Jesień 2020, nr 3

Zamów

Bardzo pożyteczny człowiek

Irena Koch to człowiek instytucja. Jednoosobowe hospicjum. To, co robi, przekracza możliwości zwyczajnego człowieka. Jeśli ktoś ją prosi o pomoc, nie ocenia tej prośby. Wolontariusze zwykle pomagają tak, jak sami uważają, że trzeba. Irena inaczej – robi tak, jak chce potrzebujący.

Ze wszystkich miejsc, które można zobaczyć w Laskach, Irena upodobała sobie dwa: szpital i cmentarz.

Rocznik 1951, biolog, od 38 lat pracuje w warszawskim Instytucie Matki i Dziecka. Gdy nadchodzi majowy weekend, zakłada czapkę przeciwsłoneczną, wygodne buty i wyrusza do Lasek. Drobna i rudowłosa, kieruje się prosto do szpitalika.

Odwiedza chorego Tadeusza. Niewidomy 66-letni mężczyzna mieszka w szpitaliku w Laskach już 10 lat, od czasu, gdy został ciężko pobity. Nigdy nie wychodzi z domu, z nikim nie rozmawia. Irena zabiera go na spacery. Potem wyciąga z plecaka rogaliki, robi kawę i zadaje Tadeuszowi wiele pytań: jak się czuje, czy ma dobre buty (Tadeusz wykrzywia stopy i szybko niszczy obuwie). Większość ludzi uważa, że z Tadeuszem nie ma kontaktu, ale Irena zaprzecza: – On jest niezwykle inteligentny. To geniusz muzyczny – mówi. Kilka lat temu dowiedziała się, że Tadeusz ukończył szkołę muzyczną. Pożyczyła od kogoś organy i poprosiła niewidomego, by zagrał „Odę do radości”. Z instrumentu popłynęły piękne, czyste dźwięki. Od tego czasu Tadeusz raz w tygodniu gra do Mszy.

Irena po raz pierwszy przyjechała do Lasek w 1982 r. Pomysł podsunął jej ks. Stanisław Hoinka, duszpasterz niewidomych z Piwnej, gdzie Irena była zaangażowana w pomoc dla internowanych w stanie wojennym.

Droga w Laskach zaprowadziła ją na leśny cmentarz. Był inny niż wszystkie do tej pory widziane, zrobił na Irenie wielkie wrażenie: drewniane krzyże na prostych grobach, bez plastikowych kwiatów. Skromnie i szlachetnie zarazem. Cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków. Pomyślała: „Mogłabym tu kiedyś spocząć”.

I przypomniała sobie wakacje w Sobieszewie w roku 1960. Zakonnice z Lasek prowadzą niewidome dzieci między falami, każde z nich trzyma się sznura, żeby się nie zgubić. Irena pamięta też, że do sklepu po pieczywo siostry przyjeżdżają lśniącym mini morrisem. Wieczorami śpiewają przy ognisku.

Pacjenci

Szpital odkryła później. Piętrowy biały budynek przypomina bardziej dom letniskowy. Nie ma tu aparatów diagnostycznych, sal zabiegowych, szklanych korytarzy i tłumu ludzi. Wówczas jeszcze nie wiedziała, że jego pacjenci staną się ważną częścią jej życia.

Pierwszą osobą, którą Irena się wtedy zaopiekowała, była 38-letnia Ewa. Spotkały się już kiedyś w duszpasterstwie niewidomych na Piwnej. Ewa – samotna matka – przeszła leczenie nowotworu. Choroba zaatakowała kości, kobieta leżała praktycznie cała w gipsie.

Można pomyśleć, że osobą tak ciężko chorą powinny się zajmować najlepsze kliniki. Tam jest jej miejsce, a nie w szpitaliku w Laskach, gdzie nie ma sztabu specjalistów, tylko jedna pielęgniarka. Jednak intensywne leczenie nie było już wtedy Ewie potrzebne. – Dla niej ważna była higiena, bukiet bzu w wazonie i to, aby ktoś jej poczytał – wspomina Irena. – Przy życiu trzymała ją myśl o nadchodzącej pierwszej komunii córki, Grażynki.

Miesiąc po uroczystości Ewa zmarła. Została pochowana w Laskach. Grażynka wychowała się w rodzinie ojca.

Z tego czasu Irena pamięta też Reginę z internatu na Piwnej, która traciła wzrok z powodu cukrzycy. Choroba postępowała dramatycznie szybko, pogrążając ją w świecie ciemności. Młoda kobieta uczyła się posługiwać brailem, żyć po nowemu. Przez chwilę mieszkała u Ireny, razem łatwiej im było jeździć na wykłady z teologii.

Większość ludzi uważa, że z Tadeuszem nie ma kontaktu, ale Irena zaprzecza: – On jest niezwykle inteligentny. To geniusz muzyczny – mówi

Wcześniej Regina studiowała na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Toruniu, miała chłopaka, który już po przeprowadzce do internatu oświadczył się jej listownie. Dziewczyna miała wątpliwości: czy skoro traci wzrok, powinna się zgodzić? Czy jako niewidoma będzie dobrą żoną? Irena radziła, by nie rezygnować z małżeństwa. Regina odpisała swojemu Marianowi: „tak”. I wtedy listy nagle przestały przychodzić, a Irena zaczęła się martwić, czy dobrze doradziła swojej podopiecznej. Niepotrzebnie. Wkrótce narzeczony przyjechał po Reginę i choć niektórzy stanowczo im to odradzali, szybko wzięli ślub.

Irena Koch
Irena Koch

Stan Reginy nadal się pogarszał. W poszukiwaniu pomocy wyjechała z mężem do Rzymu. Irena wysyłała jej a to insulinę, a to pieniądze, a to nieosiągalną we Włoszech – a tak lubianą – kaszę gryczaną. Przeszczep trzustki i nerki, na który czekała Regina, nie odbył się. Młodzi wrócili do Polski. Regina była operowana w kraju, niestety bez powodzenia. Miesiąc później zmarła.

W życiu Joanny i Marka Wójcickich Irena pojawiła się po koniec lat 80., kiedy ich syn Bartek zaczął tracić wzrok z powodu siatkówczaka. Zaimponowała im tym, że od razu przeszła do działania. – Bartkowi przydałaby się konsultacja za granicą – powiedziała i pomogła zorganizować wyjazd do Francji. Niestety, francuscy onkolodzy nie byli w stanie zrobić więcej niż polscy. Mimo operacji i naświetlania Bartek odchodził. Irena przychodziła do niego codziennie. Zawsze miała duży plecak, a w nim wszystko: nici, nożyczki, kawałek ciasta. – Pani Irena to jest bardzo pożyteczny człowiek – chwalił ją czteroletni Bartek.

Nowotwór zaatakował kości, ból był trudny do opanowania. – W razie potrzeby pani Irena zawsze była przy nas. Mogliśmy się na niej oprzeć. Stała się nam bliska jak rodzina – opowiada Joanna.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Bartek umarł w 1992 r. Jego grób jest w Laskach.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, zima 2018

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.