Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wspomnienia z wieku kamiennego

Anatol Stern. Fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji. Sygnatura: 1-K-1854

Gdy przypominam sobie długi okres siedmiu lat przymusowego milczenia, czuję palący, nie­znośny wstyd. Jak gdyby człowiek znajdował się z kimś w jed­nym pokoju i nagle spostrzegł, że ów towarzysz skrada się do niego, uzbrojony w dębczak. Cóż z tego, że uchyliłem się i cios dębczaka nie rozwalił mi czaszki – pozostał palący wstyd, że kolega okazał się… kolegą z wieku kamiennego.

W swojej „Małej demonologii” Paul Valery mówi o mnóstwie demonów, czyhających na pisarza. Jest tam i demon komunału, i demon plagiatu, i demon fałszerstwa… Ale najgroźniejszym z tej diabelskiej kompanii jest demon zapomnienia. Żeby więc nie zapomnieć, żeby uniknąć już nie tych samych błę­dów – ale bliźniaczo podobnych, tylko przebranych w inny maskaradowy strój…

Zagadnienie realizmu socjalistycznego uważane jest na ogół za wyjaśnione, a problematyka jego za przebrzmiałą. Czy istot­nie kilkanaście artykułów wyczerpało bez reszty sprawę kierunku, czy też metody twórczej, która w ciągu długich lat że­lazną obręczą obejmowała wszystkie dyscypliny naszej sztuki?… Metoda ta została uznana przez szereg wybitnych intelektów za twórczą i zapładniającą, czołowi nasi pisarze i krytycy z wielkim wysiłkiem woli tworzyli jej probierze – i oto nagle, z dnia na dzień, okazało się, że ci chorążowie naszej myśli ulegli po prostu mistyfikacji, do czego wszyscy się niemal bez wyjątku przyzna­ją. Nie tylko przyznają, ale i czują skruchę z tego powodu. Czyż nie wywołuje to, czy nie musi to wywołać pewnego zdziwienia?…

Gdy mamy do czynienia z religią, sprawa uświadomienia sobie grzechu jest sprawą decydującą. Spowiednik odpuszcza grzesznikowi jego grzechy, jeśli te wywołują w nim uczucie skruchy. Jest to logiczne i zrozumiałe. Ale przecież ma się wów­czas do czynienia wyłącznie z problematyką moralną – i tego rodzaju odpuszczenie za grzechy nie budzi w nas żadnych wąt­pliwości. Moralność jest również decydującym sprawdzianem uczciwości pisarza, artysty – niewątpliwie. Ale sam dramat popełnionego grzechu rozgrywa się tu przecież w innej dziedzi­nie – intelektualnej. I tutaj nie można już, moim zdaniem, wy­czerpać wszystkich zawiłych spraw owego grzechu przez zwykle przyznanie się do popełnionego błędu i wyrażenie skruchy. Byłby to bowiem dalszy ciąg owej zabawnej komedii, którą odgrywano przez tyle lat, a która nosiła urzędową nazwę samokrytyki. I by­łoby to równoznaczne ze stwierdzeniem, że najpopularniejsi nasi pisarze i myśliciele pozwolili się z niefrasobliwym wdziękiem okpić – i z tym samym niefrasobliwym wdziękiem przyznają się dziś do tego, że ofiarami swej „lekkomyślności” uczynili nie tylko swych mniej wybitnych kolegów, ale wszystkich, wszy­stkich!… Czyż jest to do pomyślenia?

Oto czemu budzi takie zdumienie, że METODA, którą uznano za nieomylną i niewzruszoną, METODA, którą jako najwyższy cel wysiłków twórczych stawiał przed sobą i Związek Literatów, w osobie jego Zarządu, i Rada Artystyczna przy Ministerstwie Kultury i Sztuki (proszę zajrzeć do odpowiedniej uchwały Rady zaledwie sprzed trzech lat!) – oto czemu musi budzić najwyższe zdumienie, powtarzam, że owa słynna METODA została nagle jednomyślnie rzucona do historycznego lamusa przebrzmiałych nomenklatur.

