian w obrębie ludzkiej seksualności wydaje mi się przesadzona. Jednak jej antyteza – że dokonała się „demokratyzacja sfery prywatnej, będąca dziś nie tylko projektem, ale realną właściwością życia osobistego, która ujawnia się w czystej relacji”, jak twierdzi znany socjolog Anthony Giddens[1] – również nie brzmi dla mnie przekonująco. Owe „czyste relacje” są bowiem ideałem związku, a nie rzeczywistością społeczną.

Rewolucja seksualna – choć w sposób wynaturzony – była reakcją na rozdarcie, jakie znacznie wcześniej nastąpiło w kulturze Zachodu pomiędzy religią a erosem

Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu ani postawienia kropki nad „i”, mogę podzielić się raczej luźną refleksją wynikającą z doświadczeń psychoterapeutyczno-duszpasterskich. Będąc programowo nurtem rewolucyjnym, mającym na celu wyzwolenie ekspresji seksualnej z jej ograniczeń, a zwłaszcza społecznej represji, rewolucja seksualna pokazała na sobie samej, że „przyzwolenie na seks to nie to samo, co wyzwolenie seksualne” na co zwrócił już uwagę Herbert Marcuse[2]. W naszej kulturze mamy niewątpliwie do czynienia z otwartą fascynacją seksem, której towarzyszy wzrost permisywności. Można jednak w tym wypadku postawić zasadne pytanie, czy to oznacza, że jesteśmy wolni od społecznej i religijnej represji, czy też staliśmy się niewolnikami kompulsywnej seksualności?

Na płaszczyźnie psychoterapii idee Wilhelma Reicha – z jego postulatem porzucenia małżeństwa określanego przez normy obyczajowo-religijne i widzenia w seksualności genitalnej (hamowanej czy kultywowanej) panaceum na wszystkie bolączki rzeczywistości i nasze neurozy – traktuje się z dzisiaj z przymrużeniem oka. Za równie naiwne trzeba uznać przekonanie, które nazwałbym seksuologicznym pozytywizmem w ramach rewolucji seksualnej, że „seks powinien być najprostszą i najbardziej spontaniczną rzeczą, jaką robimy. To znaczy, że jeżeli podejmujemy i dzielimy określone decyzje seksualne z odpowiednimi ludźmi, na pewno będziemy czuć się dobrze. I to od razu. W tej chwili. Bez żadnych wątpliwości. I to nie tylko dobrze. Będziemy czuć się wspaniale”jak twierdzi lekarz medycyny i seksuolog David Reuben[3].

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Obserwacja rzeczywistości społecznej pokazuje, że nowoczesna fascynacja seksem ma charakter kompulsywny, co przejawia się w powszechnym zjawisku uzależnienia od pornografii w różnych jej formach oraz w zapamiętałej pogoni za przeżyciem seksualnym. Za taki stan rzeczy nie obwiniałbym jednak tylko „rewolucji seksualnej”. Ona sama bowiem – choć w sposób wynaturzony – była jednak reakcją na rozdarcie, jakie znacznie wcześniej nastąpiło w kulturze Zachodu pomiędzy religią a erosem. Jak trafnie zdiagnozował ks. Ronald Rolheiser, „religia otrzymała Boga, a część świecka – seks. Świeckość dostała namiętność, a Bóg czystość”[4]. W przekonaniu niemałej liczby osób religia – szczególnie w takiej formie, w jakiej praktykuje się ją w Kościołach – „postrzegana jest wciąż jako antyerotyczna, antyseksualna, antytwórcza, antyradosna i anty-z-tego-świata. Bóg, który stoi nad Kościołami, postrzegany jest jako stoicki, bezżenny, nudny, zimny, z innego świata, zagrożony ludzką seksualnością i kreatywnością. Świecki świat widziany jest jako kraina erosa, seksu, twórczości i radości, ale też jako coś anty-Boskiego i antykościelnego”[5].

W pozytywnym sensie rewolucja seksualna uświadamia współczesnym ludziom – niezależnie od tego, czy są wierzący czy nie – że wybór, którego często dokonują bardziej lub mniej świadomie, dotyczy wyboru pomiędzy religią a erosem. W moim przekonaniu nie udało się jednak dotychczas przezwyciężyć tej dychotomii, tylko ją pogłębić. Uważam, że „rewolucja seksualna” może nastąpić tylko wtedy, kiedy będzie otwarta na Ducha, bowiem – jak pokazuje debata psychoanalityczna wokół teorii libido – energia seksualna nie jest tylko „naturalna”, nie spełnia się w samej sobie. Dekonstrukcja seksualności, będąca owocem rewolucji seksualnej, to inna forma represji libido, bo seksualność nie jest plastyczna jak guma, nie jest także zbędnym dodatkiem. Kościół jednak też czeka „rewolucja seksualna”…


[1] Anthony Giddens, „Przemiany intymności. Seksualność, miłość i erotyzm we współczesnych społeczeństwach”, PWN, Warszawa 2007, s. 217.
[2] Tamże, s. 200.
[3] David Reuben, „Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale zawsze obawialiście się o to zapytać”, Wydawnictwo Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2002, s. 17.
[4] Ronald Rolheiser OMI, „W poszukiwaniu duchowości XXI wieku”, Wydawnictwo SALWATOR, Kraków 2006, s. 55.
[5] Tamże, s. 56.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.