Nie należy uważać przedwcześnie problematyki realizmu socjalistycznego za wyczerpaną. Aby dokładnie ją zbadać i przetrawić, i dowieść jej niedoskonałości. Werbalne zwycięstwa nie są zwycięstwami

Ani jednego obrońcy?…. Nawet wśród tych, którzy zawdzię­czają jej – owej METODZIE – popularność, sławę, nagrody państwowe, wszystkie uroki życia?… Ani jednego obrońcy? U licha, to budzi melancholię i nie może jej nie budzić. A poza tym ta zaskakująca jednomyślność w potępieniu METODY, miast radości, budzi, niestety, również pewną po­dejrzliwość. Czy historia nie powtórzy się przypadkiem, jeśli jej gigantyczne koło się odwróci? Co prawda, wiemy, że nic nie jest w stanie odwrócić wstecz koła historii – ale prawda ta dotyczyła dotąd tylko wielkich okresów czasu…

Do czego zmierzam?… Ależ tak, to proste! Do tego, aby nie uważać przedwcześnie problematyki realizmu socjalistycznego za wyczerpaną. Aby dokładnie ją zbadać i przetrawić, i dowieść jej niedoskonałości. Werbalne zwycięstwa nie są zwy­cięstwami. Mieliśmy już nieraz możność stwierdzenia tego.

Do tego rodzaju werbalizmów, bardzo efektownych zresztą, zaliczyłbym rozprawianie się z tzw. socrealizmem przy pomocy umieszczania go w ramach nowoczesnej mitologii lub demono­logii. Oczywiście, METODA ma w sobie wszelkie cechy jedne­go z mitów pseudomarksistowskich i można z łatwością odna­leźć wiele wspólnego pomiędzy posługiwaniem nią a prakty­kami demonologicznymi średniowiecza. Tylko z dowolności komentowania jej mogła wyniknąć ułatwiona technika dręcze­nia ludzi, bliska praktyk inkwizytorskich – tych samych, któ­re doprowadziły biednego Torquata Tassa do obłędu. Można by bez szczególnego wysiłku dowieść, że fanatycy METODY bliżsi byli dzieła św. Augustyna, niż to przypuszczali wrogo­wie METODY. „Summa totius teologiae” mówi wyraźnie, że dość usunąć tylko jedną cegiełkę z niebotycznego gmachu Kościoła, aby cały gmach się zawalił. Czyż innego zdania byli niektórzy komentatorzy METODY? W jednym i w drugim wy­padku zbrodniarzowi groziła śmierć – w pierwszym przeważ­nie fizyczna, w drugim – przeważnie cywilna. Ale kanony „socrealizmu” były groźniejsze od kanonów św. Augustyna – a to dlatego, że panowała tu… absolutna dowolność kryteriów. W każdym razie w naszym kraju.

Czy wiecie, co było powodem tego?… Jeśli nie wiecie, zajrzyj­cie do „Małego słownika filozoficznego”. Odnajdziecie tam de­finicję, która was zadziwi – definicję pełną szlachetnego pato­su, pozostawiającą artyście możliwość wyboru wszelkiej meto­dy, byle tylko hołdowała realizmowi i była natchniona du­chem romantyzmu rewolucyjnego.

Czyż nie zdumiewające?…

W tak szeroko zakreślonych granicach metody twórczej autor „Cichego Donu może śmiało podać rękę Romain Rollandowi, a Mickiewicz – Majakowskiemu. W tak szeroko zakreślonych granicach może się pomieścić niejeden z wielkich twórców. Ta definicja mówi tak wiele, że nie mówi nic prawie. Jest tak roz­legła, że o wszystkim decyduje tu… komentarz. I komentator. Od tej definicji realizmu socjalistycznego do większości jego ko­mentatorów jest równie daleko, jak od pewnych nauk Kościo­ła do inkwizycji.

Ale jeśli sama definicja METODY ma charakter bardzo ela­styczny, to jej komentatorzy różnili się od siebie tylko wybraną przez siebie techniką zabijania w twórcach wolności myśli i swobody wyobraźni, tej swobody, którą nazywali rozpustą. I sądzę, że tę głęboką sprzeczność – bynajmniej nie dialektyczną – należy dokładnie zanalizować, jeśli pragnie się istotnie wykazać zarówno szkodliwość nic nie mówiących definicji, jak i zbrodniczość biurokratyzmu w sztuce. Czyli tych czynników, którym zawdzięczamy letarg naszej sztuki w latach ubiegłych.

Oczywiście, jak wielu innych i ja odczułem na sobie siłę ich działania. Jak wielu innych i ja przez szereg lat musiałem cho­dzić z kneblem. Jak wielu innych i ja musiałem utrzymywać się przy życiu, korzystając z adaptacji teatralnych i przekła­dów poetyckich.

„Jak to? – zapytacie. – Ani jednej własnej książki od chwili przybycia do kraju?!”. Tak, ani jednej książki od r. 1948,. gdy wróciłem do Polski, aż do końca 1955 r., gdy wreszcie ukazała się pierwsza moja rzecz oryginalna, pierwsza z kilku, które obecnie dopiero ujrzały światło dzienne (mowa o „Ludziach i syrenie”).

Gdy przypominam sobie w tej chwili długi okres siedmiu lat z górą, siedmiu lat przymusowego milczenia, czuję palący, nie­znośny wstyd. Jak gdyby człowiek znajdował się z kimś w jed­nym pokoju i nagle spostrzegł, że ów towarzysz skrada się do niego, uzbrojony w dębczak. Cóż z tego, że uchyliłem się i cios dębczaka nie rozwalił mi czaszki – pozostał palący wstyd, że kolega okazał się… kolegą z wieku kamiennego. Pozostał palą­cy wstyd – i jeszcze coś: pewnego rodzaju zdziwienie.

Tak, gdy biegnę obecnie myślą wstecz, nie mogę się oprzeć uczuciu zdziwienia, że – pomiędzy innymi – i ja byłem boha­terem jakiejś enigmatycznej historii, której tajemnicę przez długi czas na próżno usiłowałem rozwikłać.

Ażeby nie dać żeru owemu niebezpiecznemu diablikowi za­pomnienia, o którym tak zabawnie pisze Valery w swojej „Małej demonologii”… Ażeby dorzucić trochę faktów do historii lat ubiegłych, do charakterystyki owego wieku kamiennego naszej literatury, który tak niedawno jeszcze przeżywaliśmy…

Niemal nazajutrz po przyjeździe wziąłem udział w pochodzie pierwszomajowym. Zwartym podłużnym czworobokiem masze­rowaliśmy przed trybuną, z której pozdrawiał pisarzy polskich prezydent Bierut. Pozdrawiał ich również minister Berman i minister Radkiewicz… Byłem pełen entuzjazmu i padaliśmy sobie w objęcia nawet z kolegami, dla których nie miałem przed wojną zbyt wiele sentymentu. Spotkałem również kol. Krucz­kowskiego, który poinformował mnie, że przesłaną mu przeze mnie w roku 1945, jako wiceministrowi kultury i sztuki, po­wieść moją „Ludzie i syrena” przekazał jednemu z wydawnictw.

Nie mogę się oprzeć uczuciu zdziwienia, że – pomiędzy innymi – i ja byłem boha­terem jakiejś enigmatycznej historii, której tajemnicę przez długi czas na próżno usiłowałem rozwikłać

Tegoż dnia spotkałem się równocześnie z Tuwimem i Gałczyńskim. Julek się spłakał i zasypał mnie tysiącem pytań. Konstanty był bardzo wylewny (znaliśmy się ćwierć wieku), ale był dziwnie podniecony i mówił niemal wyłącznie o sobie. Gdyśmy się rozstali z nim, Tuwim rzekł: „Zauważyłeś? Jest pijany powodzeniem. Cały naród kocha się w Zielonej Gęsi. A ja się kocham w nim… Jest szczęśliwy, zazdroszczę mu”. Szczęście niedługo trwało… Pogruchotał je jak cenną i kruchą zabawkę normatywny dębczak. Wówczas jednak obaj zapewniali mnie, że teraz dopiero będę mógł pracować…

Następnego dnia zameldowałem się w wydawnictwie. Wszechmocny prezes był nieobecny, przyjęła mnie jego zastępczyni. Był u niej właśnie Ksawery Pruszyński, wspominaliśmy spędzone wspólnie dni w Kujbyszewie czasu wojny… (Prószyński był attaché prasowym naszej ambasady). Z kolei pomówiłem z miłą panią o swej opowieści greckiej. Rozmowa była serdeczna.

W kilka dni później dowiedziałem się, że powieść, jest „po­rywająca”. Jeszcze później przyszedłem w wyznaczonym dniu, aby podpisać umowę – i otrzymałem zażenowaną odpowiedź, że lektorzy wydawnictwa stwierdzili, iż książka jest niebezpieczna politycznie… Z czego wynika… W nienajlepszym hu­morze wróciłem z maszynopisem pod pachą do domu. Mimo­chodem zajrzałem do powieści – i ze zdumieniem ujrzałem na stronie tytułowej maszynopisu czerwoną kwadratową pie­czątkę: „Zezwala się na składanie. G.U.K.P. 24.VII.1948 r.”.

Zimny dreszcz przeszedł mi przez plecy… Jak to, więc Urząd Kontroli – innymi słowy: cenzura – jest liberalniejsza od wy­dawnictwa, mniej ostrożna od wydawnictwa?…

Patrzę w tej chwili na kartę tytułową z ową czerwoną pie­czątką – która każe mi i dziś sądzić, że nie zawsze należy szukać winowajców tam, gdzie radzi to czynić zdrowy rozsądek – i przypominam sobie dziwne losy tej powieści, która na próżno w ciągu dziesięciu lat kołatała do drzwi wszystkich wydawnictw. Dlaczego? Dlatego, że wystąpiła przeciwko dyktaturze jednostki, przeciwko ubóstwieniu jednostki, przeciwko komendero­waniu myślą ludzką, przeciwko totalizmowi w tej czy innej for­mie. Myślę, że trafnie określiła tę powieść Krystyna Mazur w swojej recenzji (w „Trybunie Ludu” z 16.VIII.1956 r.): „Pro­ces psychologiczny, proces coraz bardziej udoskonalonego kłama­nia samemu sobie, proces zdrady wiedzy na rzecz pseudonauko­wo uzasadnionej zbrodni, słowem, faszystowski nacjonalizm na wyższych piętrach nauki i kultury – oto istota tej książki”. Faszystowski? Tak, to by nikomu nie szkodziło. Szkodziło na­tomiast to, że w książce dojrzano również „łut prawdy o bole­snych sprawach naszego czasu…” (Henryk Bereza, „Twórczość”, nr 5).

Okazało się, że nie wolno było próbować ukazać nawet łuta prawdy. Że człowiek, który ośmielił się to uczynić, miał ponieść karę – miał zostać skazany na milczenie.

Od tego czasu zaczęły się dziać najdziwniejsze rzeczy ze wszystkim, co zamierzałem opublikować. Wydawnictwo zamie­rzało wydać moją „Historię o żołnierzu i diable”, poemat dra­matyczny o żołnierzu-emigrancie wracającym do kraju. Już malarz, Ignacy Witz, wykonał ilustracje, już wydrukowane były szpalty… I nagle wiadomość, że wydawnictwo rezygnuje z wydania. Inne wydawnictwo zamierzało drukować mą książką dla dzieci. Zamierzało? Mam przed sobą całkowicie wydruko­wany egzemplarz tych bajek, z pięknymi, kolorowymi ilustracjami Henryka Tomaszewskiego. I nagle wiadomość od redakto­ra naczelnego wydawnictwa, że cenzura zatrzymuje owe bajki. Cenzura zatrzymuje bajki dla dzieci?… Cóż za zbrodniczą treść odnalazła w nich?… Pędzę do cenzury. Jak gdyby chcąc okupić czymś swą krótkowzroczność wobec mojej opowieści greckiej, wobec „Ludzi i syreny”, kierowniczka odpowiedniego działu oświadcza mi, że „bajki te wniosą do wyobraźni dziecka nie­zdrowy ferment swoją fantazją”… Książka się nie ukazała. Po­dobnie jak inne rzeczy, które składałem wówczas wydaw­nictwom. I z niemym zdumieniem patrzano na mnie, gdy ośmie­liłem się zająknąć o wyborze mych wierszy z okresu 25-letniej pracy poetyckiej, sprzed wojny i z okresu wojny. Przecież by­łem winien powstania zbrodni „formalizmu” w Polsce przedwo­jennej!

Kiedy przed rokiem mówiłem o tym wszystkim z jednym z profesorów, historykiem literatury, zawahał się przez chwilę, po czym rzekł:

– Czy istotnie nie domyśla się pan powodu tych dziwnych przygód pańskich?

– Nie – odrzekłem.

– Cóż, dzisiaj mogę to chyba panu powiedzieć… Swego czasu zamówiono u mnie pracę o literaturze dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Oczywiście, pisałem również o was, twór­cach naszego futuryzmu i po części awangardy – o panu, o Aleksandrze Watcie… Ale oświadczono mi, że trzeba to będzie opuścić, gdyż…

– Gdyż?…

– …jesteście najbliższymi towarzyszami pracy Brunona Ja­sieńskiego, który, jak wiadomo… Gdyż w owej chwili nikt, ale to nikt dosłownie nie mógł ani przewidzieć rehabilitacji, ani się o nią nie upomniał.

Okazało się, że nie wolno było próbować ukazać nawet łuta prawdy. Że człowiek, który ośmielił się to uczynić, miał ponieść karę – miał zostać skazany na milczenie

Pomyślałem sobie, że właściwie powinni się rehabilitować mordercy, a nie mordowani – ale nie powiedziałem nic, pochło­nięty myślą o zagadce, która mnie tak długo dręczyła. A więc jednak, to nie moje przedwczesne wystąpienie przeciwko tzw. „kultowi jednostki”, nie moja powieść była przyczyną zakneblowania mi ust na długich osiem lat?… Więc to wspólna praca i przyjaźń z Brunonem Jasieńskim, „poetą wyklętym”, poetą zamordowanym?

Dziś sądzę inaczej. Że nie tylko te dwie sprawy kazały zamu­rować mnie strażnikom naszego, tak swoiście pojętego, we własnym milczeniu. Sądzę, że – podobnie jak dziesiątki in­nych – zostałem po prostu ukarany za próbę nieurzędowego myślenia, za usiłowanie wyrażenia spraw, które w żaden sposób nie mogły się pomieścić w granicach METODY. I dlatego zaczął działać oręż wieku kamiennego – dębczak…

…W wizjonerskim, straszliwym cyklu Goyi „Caprichos” znaj­dziecie szkic pt. „Kiedy świadomość śpi, rodzą się potwory…”. Ale o ileż bardziej przeraża świadomość, która czuwa, która w ciągłym napięciu, walcząc z rzeczywistością, walcząc z praw­dą, walcząc z głosem, nie, z rozpaczliwym krzykiem moralno­ści – płodzi coraz to nowe i nowe potwory, mające pognębić wolną myśl ludzką!… Jakiż nowy Goya ukaże oblicze lat, które przeżywaliśmy?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Lat, które – wierzmy w to – nigdy już nie powrócą.

grudzień 1956

Tekst ukazał się w książce „Rachunek pamięci”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2012.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.